Niemieckie spory o tożsamość narodową

Dumni z Niemiec?

JOACHIM TRENKNER z Berlina

 

Kiedy Niemcy coś robią, to na pewno porządnie. Przede wszystkim z zapałem się kłócą – najchętniej o samych siebie. Od 11 lat, czyli od zjednoczenia, trwa w Niemczech istny maraton dyskusji i polemik i nic nie wskazuje, aby miało się to zmienić.

Pierwsze pozjednoczeniowe spory wybuchły już 1991 r., kiedy Bundestag zdecydował się na przeprowadzkę z Bonn do Berlina. Fale oburzenia przewaliły się wtedy przez cały kraj, a dopiero co połączony naród znów się podzielił. W 1996 r. „Gorliwi kaci Hitlera”, książka mało znaczącego amerykańskiego socjologa Daniela Goldhagena, rozpętała zażartą dyskusję na temat niemieckiej winy zbiorowej. Dwa lata później pisarz Martin Walser skrytykował nadużywanie Holocaustu w kategoriach „moralnego kija” i „monumentalizację niemieckiej hańby” – po czym wielu intelektualistów, w tym Ignatz Bubis, ówczesny przewodniczący Rady Żydów w Niemczech, odsądziło Walsera od czci i wiary. Przez kilka lat tlił się spór o kontrowersyjną wystawę „Zbrodnie Wehrmachtu”, a całe dziesięciolecie trwała debata wokół budowy w pobliżu Reichstagu Pomnika Holocaustu (Holocaust-Mahnmal).


1.


W nowym stuleciu Niemcy spierają się nadal o własną tożsamość i miejsce w świecie. Kilka miesięcy temu kontrowersje wzbudziła wypowiedź szefa frakcji parlamentarnej CDU Friedricha Merza, który stwierdził, że imigranci powinni asymilować się z „dojrzałą i wolnościową niemiecką kulturą dominującą” (Leitkultur). Później burzliwą debatę na temat studenckiej rewolty 1968 r. oraz niemieckiego terroryzmu lat 70. sprowokował minister spraw zagranicznych Joschka Fischer, sam o lewicowej przeszłości „streetfightera”. A wkrótce potem, jakby tego było mało, wybuchł spór o niemiecką dumę narodową. 
Jak się zaczęło? Sekretarz generalny chadeckiej CDU Laurenz Meyer, człowiek o nieskomplikowanych poglądach, poczuł się zobligowany do złożenia publicznego oświadczenia – i to ono stało się kamienieniem obrazy. „Jestem dumny, że jestem Niemcem” – oznajmił Meyer, czym wywołał do tablicy polityka o poglądach równie nieskomplikowanych, choć przeciwnych: ministra środowiska Jürgena Trittina z partii Zielonych. Ten były ultralewicowy przywódca studencki nie potrafił ścierpieć w milczeniu narodowej dumy swego politycznego konkurenta i zarzucił Meyerowi „mentalność neofaszystowskiego skinheada”. I zapanowało powszechne oburzenie. Kto nie był gotów przejść (jak pisał stołeczny „Berliner Zei-tung”) „patriotycznej próby”, ten atakowany był przez konserwatywnych polityków z CDU, CSU oraz liberałów z FDP jako „anarodowy”. Przy pełnej sali Bundestag emocjonował się żądaniem chadeckiej opozycji, aby Trittin złożył dymisję lub został zdymisjonowany przez kanclerza Schrödera. Nawet prezydent Johannes Rau dorzucił swoje trzy grosze: można być szczęśliwym lub wdzięcznym z powodu bycia Niemcem, ale „nie można być dumnym z czegoś, czego się samemu nie osiągnęło” – uznał Rau.
Teatr absurdu? Zły sen? Nic podobnego. Spór o dumę narodową pozwala zajrzeć w głąb rozdartej duszy Niemców. To w istocie spór o narodową tożsamość. Jeśli rację miał Heinrich Heine, że „o Niemczech myśli się nocą”, to wielu Niemców wciąż cierpi na bezsenność. Nieufność wobec własnego kraju i narodu jest tak widoczna, że stała się prawie drugą naturą Niemca. Uczucie przywiązania do ojczyzny (Vaterland) właściwie zanikło. Określać się we własnym państwie jako obcy – to dla wielu przejaw nowoczesności i braku uprzedzeń. Cywilizacyjna katastrofa, którą przed pół wiekiem Niemcy sami sobie zgotowali, wojna, zagłada Żydów – wszystko to unicestwiło naturalną więź z krajem. Po 1945 r. po prostu nie było powodu, by czuć się dumnym z niemieckiej historii.


2.


Po wojnie Niemcy uciekli więc w tożsamość zastępczą. Kiedy rozpoczęła się prosperity, tzw. „Wirtschaftswunder” i z zapałem adaptowano anglosaskie wzorce – czytaj: demokrację (nie traktowaną już jako „obcą niemieckiej naturze”) – nastąpił przełom w postrzeganiu przez Niemców swojego kraju. Niemcy, a ściślej rzecz biorąc Niemcy Zachodni, czuli się odtąd albo członkami obywatelskiej społeczności, albo kosmopolitami. Zamiast wolnego od szowinizmu i uprzedzeń patriotyzmu, obowiązywała walka z totalitaryzmem – ówczesna namiastka sensu, moralności i zbiorowej tożsamości. 
W NRD zaś do rangi państwowej doktryny podniesiono wojowniczy antyfaszyzm. Odcięci od świata Niemcy Wschodni uchodzili za o wiele bardziej „niemieckich” od swych zachodnich rodaków – dla których jedność Niemiec stała się z czasem pustym patosem. Za to mieszkańcy NRD z tęsknotą wyczekiwali zjednoczenia. W 1989 r. demonstranci w Lipsku skandowali: „Niemcy jedna ojczyzna”. Natomiast w Niemczech Zachodnich w październiku 1990, w chwili oficjalnego łączenia obu państw, odbywały się inne (choć mniej liczne) demonstracje, na których krzyczano „Nigdy więcej Niemiec”. W dawnym Berlinie Zachodnim lewaccy wrogowie jedności wrzeszczeli: „Niemcy silne i wielkie – całe to g...o zaczyna się od nowa”. To „nigdy więcej” stało się swego rodzaju mentalną zaporą, która miała chronić Niemców przed ich historią, a więc i nimi samymi. Więc kiedy jedność stała się faktem, wielu nie wiedziało, jak odnaleźć się w nowej sytuacji; niektórzy do dziś czują się obcy we własnym zjednoczonym kraju. 
11 lat po zjednoczeniu sondaże nie pozostawiają cienia wątpliwości: niemiecka tożsamość narodowa jest wciąż kruchą roślinką. Według przeprowadzonych w kwietniu badań tylko 30 proc. jest dumnych z bycia Niemcem; 35 proc. ten fakt cieszy, ale nie jest powodem do dumy. Tak jakby wszystkie te dyskusje na temat tożsamości na niewiele się zdały... I jakby również zjednoczenie Niemiec nie zmieniło wiele. A nawet przeciwnie: na skutek połączenia NRD i RFN wybuchają wciąż nowe spory. Ich częstotliwość i emocjonalna temperatura wyraźnie wzrosły od czasu, gdy rząd przeniósł się z Bonn do Berlina. 


3.


Niemcy jeszcze nigdy nie byli zgodni w kwestii swojego narodu, kultury czy państwa. „W zdrowym narodzie – pisał irlandzki szyderca George Bernard Shaw – mówi się o uczuciach narodowych tak niewiele, jak niewiele o swoich kościach opowiada człowiek zdrowy”. Jeśli przyjąć taki punkt widzenia, Niemcy są chorym narodem, a Wielka Brytania i Francja są zdrowe jak rydz. Na wyspie uczucia narodowe są czymś tak oczywistym, że nikt o nich nie rozmawia. Także Francuzi nie podkreślają każdego dnia, że są Francuzami i nie cierpią z tego powodu na kompleks niższości. 
W Stanach Zjednoczonych, gdzie nad każdą stacja benzynową czy barem McDonald’s powiewa gwiaździsty sztandar, można łatwo stymulować uczucia narodowe, bo są one tam synonimem wolności. Prawie każdy Amerykanin jest dumny, że jest Amerykaninem. Niektórzy obywatele USA, przede wszystkim konserwatywni republikanie, hołdują nawet zasadzie: „my country: right or wrong” – co znaczy, że Ameryka zawsze ma rację, włączając niewolnictwo, masakry Indian czy Wietnam. 
Wielkie mocarstwa mogą sobie na takie myślenie pozwolić. A inni, np. Rosja? Rosjanie są zasadniczo zadowoleni, że są Rosjanami – nawet po rozpadzie „wielkiego” ZSRR, choć od tego czasu ich kraj stacza się z kryzysu w kryzys. Nawet w Austrii, młodszym bracie Niemiec, narodowa duma uchodzi za pożądaną cnotę. Nie ma się co dziwić: Austriacy tak skutecznie wyparli z pamięci kompromitujące ich fakty (od Anschlussu po udział w systemie nazistowskim), że dziś święcie wierzą, iż byli tylko „pierwszą ofiarą Hitlera”.
W każdym razie duma narodowa nigdy nie była dla Niemców dobrym doradcą. Zbyt często jawiła się jako bliźniak pychy i pogardliwego traktowania sąsiednich narodów. Z dumą szła u Niemców w parze zarozumiałość. Niemieckie „stolz” (dumny) przybyło nad Ren przez Francję na początku XVI w., a wywodzi się z łacińskiego „stultus”. Dla starożytnych Rzymian i dzisiejszych Włochów „stultus”, względnie „stolto” znaczy tyle co „nieroztropny” i „głupi”. I takie znaczenie miało to słowo w średniowiecznych Niemczech. Potem sytuacja uległa zmianie: kiedy Luter pisze w swoim tłumaczeniu Biblii „dumny”, zawsze ma na myśli pychę, w negatywnym sensie. Niemiecki filozof Artur Schopenhauer pisał w XIX w.: „Najtańszą odmianą dumy jest duma narodowa. Każdy żałosny głupiec, który nie ma na świecie nic, z czego mógłby być dumny, jako ostatniej deski ratunku czepia się narodu, tylko po to, by być z czegoś dumnym”.


4.


Porzućmy rozważania językowe, problem ma bowiem przede wszystkim wymiar polityczno-moralny. Czy na początku XXI w. Niemcy mają prawo wyrażać swą narodową dumę w tak triumfalistyczny, a zarazem naiwny sposób, jak uczynił to sekretarz generalny CDU? Czyż neofaszystowscy demonstranci z Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD) nie wykrzykują bez przerwy, że są dumni z bycia Niemcem? Czy jeden z najbardziej nikczemnych ludobójców, Generalny Gubernator Hans Frank po wyroku Trybunału Norymberskiego nie zawisł ze słowami: „Jestem dumny, że jestem Niemcem”? Bez wątpienia: mroczna przeszłość nadal nie daje o sobie zapomnieć. W 20-częściowej serii, zatytułowanej „Długi cień Hitlera” poczytny tygodnik „Der Spiegel” analizuje właśnie przyczyny tak długotrwałego oddziaływania dyktatora na życie Niemców.
Brytyjski historyk i biograf Hitlera Ian Kershaw tak pisał w „Spieglu”: „Hitler miał większy wpływ na losy Niemiec, niż jakakolwiek inna postać w dziejach kraju. Pozostawił on Niemcy zniszczone, okupowane, zrównane z ziemią, podzielone na dwie części, które przez 40 lat prowadziły ideologiczną wojnę. Kraj (...) pod jego przewodnictwem porwał się na najgłębsze fundamenty człowieczeństwa i cywilizacji. Nawet po tylu latach od tamtych wydarzeń dla wielu urodzonych po wojnie Niemców niezwykle ważne jest zrozumieć, jak Hitler mógł w ogóle zaistnieć, dlaczego go nie powstrzymano, jak mogło dojść do spowodowanego przez niego cywilizacyjnego upadku, dlaczego tak wielu Niemców wierzyło w Hitlera i popierało jego politykę, która doprowadziła do katastrofy, i wreszcie dlaczego ich krewni dali się wciągnąć w takie barbarzyństwo? W ten sposób wydłuża się cień Hitlera”.
A po debacie wokół dumy narodowej już zanosi się na kolejną kłótnię. Wydana w USA książka zatytułowana jest „Backing Hitler”, czyli „Poparcie dla Hitlera”. Kanadyjski historyk Gelately dowodzi w niej, że twierdzenie, iż Niemcy nie mieli pojęcia o obozach i prześladowaniu Żydów, jest kłamstwem. Po poszukiwaniach w archiwach prasowych i aktach Gestapo autor twierdzi, że naziści często informowali o kacetach – albo pokazuje, jak Niemcy denuncjowali żydowskich sąsiadów. A więc Niemców czeka niekończąca się trauma?


5.


Przeszłość kształtuje niemiecką teraźniejszość – będzie tak i w następnych pokoleniach. Jednak ludzie nie mogą żyć tylko wspomnieniem własnych win i błędów. „To, czego nie da się odnieść do konkretnej jednostki, jest dla jej otoczenia nie przyjemnością, lecz ciężarem. I taka zasada odnosi się również do narodu – dowodzi berliński historyk Arnulf Baring. – Dopóki Niemcy będą męczyć się ze swoimi negatywnymi odczuciami wobec narodu i nienawiścią wobec siebie samych, tak długo będą dla innych nieprzyjemni i nieobliczalni. Będziemy milsi zarówno dla siebie i innych, kiedy nauczymy się być Niemcami bez zbędnej zarozumiałości”.
Niemcy muszą odzyskać poczucie godności. Powinni przypomnieć sobie, jak wielkie bogactwo w dziedzinie nauki, filozofii i sztuki wnieśli do światowego dziedzictwa w XVIII i XIX w. Powinni dostrzec, że w II połowie XX w. zbudowali bogate, pokojowe i demokratyczne państwo. Jeśli tylko działać będą z umiarem, rozmysłem i bez sztucznego rugowania pamięci o historycznych nieszczęściach, na pewno wypracują kiedyś zdrowy stosunek do własnego kraju – i siebie samych.


Przełożył Marek Zając


Autor jest berlińskim publicystą; w latach 60. mieszkał w USA, pracując w tygodniku „Newsweek”; po powrocie do Niemiec Zachodnich był dziennikarzem i redaktorem naczelnym zachodnioberlińskiej telewizji publicznej SFB. Stale współpracuje z „TP”. 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl