„Strzelano do tłumu bezbronnego”

 STANISŁAW HEJMOWSKI

 

Proszę Wysokiego Sądu, obrona stoi na stanowisku, że wszystko, co w 
dniu 28 czerwca roku bieżącego działo się na ulicach Poznania, stanowiło z punktu widzenia socjologicznego i psychologicznego jedną nierozerwalną całość. Dlatego obrona jest zdania, że udział wszystkich uczestników w tych zajściach, zarówno tych, którzy stali po stronie rządu, jak i tych, którzy stali po stronie manifestujących, winien być jednakowy. (...) Bo czy tylko tych kilkunastu ludzi tego dnia łamało prawo? Czy tylko oni popełniali przestępstwa?
Proszę Panów Sędziów, tysiące ludzi w tym dniu naruszyło prawie wszystkie przepisy małego kodeksu karnego [dalej cyt.: m.k.k.] i kodeksu karnego [dalej cyt.: k.k.]. W pierwszym rzędzie naruszony został art. 3 pkt. 4 m.k.k. Setki ludzi porzuciły pracę w zakładach użyteczności publicznej i w zakładach komunikacji, tramwajowych, w PKS i na kolei, w piekarniach i zakładach gastronomicznych. Setki ludzi weszło na teren Prezydium Miejskiej Rady Narodowej i wywarło wpływ na czynności tej Rady w ten sposób, że zmusiło członków Prezydium do opuszczenia biur i zaniechania pracy. (...)
Rozpowszechniano fałszywie wiadomości, naruszano art. 22 m.k.k.
Znieważono godła i chorągwie nasze i państw sprzymierzonych – art. 25 m.k.k.
Naruszono art. 11 m.k.k. [godzenie w sojusze Polski].
Setki ludzi zatrzymywały pociągi na węźle kolejowym poznańskim i setki ludzi naruszyło art. 223 k.k.
Urzędników zmuszono do zaniechania czynności urzędowych – art. 133 k.k.
Nawoływano publicznie do popełniania przestępstw – art. 145 k.k.
Brano udział w publicznym zbiegowisku, które wspólnymi siłami dopuściło się gwałtownych zamachów – art. 163 k.k.
I te setki ludzi, te tysiące sprawców tych czynów przestępczych, są wszystkim znane. Więc gdzie leży linia podziału pomiędzy tysiącami sprawców przestępstw znanych Prokuraturze, a tą garstką kilkunastu ludzi, którzy się przewijają przez sale sądowe i mają za swe czyny odpowiadać?
Czy poczucie praworządności, czy idea sprawiedliwości, o której mówił pan prokurator, wymaga tego? Czy godzi się z tym? Czy nakazuje nam właśnie tak niesprawiedliwe i nierówne traktowanie obywateli?
Ja świetnie rozumiem, dlaczego tamtych wszystkich ludzi nie pociągnięto do odpowiedzialności karnej. Bo zastosowano słuszną i jedynie sprawiedliwą w tych wypadkach zasadę abolicji [darowania i puszczenia w niepamięć przestępstwa]. Bo Prokuratura i władze wymiaru sprawiedliwości zrozumiały, że mieliśmy do czynienia z ruchem masowym, z ruchem tłumów, z wielkim historycznym zjawiskiem.
Panowie prokuratorzy wiedzieli, że nie jednostka, ale tłum popełnił te wszystkie przestępstwa, o których mówiłem. A jak Napoleon podczas debaty nad code pénal [kodeksem karnym] powiedział: „Za przestępstwa zbiorowe nie powinien odpowiadać nikt”.
Ale Panowie Sędziowie, jeżeli ta słuszna zasada została tutaj zastosowana do wypadków czerwcowych, dlaczego ta zasada zatrzymała się przed tą grupą oskarżonych w tym procesie, przed tą grupą dziewięciu w tamtym [czyli jakim] procesie, dlaczego jeszcze dziesiątki ludzi znajduje się w więzieniach i czeka na wyznaczenie rozprawy sądowej? (...)
Proszę Wysokiego Sądu, jest jedno kryterium podziału pomiędzy tą rzeszą, która skorzystała ze słusznej i sprawiedliwej zasady abolicji, a tą rzeszą, która z tej zasady nie skorzystała i która tutaj odpowiada przed Sądem względnie czeka na sąd – to jest tylko i wyłącznie młody wiek. Proszę sprawdzić personalia wszystkich oskarżonych: 17, 18, 19, 20, 22, maksimum 23 lata. A więc przed sądem staje robotnicza młodzież miasta Poznania. Podzielono ją na grupy po kilka osób w taki sposób, że zawsze na pierwszym miejscu stoi tzw. reprezentacyjny chuligan, żeby on swój cień rzucał na czyny oskarżonych. Tak są skonstruowane niemal wszystkie akty oskarżenia.
Jednym z tych reprezentacyjnych chuliganów ma być Roman Bulczyński. Pan prokurator dał charakterystykę tego oskarżonego. Co mówi Roman Bulczyński o sobie? „Wychowywała mnie ulica. Niemcy wywieźli mojego ojca do Mauthausen, a po wojnie, gdy wrócił, porzucił moją matkę. Matka robotnica pracuje, ja pracowałem, chodziłem na budowę, robiłem fuszerki, mieszałem wapno, nosiłem cegłę i żyłem z własnej pracy”.
W tej charakterystyce, którą dało oskarżenie, sylwetka Bulczyńskiego przedstawia się zupełnie inaczej. Pan prokurator powiedział: „Bulczyński odczuwał wstręt do pracy”. Sąd jest w posiadaniu zaświadczeń z pracy. W Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym Bulczyński jako konduktor pracował od 3 listopada 1955 r. do 14 lipca 1956 r., a aresztowany został 1 lipca, czyli zwolniono go z pracy już po jego aresztowaniu.
Pan prokurator powiedział: „Bulczyński wykazał wrogi stosunek do Polski Ludowej. Jego razi praca, jego rażą ludzie pracy, jego rażą funkcjonariusze bezpieczeństwa i milicji”.
Proszę Wysokiego Sądu! Gdzie dowody na te twierdzenia? Z czego to jest wzięte? Gdzie byli świadkowie, którzy by to powiedzieli, to wszystko? Czy wolno w naszych przemówieniach wychodzić poza granice postępowania dowodowego?
I mówi dalej pan prokurator: „Bulczyński wykazał szczególne napięcie woli przestępstwa i intensywności działania”, a na jego dobro zapisał tylko jedno: okazaną skruchę. Niech mi wolno będzie tę skruchę Wysokiemu Sądowi przypomnieć. Po wywołaniu przez przewodniczącego, Bulczyński spieszy do tego tutaj stołka i kłaniając się nisko Sądowi, pośpiesznie wypowiada przygotowany frazes, że pragnie podziękować władzom Polski Ludowej i za to, że on był poprawnie traktowany w śledztwie... W XX wieku wolny człowiek, obywatel wolnego państwa, musi dziękować władzy za to, że go w śledztwie nie bito! (...)
Pan prokurator mówi tak: „W każdym państwie takie czyny, jakie się zarzuca oskarżonym, musiałyby ulec karze bez względu na ustrój, bez względu na warunki”. Słuszne twierdzenie, bardzo słuszne, zgadzam się z nim całkowicie.
Ale jakiej karze ma ta młodzież ulec? Pan prokurator mówiąc o tym podtrzymuje kwalifikacje art. 1 m.k.k. § 2 i 3 wiedząc, że najniższa kara w tych przepisach przewidziana to jest kara od dziesięciu lat więzienia. Nie waham się oświadczyć, że taka kara byłaby okrutną karą w stosunku do tych młodych zupełnie ludzi. (...)
Na jakiej podstawie opiera się ta właśnie kwalifikacja prawna? Pan prokurator uzasadniał i powiedział: „Ich zamiar był kontrrewolucyjny, bo oni występowali przeciwko władzy państwowej”. Czyżby Urząd Bezpieczeństwa był jedną z naszych rewolucyjnych zdobyczy? Czy występowanie przeciwko temu Urzędowi to jest czynność kontrrewolucyjna?
Ja nie potrzebuję szukać daleko i mówić zawile. Ja dziś rano kupiłem „Głos Wielkopolski” i widzę artykuł „W orbicie ławy oskarżonych” i czytam parę wierszy: „Nie wzdragajmy się powiedzieć sobie wszystkiego, co od dawna nas nurtuje. Kryzys zaufania do metod różańszczyzny w pracy b. Urzędu Bezpieczeństwa przejawił się u nas w postaci wyolbrzymionej, stał się kryzysem zaufania do Urzędu Bezpieczeństwa w ogóle w społeczeństwie”. Samo pojęcie UB, ubowiec, zaczęło uchodzić za synonim starych wypaczeń. Tak pisze „Głos Wielkopolski”, odważnie, rozumnie i prawdziwie, a pan prokurator powiada, że wystąpienie przeciwko temu Urzędowi to jest zamach kontrrewolucyjny.
Proszę wysokiego Sądu, niech mi wolno będzie w tym miejscu powołać się na opinię pana profesora Chałasińskiego [prof. Józef Chałasiński, socjolog, był biegłym w procesie], który powiedział, że wystąpienie oskarżonych przeciwko UB to nie było wystąpienie przeciwko władzy państwowej, to nie było wystąpienie przeciwko państwu ludowemu, przeciwko ustrojowi, przeciwko władzy ludowej, to było wystąpienie przeciwko okrucieństwu i dlatego impuls działania oskarżonych był impulsem moralnym. Tym jednym słowem „impuls moralny” pan profesor Chałasiński odpolitycznił ten cały proces, przesunął go na zupełnie nową płaszczyznę. Nie mamy tu do czynienia z walką z ustrojem, z państwem, z władzą, bo słusznie powiada, że ci oskarżeni nie byli wrogami Polski Ludowej, ale mamy do czynienia z walką z wypaczeniami popełnionymi w przeszłości, które oby nigdy nie powróciły, z błędami przeszłości, a synonimem tych błędów były te dwie litery [UB].
To poczucie krzywdy, które się nagromadziło na przestrzeni dziesięciu ubiegłych lat, wywołało skumulowaną w tłumie dynamikę afektów i odreagował tę dynamikę pierwszy strzał, jaki się w dniu 28 czerwca rozległ na ul. Kochanowskiego. I to jest obojętne, czy ten strzał był oddany w powietrze, czy do ludzi. Ten strzał sugestywnie narzucał masom świadomość, że teraz skończył się czas śpiewu i manifestowania pokojowego. Skończyły się hymny narodowe, skandowanie sloganów i wołania o pomoc i chleb, rozpoczął się drugi etap manifestacji, a początkiem tego etapu jest ten pierwszy wystrzał. I dlatego policja całego świata jest specjalnie szkolona w tym, jak się obchodzić z tłumem, i dlatego ten pierwszy strzał może być zawsze strzałem magicznym, i dlatego socjologowie opracowują dla policji instrukcję, w jaki sposób ona ma się obchodzić w razie skupisk, zbiegowiska ludzkiego dopuszczającego się przestępstw. W żadnym wypadku nie wolno strzelać, bo to budzi odruch oburzenia, chęć strzelania wzajemnego, chęć odparcia gwałtu gwałtem.
Mickiewicz powiedział: „...gwałt niech się gwałtem odciska” – i tak rozumowali wszyscy ludzie zgromadzeni wówczas na ul. Kochanowskiego. Takie są metody działania władz policyjnych w każdym państwie cywilizowanym. Przecież trzeba być przygotowanym na to, że rozruchy kiedyś będą mogły się wydarzyć i do nich trzeba się przygotować zawczasu. Przed wojną stosowano motopompę, która z taką siłą wyrzucała strumień wody, że ścinała ludzi z nóg i na ul. Krakowskiego Przedmieścia parę razy rozpędzano demonstrującą młodzież akademicką. Są megafony, można przez megafony przemówić do ludzi, można uspokajać wołaniem przez megafon, dawać wskazówki, obietnice, przyrzeczenia, przemówić do rozsądku. Można wreszcie używać gazów łzawiących, przecież te gazy zostały użyte, ale kiedy? W późniejszych godzinach popołudniowych! Dlaczego Urząd nie był w nie zaopatrzony, dlaczego nie rzucono tych gazów wcześniej, jak pierwsze skupisko zaczęło się schodzić na ul. Kochanowskiego? Bardzo słusznie wspomniał kolega Moś: „Co robiło radio tego dnia?” Ja sam w domu w oczekiwaniu na komunikat nastawiłem radiostację poznańską. Szły polki, było shimmy, tańce, ale nie było głosu, który by przemówił do ludzi, który by powiedział: – Władza jest w drodze, leci przedstawiciel władzy do Poznania i wojsko jest w drodze, ludzie, opamiętajcie się, rozejdźcie się do domów! – Gdyby takie komunikaty radio powtarzało co 10–15 minut, rozeszliby się. (...)
Proszę Wysoki Sąd, strzelano do tłumu bezbronnego, dlaczego? Z jakiej racji? Przecież ten tłum nikomu nie zrobił krzywdy, czy ktoś w Komendzie Wojewódzkiej MO został skrzywdzony, czy na terenie więzienia naczelnikowi, oficerom lub straży spadł chociaż jeden włos z głowy? Czy bito sędziów? Czy napadano na prokuratorów i czy napadano na jakieś osoby w Domu Partii, czy napadano na ludzi, którzy pracowali w Zamku, na członków Prezydium Miejskiej Rady Narodowej? Przecież słyszeliśmy, że gdy na Junikowie w Komisariacie MO ktoś rzucił hasło, żeby wystąpić czynnie przeciwko milicji, to jakaś tramwajarka zasłoniła milicję i powiedziała: „Jak możecie, oni tacy sami ludzie jak my i tak samo jak my mało zarabiają”.
Na jakiej podstawie mogło się UB spodziewać, że będzie traktowane inaczej niż przedstawiciele wszystkich innych władz na terenie miasta Poznania? Czy miało poczucie winy, o którym Zygmunt Freud mówi we „Wstępie do psychoanalizy?”. A jeśli tak, to dlaczego, na jakiej podstawie spodziewało się, że wobec funkcjonariuszy tego Urzędu tłum zachowa się nie tak jak w stosunku do przedstawicieli Milicji Obywatelskiej?
Zbliżam się do końca moich uwag. Sąd ma mandat od narodu polskiego, żeby orzekać i wymierzać sprawiedliwość, i ja się pytam, czy naród polski czeka na ukaranie Kulasa, czy żąda kary dla Bulczyńskiego lub jakiegokolwiek innego? Czy naród widzi w tych tutaj ludziach sprawców nieszczęścia z dnia 28 czerwca roku bieżącego? To był dzień tragiczny, tysiące ludzi opłakuje ten dzień: śmierć, kalectwo, utrata najbliższych, rany, utrata majątku – tragiczny bolesny dzień i za ten bezmiar bólu, za tę sumę zła, kto ma przed Sądem odpowiadać? Eddie Polo, Bulczyński i spółdzielnia „Bilecik”? [chodzi o „koników”, zajmujących się sprzedażą biletów, posadzonych na ławie oskarżonych wraz z robotnikami] Zapewniam Wysoki Sąd, że nie na to czeka naród polski. Na swoich prokuratorów czekają biurokraci, którzy zawinili w wypadkach czerwcowych, którzy się oderwali od mas, ale co to znaczy: oderwali od mas, bo tym pojęciem bardzo często się operuje, a muszę powiedzieć, że to jest pojęcie dość mgliste – oderwanie się od mas. Znaczy, że biurokraci rządzący przestali być elitą ideową, stali się elitą konsumpcyjną. Na swoich prokuratorów czekają te kule, które ugodziły tramwajarkę i dziecko, ale jestem ostatnim człowiekiem, który by żądał ukarania kogoś. Jeżeli w stosunku do tamtych ludzi zastosowano zasadę abolicji, to twierdzę, że zrobiono słusznie, ale czego obrona wymaga, to jednakowego traktowania tamtych ludzi i naszych tutaj klientów.
Chcemy równych, jednakowych praw i dla tamtych, i dla siebie. I to jest słuszne, że w takich wielkich dziejowych wypadkach być może nie ma winnych ani z tej, ani z tamtej strony. Tam też były tragedie, tam też były psychologiczne procesy zawiłe i trudne, było osaczenie, i gdyby ci ludzie tu przyszli i zechcieli opowiedzieć o swoich przeżyciach, my byśmy ich zrozumieli i prawdopodobnie byśmy im współczuli, ale jeżeli oni korzystają z abolicji, to proszę zastosować ją i do tych ludzi z tej strony barykady. (...)
Proszę Wysokiego Sądu! Ta nierówność spojrzenia na ludzi z jednej i z drugiej strony barykady niestety wystąpiła już w pierwszym dniu po zajściu, kiedy w obliczu majestatu śmierci nie potraktowano ich w sposób jednaki. Jednych chowano jako bohaterów na Cmentarzu Bohaterów, a innych na różnych przedmieściach przy udziale dwóch członków rodziny. Tak czytałem w prasie. Tak słyszałem z ust rozmaitych – i tu takie wspomnienie z lat mej młodości wyłania się mi przed oczyma.
Piotrogród, luty, 1917 roku. Byłem wówczas maturzystą gimnazjum piotrogradzkiego. Tron Romanowych runął, ale pozostały trupy. W różnych miejscach miasta leżeli robotnicy, żołnierze korpusu żandarmerii, oficerowie gwardii i przypadkowi przechodnie, i posterunkowi policji carskiej. I postanowiono wszystkich pochować razem z tymi samymi honorami wojskowymi. I pamiętam ten dzień dokładnie, szare, zimne, ołowiane niebo nad Petersburgiem i wiatr wiejący od Newy, i od rana dudniące bębny, i żałobne marsze na ulicach, i czerwone trumny na barkach robotników. I wszystkich skierowano do jednej wspólnej mogiły: i tych, którzy bronili tronu Romanowych, i tych, którzy padli w spełnieniu żołnierskiego obowiązku, obowiązku służbowego, i tych, którzy walczyli o lepszy świat, o lepszą przyszłość całej ludzkości.
Kończę już, proszę panów, nie mogę zapomnieć tego chłopca, który trzymał na ul. Kochanowskiego sztandar w gradzie kul. Nie wiem, co się z nim stało, czy żyje. Chciałbym, żeby wspomnienie o nim z pewnym szacunkiem przechowywano.
Wysoki Sądzie! Krew przelana 28 czerwca przypieczętowała pewien rozdział naszej historii, okres dziesięciolecia, które przeminęło. Co w tym dziesięcioleciu było piękne, ideowe i twórcze, to będzie żyło w naszym narodzie wiecznie, co było złe i niegodziwe, oby nie odżyło już nigdy.
Wierzę, że krew ofiar zajść nie została przelana na próżno. Ja wierzę, że na grobach tych, którzy polegli, spełni się zapowiedź, którą w „Nocy listopadowej” Stanisław Wyspiański włożył w usta Korze, bogini wiekuiście odradzającego się życia:


Krwi przelanej nie zmarnię,
krwią tą pola i rolę użyźnię,
i synów z krwi tej dam kiedyś Ojczyźnie.
Proszę Wysoki Sąd dla Romana Bulczyńskiego o wyrok ludzki.

Stanisław Hejmowski

Fragmenty mowy obrończej, wygłoszonej 16 października 1956 w tzw. „procesie dziesięciu”. Publikujemy je za książką „Poznański czerwiec 1956” pod red. Jarosława Maciejewskiego i Zofii Trojanowiczowej, Poznań 1981 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl