Komentarze

 


Jarosław Makowski Czy rewolucja?

Wojciech Pięciak NATO do Macedonii?

Jacek Imbramowski Najgorszy czas na zmiany

Krzysztof Burnetko Naturalny skutek nierozwiązalnych zaszłości  


 

 




  
 Czy rewolucja?

„Znakiem czasu” – co wielokrotnie podkreślał Jan Paweł II, także w czasie pielgrzymek do Polski – jest dziś między innymi „promocja świeckich” w Kościele. Śladami Papieża poszedł ostatnio Episkopat Polski, podejmując w czasie ostatniej konferencji decyzję o przywróceniu „diakonatu stałego”.

Choć diakonat świecki znany był w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i propagował go ostatni Sobór, to w Polsce dopiero zakończony niedawno II Synod Plenarny podjął dyskusję o jego ewentualnym przywróceniu. Co jego wprowadzenie oznacza w praktyce? Święcenia diakonatu były dotąd jedynie etapem przejściowym, przed święceniami kapłańskimi. Teraz diakonami będą mogli zostawać mężczyźni żonaci (po 35. roku życia i z aprobatą żony) lub nieżonaci po 25. roku życia (którzy zobowiążą się do życia w celibacie). Ci świeccy diakoni będą mogli chrzcić, udzielać Komunii i namaszczenia chorych, asystować przy ślubach, głosić homilie. Od księży będą się różnić tym, że nie będą mogli celebrować Mszy i spowiadać.

Decyzja biskupów, aby świeccy byli członkami stanu duchownego, to istotny krok w kierunku dowartościowania polskiego laikatu. To także zgoda, aby świeccy odważniej mówili o zaletach – i wadach – naszego katolicyzmu. To w końcu krok w kierunku zasypywania przepaści między duchownymi, czyli „Kościołem nauczającym”, a świeckimi, czyli dotąd głównie „Kościołem słuchającym”. Rodzi się jednak pytanie, czy starczy odwagi, aby rewolucyjny jak na polskie warunki zapis o stałym diakonacie przełożyć na praktykę. Pierwsze wyrażane w mediach opinie niektórych duchownych na temat diakonatu były sceptyczne: pojawiały się głosy, że kryzys powołań w Polsce nie grozi, więc po cóż dodatkowi diakoni, i to świeccy.

Jarosław Makowski

 

 

 

 

 

 

 

 

NATO do Macedonii?

Doświadczenie „bałkańskiej dekady” i tamtejszych wojen (1991-99) pokazuje, że po kilku latach bezsilnego przypatrywania się przez ONZ masakrom dopiero wkroczenie NATO i USA doprowadzało do mniej czy bardziej stabilnego, ale pokoju. Tak było w przypadku konfliktu serbsko-chorwackiego i serbsko-bośniackiego, zakończonych po interwencji Zachodu w 1995 r. oraz wojny o Kosowo w 1999 r. Za każdym razem siłowe złamanie potęgi Serbów kończyło wojnę, uświadamiając (ponownie) zachodnioeuropejskim politykom, że bez udziału USA niewiele mogą uczynić.

Teraz, gdy NATO deklaruje gotowość wysłania kilku tysięcy żołnierzy (w tym być może także Polaków) do balansującej na krawędzi wojny Macedonii, sytuacja jest inna. Przedtem było jasne, że przyczyną wojen jest reżim w Belgradzie. Dziś, w Macedonii, żołnierze NATO mogą wystąpić tylko w roli rozjemców, nadzorujących zawieszenie broni – i pod warunkiem, że najpierw rząd w Skopje i albańscy partyzanci dojdą do porozumienia. Czy ono jest realne? Na razie polityków macedońskich i albańskich cechuje myślenie typowe dla „bałkańskiej dekady”, gdzie gotowość do ustępstw interpretowana była jako słabość. Jeśli mimo wszystko nie dojdzie do wojny, to dzięki naciskom NATO, Waszyngtonu, Unii Europejskiej i rządów europejskich na Skopje i Albańczyków. Już tylko one mogą zapobiec katastrofie. Wyjściem byłaby zmiana ustroju: rezygnacja Skopje z dotychczasowej etnicznej identyfikacji państwa na rzecz federacji macedońsko-albańskiej oraz w konsekwencji takiej umowy demilitaryzacja UCK, jak w Kosowie. Ale czy możliwa jest w tak krótkim czasie zmiana świadomościowa? W każdym razie doświadczenie „bałkańskiej dekady”, zwłaszcza w Bośni i Kosowie, uświadamia politykom Zachodu i to, że czas działa na niekorzyść, a im dłużej odwlecze się stanowcze działania, tym koszty będą większe, także te ludzkie.

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 


Najgorszy czas na zmiany

Sejmowa komisja nowelizacji prawa karnego zakończyła pracę nad zgłoszonymi przez ministra sprawiedliwości propozycjami zmian w kodeksie karnym. Rychło zostaną one przedstawione całej izbie. Wiele z sugerowanych rozwiązań jest mocno kontrowersyjnych (niektórzy fachowcy – tak teoretycy, jak praktycy – twierdzą nawet, że wprowadzenie niektórych propozycji burzyłoby spójność obowiązującej regulacji, oznaczało powrót do filozofii obowiązującej w regulacjach PRL-owskich i byłoby równoznaczne z pogwałceniem reguł praw człowieka). Co jednak równie ważne: do prac nad kodeksem na forum plenarnym sejmu wybrano najgorszy z możliwych okres. Jest banałem, że czas kampanii wyborczej nie sprzyja rzeczowej dyskusji: musi przerodzić się ona w feerię oratorskich popisów i licytację radykalnych tez, kierowanych nie tyle do umysłów kolegów ustawodawców, co do emocji elektoratu.

W II Rzeczypospolitej prace nad tak kluczową dla państwa dziedziną legislacji, jaką są ustawy karne, decyzją samego parlamentu oddano w ręce niezależnej bezpośrednio od rządu i złożonej wyłącznie z ekspertów Komisji Kodyfikacyjnej. Więcej: ustalono, że rezultaty jej działalności wprowadzone będą dekretem przez Prezydenta państwa – czyli zgodzono się pominąć udział posłów. Wszystko, by zminimalizować wpływ czynników niemerytorycznych – w tym populistycznych gier polityków. Efektem stał się do dziś stawiany za wzór kodeks z 1932 r.

Oczywiście teraz taką idyllę – i odpowiedzialność – nie sposób sobie wyobrazić. Trudno marzyć nawet o tym, by politycy zgodzili się respektować niepisaną, ale racjonalną, zasadę, iż najbardziej społecznie kontrowersyjne decyzje najlepiej jest podejmować w fazie rozkwitu (drugim i trzecim roku) kadencji parlamentu, a nie na jej końcu.

Na argument, że zmiany kodeksu karnego należą do najpilniejszych ze społecznego punktu widzenia, niech odpowiedzią będzie fakt, że w sejmie na rozpatrzenie czeka dziś 313 projektów ustaw (21 leżakuje już ponad 1000 dni, 40 ponad 600 dni, a 60 ponad rok) – a wśród nich są wciąż akty niezbędne dla pełnego wprowadzenia w życie konstytucji, projekty dostosowujące nasze prawo do rozwiązań wspólnotowych, co warunkuje przecież postępy w rokowaniach o przyjęcie Polski do Unii Europejskiej czy wreszcie regulacje w tak palących dla obywateli sprawach – jak choćby dotyczące systemu emerytalnego.

Jacek Imbramowski

 

 

 

 

 

 

 

 

Naturalny skutek nierozwiązanych zaszłości

Film typu „Dramat w trzech aktach” (w którym wpływowi politycy oskarżani są o przyjmowanie pieniędzy z podejrzanych źródeł) musiał się w trakcie kampanii wyborczej pojawić. Przewidywalna była też reakcja, z jaką się spotka ze strony najbardziej zainteresowanych. Bo przecież:

– tzw. telewizja publiczna nie od dziś jest na wskroś w Polsce upolityczniona i panuje w niej zasada “czyja władza (w TVP), tego religia”;

– gatunek “reportażu śledczego” dopiero się wykluwa, a elementarne wpadki warsztatowe żurnalistów są wciąż codziennością;

– politycy wciąż nie chcą przyjąć do wiadomości reguły, że jako osoby publiczne mają obowiązek odpowiadać na pytania dziennikarzy – w tym tłumaczyć się nawet z absurdalnych, ich zdaniem, zarzutów;

– szwankują bądź nie są dotąd uregulowane inne kluczowe dla przejrzystości życia publicznego mechanizmy: system finansowania partii politycznych czy kontrola nad działalnością służb specjalnych;

– nie wyjaśniono do końca wielu afer ze styku biznesu i polityki: inwigilacji prawicy czy zawiązanej przez bliskich braciom Kaczyńskim działaczy prawicowych spółki “Telegraf”, czy wreszcie sprawy Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (tu można mówić nawet o celowym jej zatuszowaniu przy powszechnej akceptacji różnych sił politycznych);

– nie ma reguł postępowania wobec urzędników państwowych ani nawet zawodowego kodeksu postępowania w przypadku postawienia publicznych zarzutów;

– lekceważone są sugestie reformy niektórych rozwiązań ustrojowych, jak choćby rozdzielenia funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości (obecne połączenie tych funkcji systematycznie skutkuje podejrzeniami o manipulacje polityczne pracą prokuratury).

To więc, że wybuchła taka awantura, nie powinno nikogo dziwić.

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 26, 30 czerwca 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl