Sekty: pomoc ofiarom i granice wolności

Z O. ROBERTEM PLICHEM OP, dyrektorem krakowskiego oddziału Dominikańskiego Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach w Polsce, rozmawiają MATEUSZ FLAK i MAREK ZAJĄC

 

TYGODNIK POWSZECHNY: – Załóżmy, że Sejm przygotowuje ustawę dotyczącą sekt i sejmowa komisja zaprasza Ojca jako eksperta do współpracy nad prawną definicją sekty. Co Ojciec zaproponuje?
O. ROBERT PLICH: – Trudno byłoby mi podać definicję, która odpowiadałaby wymogom prawa. To zostawiłbym prawnikom. Stworzyłem natomiast antropologiczno-etyczną definicję sekty, która mogłaby stanowić punkt wyjścia dla regulacji prawnych. Wskazuje ona na dwie istotne cechy. Po pierwsze, sekta jest grupą religijną, jednak pojęcie religii należy tu rozumieć bardzo szeroko. „Religia” to wszystko, czemu przypisujemy w życiu wartość absolutną i ostateczną. Dla niektórych aerobik czy ćwiczenia w klubie fitness mogą mieć charakter swoistego kultu religijnego. Nawet najdziwniejsza sekta jest więc w tym sensie grupą religijną. Z tego m.in. powodu wynika trudność precyzyjnego definiowania sekt na gruncie prawa. Po drugie, sekta to grupa, która w poszukiwaniu ostatecznego wymiaru rzeczywistości i egzystencji dopuszcza się nadużyć wobec godności człowieka. Dla sekty człowiek ma wartość dopiero w ostatecznym porządku rzeczywistości, a nie tu i teraz. Niektóre wykroczenia będą dla prawa łatwe do osądzenia, ale większość stanowi szarą strefę – chodzi tu o nadużycia na poziomie psychiki i mentalności. Są one trudne do zidentyfikowania, a tym bardziej do ścigania.
Jest jeszcze jedna przeszkoda w prawnym definiowaniu sekt. U podstaw istnienia sekt leży wewnętrzna postawa człowieka zwana sekciarstwem. Sekciarstwo może występować wszędzie, nawet we wspólnotach kościelnych. Zdrowe organizacje – takie jak Kościół – wykształcają jednak różne procedury oczyszczające. Nie dopuszczają do tworzenia swej struktury w oparciu o sekciarstwo. Sekty zaś tego nie potrafią.
Mówił Ojciec o naruszaniu godności człowieka. Czy państwo powinno ingerować w sytuacji, gdy człowiek z własnej woli szkodzi samemu sobie?
– Jeśli człowiek przejawia skłonność do autodestrukcji, to należy temu przeciwdziałać. Niestety, działania państwa czy nawet bliskich są w tym zakresie ograniczone. Gdybym wiedział, że ktoś zamierza popełnić samobójstwo, starałbym się go od tego odwieść. Ale trudno przy nim ciągle stać i go pilnować.
– Kto powinien zajmować się działalnością sekt: państwo czy Kościoły? W obu przypadkach łatwo narazić się na zarzuty: jeśli państwo, że ingeruje ono w wolność religijną, a jeśli Kościół, że walczy z konkurencją.
– Problemem sekt powinny zajmować się państwo, Kościoły i organizacje społeczne. Każde w swoim zakresie. Rolę państwa widziałbym w tym, że jest ono stróżem porządku publicznego: strzeże wolności religijnej i ogranicza wystąpienia tych, którzy – nawet w imię poglądów religijnych – naruszają porządek publiczny i zasady współżycia społecznego. 
Każde wyznanie ma prawo do obrony własnej wiary na poziomie doktrynalnym. Jeżeli ktoś atakuje Kościół lub po prostu go nie rozumie, to wolno mi – na poziomie doktrynalnym, duchowym – próbować do niego dotrzeć. To nie jest walka o rząd dusz, ale naturalna i uzasadniona reakcja Kościoła. W kwestii godności człowieka Kościół i organizacje społeczne są sprzymierzeńcami. Nasze Centrum często pomaga niewierzącym albo wyznawcom innych religii. Udzielamy informacji, pomocy psychologicznej, wsparcia duchowego. Przynależność do Kościoła katolickiego nie jest warunkiem wstępnym ani narzucanym przez nas etapem pomocy. 
Powszechnie uważa się, że sekty są problemem tylko dla Kościoła, bo – powiada się – „Kościół ma swoją wiarę, sekty swoją, więc konflikt nieunikniony”, i że ze społeczeństwem jest inaczej, że „tu jest miejsce dla ideowego pluralizmu”. Tymczasem każde społeczeństwo ma własny i jednoznaczny system wartości. Nawet jeżeli ruchy sekciarskie nie godzą wprost w porządek publiczny, prędzej czy później dochodzi do konfrontacji ich nauki z podstawami życia społeczeństwa. W tym momencie demokratyczne państwo ma prawo ingerować. Pytanie oczywiście brzmi: kiedy i jak? Uważam, że każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie.
Czy w Polsce potrzebna jest odrębna ustawa wymierzona w sekty, np. wzorowana na modelu francuskim?
– Nie byłbym w tej dziedzinie zwolennikiem radykalnych rozwiązań ustawowych. Ustawa zbyt ogólna byłaby nieskuteczna, a zbyt szczegółowa groziłaby ustanowieniem państwa policyjnego. Ale nie zgodziłbym się z twierdzeniem, że państwo absolutnie nie ma prawa do ingerowania w tę sferę życia społecznego. Trzeba raczej udoskonalić funkcjonujące przepisy, np. dotyczące życia religijnego, granic wolności religijnej, działalności psychoterapeutycznej, medycyny naturalnej, reklamy. Do wielu pożytecznych ustaw brak jest dobrych przepisów wykonawczych. Chodzi też o to, aby uchwalone już rozwiązania były egzekwowane. 
Jeśli tak trudno zdefiniować sektę, to w jaki sposób pracuje dominikańskie Centrum Informacji o Sektach i Nowych Ruchach Religijnych? Przykładowo, pojawia się nowa wspólnota religijna i...
– Niech sobie działa.
...?
– Nie jesteśmy ośrodkiem badań religioznawczych ani centrum „antykultowym”. Nie tworzymy listy sekt, nie wydajemy religijnych certyfikatów jakości. Gdy pojawia się nowy kult, nie podejmujemy żadnych działań, bo naszym celem nie jest ograniczanie wolności religijnej. Pomagamy natomiast ludziom poszkodowanym przez przynależność do grupy religijnej. Dlatego udzielamy także pomocy tym, którzy należeli na przykład do „zwykłej”, katolickiej oazy. Oaza nie jest sektą, jednak mieliśmy przypadek, gdy relacje grupa –jednostka okazały się dla tej osoby destrukcyjne. Grupa była zdrowa, ale relacje między niektórymi osobami chore. 
Dokumentujemy wszystkie zgłoszenia od poszkodowanych. Gdy takich zgłoszeń jest przynajmniej kilka, kult wzbudza nasze zainteresowanie. I znów przykład: wiele osób pyta nas, czy powinni wynajmować lokal jakiejś grupie religijnej. Jeśli grupa nie jest u nas „notowana”, nie zgłaszamy zastrzeżeń. Jeżeli jest, przedstawiamy zebrany materiał i radzimy, by właściciel lokalu rozważył decyzję. Podkreślam: radzimy. Nie mówimy: „nie wolno”. 
A jeśli zgłoszenia dotyczą przypadków drastycznych: okaleczeń, gwałtów, grożenia śmiercią? 
– Wtedy trzeba wystąpić na drogę sądową. Współpracujemy z policją i z ośrodkiem pomocy ofiarom przestępstw „Katon”. Udziela on pomocy prawnej tym, którzy po pobycie w sekcie nie mają środków na adwokata. Jednak w większości przypadków sąd jest bezradny. Zajmowaliśmy się kiedyś przypadkiem dziewczyny, która związana była z grupą satanistyczną. Niestety, pomoc nadeszła za późno: dziewczyna popełniła samobójstwo w swoje urodziny. Policja nie znalazła dowodów przestępstwa. W Polsce przecież każdy ma prawo popełnić samobójstwo... Ograniczyliśmy się wtedy do pomocy psychologicznej całkowicie załamanemu i bezradnemu ojcu dziewczyny. Oraz ostrzegamy tych, którzy nawiązali kontakt z satanistami.
Ile jest dziś w Polsce sekt?
– Dane z 1995 r. mówiły o około trzystu. Nie jestem jednak przekonany do tych liczb. Jeśli trudno o ostrą definicję sekty, to jak je policzyć? Po drugie, sekta jest ze swej natury wspólnotą niejawną i nie rejestruje się w stosownym urzędzie państwowym. 
Czy jednak nie mamy trochę w Polsce antysekciarskiej histerii? Czy nie obawiamy się wszystkiego, co obce kulturowo: jogi, karate, medytacji itd. W niektórych wydawnictwach poświęconych sektom można znaleźć ostrzeżenia nawet przed jogą czy karate właśnie.
– Przychodzą do nas ludzie i pytają, czy można uprawiać karate. Dostają wtedy listę kryteriów, charakteryzujących działalność sekt. Taki człowiek później na własną rękę bada, czy zapisał się na zwykłe ćwiczenia sportowe, czy była to tylko „przynęta” sekty.
Czy więc sekty są w Polsce zagrożeniem?
– Problemu zagrożenia sektami nie można ująć w kategoriach wymiernych. Nie umiem odpowiedzieć, czy to wielki problem w tym sensie, że nie mogę ocenić, czy sekt jest dużo czy mało, ile mają członków itd. Natomiast mogę stwierdzić, że jest to problem wielki, jeśli chodzi o jego jakość. Bo choć czasem mamy mało zgłoszeń, to niektóre są tak przerażające, że po jednej rozmowie z ofiarą takiej sekty jestem kompletnie wyczerpany psychicznie. Nigdy jednak nie trzeba panikować, bo agresja i zdenerwowanie, zwłaszcza ze strony bliskich, tylko pogłębiają zaufanie ofiary do sekty. 
O jednym musimy pamiętać: łatwiej jest zapobiegać niż potem leczyć czy procesować się w sądzie. Trzeba uczyć otwartości na to, co obce i odmienne, ale trzeba też pamiętać, że otwartość nie może oznaczać naiwności.

Rozmawiali Mateusz Flak i Marek Zając


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl