Komentarze

 


Wojciech Pięciak „Rzeźnik Bałkanów” w Hadze

Krzysztof Burnetko Pałubicki vs Kaczyński

Jacek Imbramowski Koniec symbolu

  


 

 




  
  „Rzeźnik Bałkanów” w Hadze

Podobno – tak twierdzą wtajemniczeni dziennikarze z Belgradu – budził się często w środku nocy, zlany potem, z krzykiem, w swej celi w więzieniu, gdzie przebywał od początku kwietnia, a budząc się, wołał po imieniu strażnika, jedynego, któremu ufał, prosząc, by ten zechciał pobyć z nim do rana. Podobno w snach, które nawiedzały obalonego osiem miesięcy temu byłego prezydenta Jugosławii Slobodana Miloševicia, nie pojawiały się postacie tych kilkuset tysięcy ludzi, zabitych i okaleczonych fizycznie bądź psychicznie podczas wojen, które rozpętywał albo inspirował w Chorwacji, Bośni i Kosowie. Obalony dyktator podobno bał się o siebie: że zostanie zabity we śnie, skrytobójczo otruty albo uprowadzony. Teraz sen się spełnił, choć inaczej: wydany międzynarodowemu trybunałowi ds. zbrodni wojennych w byłej Jugosławii, Milošević stanie przed sądem w Hadze, a media całego świata będą relacjonować jego proces. Na razie „rzeźnik Bałkanów” oskarżony jest o zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości w Kosowie w latach 1998–1999; kolejny akt oskarżenia, dotyczący zbrodni w Chorwacji i Bośni jest przygotowywany.

Oczywiście byłoby lepiej, gdyby wydanie Miloševicia trybunałowi w Hadze nie odbyło się w atmosferze „handlu wymiennego”, na kilka godzin przed rozpoczęciem międzynarodowej konferencji (z udziałem USA, Banku Światowego i UE) o pomocy gospodarczej dla federacji jugosłowiańskiej. Jeśli zrujnowana ekonomicznie Serbia nie wydała Hadze Miloševicia, Belgrad nie ujrzałby tych 1,3 miliarda dolarów, które przyznano mu natychmiast po decyzji rządu Serbii. Lepiej byłoby też, choćby dla budowania tam państwa prawa, gdyby Serbia sama sądziła Miloševicia – ale do tego nie było klimatu (zważmy, iż doświadczenie wielu krajów, np. powojennych Niemiec, uczy: najpierw stabilność gospodarcza, potem rozliczenia z przeszłością), ani warunków formalnych (trudno sobie wyobrazić świadków ze Srebrenicy, zeznających swobodnie w Belgradzie). I byłoby lepiej, gdyby rząd dawnego opozycjonisty, a dziś premiera Zorana Dzindzicia nie musiał ignorować decyzji jugosłowiańskiego (federacyjnego) sądu najwyższego, który zakwestionował dekret o współpracy z Hagą. Trudno wreszcie zaprzeczyć, że – jak napisał szwajcarski „Neue Zürcher Zeitung” – „przypadek Miloševicia pokazuje, że prawo i sprawiedliwość tylko tam mają szansę, gdzie jest siła i wola, aby je przeprowadzić”.

Wolno jednak postawić tezę, że gdy wkrótce rozpocznie się proces, mało kto będzie pamiętać o tych okolicznościach. Któż dziś zaprząta sobie głowę wątpliwościami, które pół wieku temu zgłaszano wobec formalnych podstaw trybunału norymberskiego? Proces Miloševicia, klasycznego polityka-mordercy zza biurka, będzie nie tylko wymierzeniem sprawiedliwości, ale przypomnieniem całej „bałkańskiej dekady”. Także dlatego serbska (i nie tylko) telewizja powinna transmitować go na żywo.

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 

 

Pałubicki vs Kaczyński

W tej sprawie nie ma jednego winnego: oskarżonych jest dwóch. Konflikt związany z aresztowaniem wiceszefa katowickiej Delegatury Urzędu Ochrony Państwa jest przecież, po pierwsze, tylko ostatnim etapem sporu między Lechem Kaczyńskim (wtedy jeszcze nie ministrem sprawiedliwości, lecz jedynie wpływowym politykiem jednego z odłamów polskiej prawicy) a UOP. Zaczęło się przecież od oskarżenia Urzędu o inwigilację prawicy. Potem, już jako minister, Kaczyński oskarżał UOP – a pośrednio koordynatora służb specjalnych Janusza Pałubickiego – o inspirowanie skierowanych przeciw niemu przecieków medialnych. Wzajemne zarzuty obu resortów o łamanie prawa w sprawie Mariusza Sz. wynikają oczywiście z nieprecyzyjnych procedur oraz ciągle szwankującego mechanizmu kontroli służb specjalnych (choć akurat Pałubicki nie przywiązywał do nich tej wagi co teraz, kiedy nakazywał choćby prucie sejfów jednostki specjalnej GROM, a podwładni Prokuratora Generalnego winni wiedzieć, że śledztwa dotyczące UOP nie są mimo wszystko działaniami rutynowymi). Tyle że, po drugie, publiczne obrzucanie się tak ciężkimi inkryminacjami przez szefów tak poważnych resortów wygląda co najmniej niepoważnie i kompromituje rząd.

Na dodatek premier, który wcześniej nie potrafił przywołać swoich ministrów do porządku, teraz staje po stronie jednego z nich – akurat przeciwko temu, kto stał się jego politycznym konkurentem. A przecież wystarczyłoby odwołać obu panów – bo obaj wielekroć dali ku temu powody.

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 


Koniec symbolu

Złamanie monopolu Telekomunikacji Polskiej S.A. jest dla polskiej gospodarki wydarzeniem pewnie i ważniejszym niż nagłośnione w mediach obniżenie przez Radę Polityki Pieniężnej stóp procentowych. Możliwość skorzystania z oferty nowych operatorów połączeń międzymiastowych łatwiej przemówi bowiem do ekonomicznej świadomości społeczeństwa. Chodzi nie tylko o to, że po ledwie miesiącu każdy może odczuć skutki dokonanego wyboru w swojej kieszeni. Chodzi też o inne już widoczne reakcje dotychczasowego monopolisty na konkurencję: wprowadzenie elastyczniejszych wariantów umów, zapowiedzi obniżek taryf, ułatwienia dostępu do Internetu itd.

Złamanie monopolu obniży również nieco atrakcyjność TP S.A. jako kąska dla polityków. Przecież przynajmniej od nominacji b. rzecznika rządu Tomasza Tywonka na lukratywną posadę w Telekomunikacji, firma ta służyła jako jeden z wiodących symboli tzw. kapitalizmu politycznego w Polsce. Nic dziwnego, że na dopuszczenie do konkurencji w branży telekomunikacyjnej czekać musieliśmy ponad 10 lat.

Na polskim wolnym rynku funkcjonuje jednak jeszcze paru innych kolosów o dominującej pozycji. Przełamanie ich zwykle niezasłużonej potęgi może być teraz łatwiejsze: zwłaszcza gdyby środowiska i lobbies liberalne wsparły namacalne dowody korzyści z upadku monopolu jeszcze jedną akcją wyjaśniającą ludziom straty, jakie ponoszą oni sami i gospodarka w efekcie istnienia takich gigantów. Ciągle bowiem żywe są mity o konieczności utrzymywania mocno większościowych wpływów państwa w niektórych gałęziach gospodarki czy też pożytków, jakie dawać mają monopole. Na dodatek w czasie kampanii wyborczej tezy te będą znowu lansowane.

Jacek Imbramowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 27, 8 lipca 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl