Big Brother: Tematy do odstąpienia

Kocham was wszystkich!!!

ANDRZEJ FRANASZEK

 

Zjawisk masowych nie da się zbyć wzruszeniem ramion, prędzej czy później doświadczymy bowiem bolesnych konsekwencji lekceważonych faktów. Dlatego zapisuję kilka uwag widza programu „Wielki Brat”. Nazwijmy je – pożyczając określenie od Miłosza – tematami do odstąpienia.

Finał TVN-owskiego „Big Brother” oglądało prawie 70 proc. tych Polaków, którzy włączyli telewizor, czyli ponad 8 milionów widzów. Niezależnie od tego, jak oceniamy „Wielkiego Brata”, musimy przyznać, iż mamy do czynienia ze zjawiskiem istotnym. W polskich mediach pojawiła się nowa jakość, zostały przekroczone kolejne granice wrażliwości, zobaczyliśmy kulturowe przemiany, zachodzące w społeczeństwie.


„Jestem sobą”
Wbrew temu, czego się obawialiśmy, „Wielki Brat” nie stał się ucztą dla podglądaczy. Choć jego uczestnicy oraz ich rodziny ochoczo dzielili się z nami swoją prywatnością, to przecież nie wykroczyli poza standard znany już z innych programów telewizyjnych. Granice intymności zmieniły swój przebieg i spora część Polaków nie widzi niczego złego w opowiadaniu milionom widzów szczegółów z życia rodzinnego czy seksualnego, nie przeszkadza im kamera, śledząca najbardziej prywatne chwile: pojednania zwaśnionych krewnych, rozpacz osieroconych rodziców, narodziny.
„Big Brother” nie był zatem okienkiem, przez które zajrzeliśmy do sąsiadów, ale spektaklem, wyreżyserowanym przez jego twórców i uczestników. Pierwsi nakreślili ramy, zdefiniowali postaci i zarys akcji, drudzy scenariusz ożywili aktorską interpretacją. W kogo jednak postanowili się wcielić Janusz, Alicja, Manuela czy „Gulczas”?
To pytanie wykracza poza zaspokojenie ciekawości widza. Wybór kreacji nie był wszak bezinteresowny – chodziło o to, by zostać zaakceptowanym przez innych graczy oraz, a właściwie przede wszystkim, publiczność. Tak naprawdę pytamy więc, jakie wzorce zachowania, wartości są dziś przez Polaków akceptowane. Spontaniczność, szczerość, „bycie sobą”? Wesołość, bezkonfliktowość? Tak zwana tolerancyjność, czyli ogólnikowa akceptacja świata, oparta na (irytującej) zasadzie „nie mam prawa nikogo osądzać”? Nie sposób nie zauważyć też hipokryzji, ukrywania swych motywacji. Słyszeliśmy za to sporo o chęci „sprawdzenia się”, „przeżycia przygody”...
Równie istotna jest strona druga, czyli widzowie. Czym kierowali się, odrzucając zawodników? Co cenią? Zadziorność, nieszablonowość, czy raczej układność, powierzchowną grzeczność, demonstracyjne deklarowanie sympatii do innych? Czy jeśli ktoś jest nie lubiany przez grupę, to ja, widz, na przekór będę go popierać, nie bacząc na jego faktyczne zasługi? Czy i my nie kierujemy się hipokryzją, urażoną, gdy ktoś klnie albo przyznaje się, że lubi alkohol (a sami często klniemy i lubimy...)?
Uważne prześledzenie autokreacji uczestników BB i preferencji jego publiczności pomogłoby opisać wzór Polaka, obecny w zbiorowej (pod?)świadomości.


„Alicja leci”
Swego czasu Marcel i Paweł Łozińscy proponowali zainstalowanie kilkudziesięciu „budek z kamerami”, do których mógłby wejść każdy, wypowiedzieć się na dowolny temat, zaś najciekawsze z tych wypowiedzi trafiłyby na antenę publicznej telewizji. Nic z tego nie wyszło. Otrzymaliśmy natomiast wędrujący po Polsce wóz transmisyjny „Big Brother”. Widzowie komentowali w nim zachowania bohaterów, czasem zwierzali się z planów czy marzeń.
Wiemy o często szkodliwym wpływie telewizji na rozwój intelektualny i duchowy. Co innego jednak znać teorię, co innego zobaczyć przykłady...
Jak poważne są zmiany w sposobie wysławiania się i cielesnej ekspresji młodych Polaków! Jak silny wpływ zachowań obecnych w środkach masowego przekazu, zwłaszcza w przemyśle rozrywkowym! Okazuje się, iż polski 13-latek nie potrafi powiedzieć kilku zdań pojedynczych „po prostu”. Aby samemu się akceptować (i być akceptowanym przez kolegów) musi przy tym wykonywać ruchy (i w miarę możliwości dobierać słownictwo), jakie zobaczył na teledyskach murzyńskich raperów.
„Klaudiusz jest cool” – słyszymy, obserwując dość nieudolne wyginanie się, gestykulacje dłońmi. Wskazany jest też odpowiedni strój, z obowiązkową bejzbolówką. Śmieszne? Tylko pozornie. W rzeczywistości raczej przerażające, bo i karykaturalne niezmiernie, i poświadczające siłę oddziaływania mass-mediów, unifikujących emocje i sposoby ich uzewnętrzniania. Oto kulturowa „urawniłowka”, pozostawiająca za sobą identycznych wychowanków MTV, buntujących się przeciwko schematom obowiązującym dorosłych, by wytworzyć własne, dobrowolnie ubrać mundurki, kolorystycznie krzykliwe, ale równie obowiązujące jak stonowane garnitury yuppies.
Do tej pory uważałem, że autorkami najbardziej stereotypowych wypowiedzi publicznych są uczestniczki konkursów piękności, które zawsze interesują się sportem, kochają dzieci i zwierzęta, chcą pomagać innym. Okazuje się, że nowomowa pustoszy i inne rejony ludzkości. Oto Janusz Dzięcioł, czterdziestokilkuletni poważny mężczyzna, wykrzykuje do tłumów: „Kocham Was wszystkich, jesteście wspaniali!”... Jeszcze kilka lat temu takie publiczne oświadczyny byłyby trudniejsze. Dziś widać, jak pojętnie „zwykli obywatele” podchwytują zachowania osób publicznych, polityków czy gwiazd rozrywki, które zawsze są zachwycone, spotykają świetną publiczność, praca z innymi gwiazdami jest dla nich zawsze wspaniałą zabawą.
Jak łatwo zwycięzca „Wielkiego Brata” wchodzi w rolę „moralnego autorytetu”, wygłasza ogólnie słuszne sądy o życiu, wartościach, zachowaniach! Nie ma oczywiście sensu „napadanie” na tego, skądinąd sympatycznego, człowieka, wpędzonego w działanie machiny promocyjnej TVN-u. Zabawnie jest jednak, słuchając jego zapewnień dotyczących lepszej przyszłości, troski o innych, potrzeby spokojnego życia dla wszystkich, przypomnieć sobie przedwyborcze obietnice choćby Aleksandra Kwaśniewskiego. Mówić ciepłe i ogólnie słuszne banały – to działa.
Inny przykład to fakt, iż już mało kto cieszy się i zdumiewa, wykrzykując swojskie „o rany!” czy „hurra!”. Bardziej popularne jest angielskie „wow!”, co prowadzi nas ku kolejnemu zagadnieniu. Wypowiedzi widzów programu to bezpośredni wgląd we współczesną mówioną polszczyznę, z której zapamiętuję frazę „No to Alicja leci”, wyrażającą przekonanie pewnego młodzieńca, iż podczas najbliższego głosowania Alicja Walczak przegra z Piotrem Gulczyńskim. Jeśli TVN zachowało taśmy z tymi nagraniami, mogą być one ciekawym źródłem dla językoznawców i pisarzy.

„Oczekuję na propozycje”
There’s no business like show-business... Wszyscy uczestnicy „oczekują na propozycje”, marzą o karierze w przemyśle rozrywkowym, ewentualnie środkach masowego przekazu. Wszyscy chętnie by śpiewali, prowadzili programy telewizyjne, w ostateczności zostali politykami...
Łatwo zauważyć, iż nadrzędną wartością jest dla nich, a więc zapewne i dla milionów innych Polaków, popularność. To ona dopinguje, aby „dobrze się sprzedać”, osładza dni rozłąki z rodziną, wyrzeczenie się sporej części prywatności i nie przypadkiem Grzegorz Miecugow zachęcał finalistów do wytrwania, obiecując, że wkrótce ręce ich rozbolą od rozdawania autografów. Jak sprawnie gracze przeistaczają się w gwiazdy – machają do widzów, rzucają w tłum maskotki czy bukiety kwiatów, spontanicznie sięgają po pisaki i podpisują się...
Choć nigdy nie rozumiałem pasji zbierania autografów, to w granicach mej wrażliwości mieści się chęć posiadania podpisu wybitnego pisarza, naukowca, od biedy sportowca. Po co jednak komuś potrzebny jest autograf narzeczonego Alicji?! Powszechna jest chęć wyrwania się z anonimowości, zaistnienia w świetle kamer. Parafrazując Wisławę Szymborską: Nie być na wizji, to nie być wcale...
Nastała – przekonuje Edward Miszczak, dyrektor programowy TVN – „epoka normalsów”, idolami tłumów stają się ludzie przeciętni. Obserwujemy, opisany dokładniej w poprzednim „TP”, „bunt mas”, pożegnanie z elitami, marginalizację społecznej roli grup do tej pory najważniejszych. Dodajmy, iż dotyczyć ona może nie tylko inteligencji, ale też artystów. Skoro każdy może śpiewać czy grać, skoro każdy (Alicja, Monika, „Gulczas”) budzi aplauz... Do tej pory masy chciały być bawione przez zawodowców. Dziś coraz częściej zdają się same sobie tę rozrywkę organizować (przypomnijmy triumfy disco-polo).
Estetycznie rzecz biorąc, wokalne popisy uczestników „Wielkiego Brata” podczas finałowego koncertu były odstręczające. Ocena zmiany kulturowej, dokonana przez psychologa i socjologa, nie musi być tak jednoznaczna. Można ten drobny fakt wpisać w kontekst coraz większych możliwości publicznego wypowiadania się, czego sztandarowym przykładem jest internet, eksplozja stron www, oddających osobowość ich twórców. Tak czy inaczej, panuje dziś w Polsce rozpasany egalitaryzm. Mówiąc językiem kolorowych magazynów: Big Brother w górę, Unia Wolności w dół.
Z tego punktu widzenia pomysł wielkopolskiego oddziału tej partii, by Manuela Michalak wzięła udział w kampanii wyborczej UW, obok bycia dowodem wzruszającej wręcz bezradności, ma też mile absurdalny posmak oksymoronu...

„Jak tam Krystianek?”
„Wielki Brat” to także bardzo poważne pytania o moralną odpowiedzialność oraz zawodową kompetencję jego współtwórców, czyli psychologów i dziennikarzy.
Wojciech Herra, jeden z psychologów współpracujących z programem, przyznaje w wywiadzie o znamiennym tytule „Testowałem mieszkańców domu Wielkiego Brata” („Gazeta Wyborcza”, 18 VI), iż jego uczestnicy byli dobierani tak, by dochodziło między nimi do konfliktów, podnoszących atrakcyjność i oglądalność. Piotr Gulczyński („GW”, 15-21 VI) wskazuje mechanizm, jakim posługiwali się prowadzący: dawkowanie papierosów i informacji o świecie zewnętrznym, „napuszczanie” uczestników na siebie miały prowokować graczy do niekontrolowanych zachowań.
Mamy oczywiście do czynienia z manipulowaniem – dla celów merkantylnych – żywymi ludźmi, traktowaniem ich jak bohaterów gry komputerowej (selektywne opracowanie wizerunku, podporządkowane dominującej cesze: „niebezpiecznie żywiołowy Gulczas”, „spokojny Janusz”...). Jak materiału, który można „testować”, później zaś dopasować do telewizyjnych potrzeb. Potrzeba władzy dominowała wypowiedzi „Wielkiego Brata” (opracowywane zapewne przez cały sztab ekspertów), stosowany przezeń system kar i nagród.
Pamiętam oczywiście, iż uczestnicy programu byli ochotnikami, chcącymi zarobić pieniądze lub przynajmniej zdobyć popularność. Jednak apodyktyczność decyzji zespołu prowadzącego, zmuszanie graczy do czynności nieraz upokarzających (jak de facto – poprzez ograniczenie dostępu do ciepłej wody – zmuszanie do wspólnych kąpieli), sprawiały, iż słowa „Wielki Brat” odzyskiwały chwilami swój pierwotny, orwellowski odcień.
Oczywiste jest pytanie o psychologiczne konsekwencje, jakie ponieśli uczestnicy. Grozę budzą sceny, w trakcie których – co zauważyła na tych łamach Józefa Hennelowa – dorosła kobieta karmi piersią plastikową lalkę, niańczy ją, nazywa „swoim Krystiankiem”, zapewnia, że matka nigdy dziecka nie opuści... Ileż bezduszności trzeba mieć, by dorosłemu człowiekowi, obudzonemu o 4-tej nad ranem imitacją płaczu dziecka, kazać przewijać imitację niemowlaka? Zwłaszcza kobietom, od miesięcy pozbawionym kontaktu z rodzinami?
Zapewne nie dojdzie u nas do tak spektakularnych wydarzeń, jak samobójstwo jednego z uczestników innej edycji programu. Los polskich graczy winien jednak interesować psychologów. Jest to problem nie tylko 12 graczy z Sękocina, ale wszystkich ludzi funkcjonujących w centrum zainteresowania środków masowego przekazu.
Przy okazji trzeba też dodać, iż przypadek „Wielkiego Brata” stanowi dobre uzupełnienie do dyskusji o kondycji polskiego dziennikarstwa. Obok nacisków politycznych i ambicji zawodowych, opisanych przez ks. Andrzeja Lutra w „Kontrapunkcie” „Requiem dla dziennikarza” („TP” nr 22/2001), istnieje przecież także pokusa popularności i pieniędzy, mogąca prowadzić do moralnych kompromisów.
Jak dwuznaczna jest rola dziennikarzy, którzy wmawiają bohaterom programu romanse, „napuszczają” jednych na drugich, widzów zaś, aby zwiększyć wpływy stacji, informują o wyrównanym poziomie rywalizacji, który po godzinie – jak było w trakcie finału – niespodziewanie zmienia się w kilkudziesięcioprocentową różnicę...
Cóż robi tu Grzegorz Miecugow, piękny głos z najlepszych lat radiowej „Trójki”?

*
Na Zachodzie kolejnym przebojem reality-shows stał się program, w którym zadaniem każdego z graczy jest uwiedzenie pozostałych. Polskie wcielenie jest planowane przez Polsat na lipiec. Wtedy wyznania bohaterów, słowa „Kocham Was wszystkich”, nabiorą dodatkowego odcienia...

Andrzej Franaszek

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl