Nowe możliwości grzechu

JACEK PODSIADŁO

 

Nie uważam, żeby rozpoczynanie co drugiego felietonu meldunkiem z życia mojego syna było najszlachetniejszą z metod, ale jak mam napisać? Po prostu, że w niedzielę między 10 a 11 oglądałem „Disco relax”? O, nie. Syn mi włączył. Lubi, to włączył. 
No i ujrzały moje oczy, że na liście relaksujących przebojów znajduje się grupa „Dzieci Noego”. Co gorsza, miałem uszy ku słuchaniu. Jakieś niezbyt utalentowane osóbki piały na cześć Pana coś tak niemelodyjnego, że na Jego miejscu wolałbym nie słuchać. O.k., encyklika „De gustibus...” naucza nas, że wśród sposobów wyrażania wiary nie ma lepszych i gorszych, więc nie będę skupiał się na welurach artystycznych piosenki, choć nie mogę nie zauważyć, że konkurencyjna piosenka o refrenie „Dyskoteka, ty i seks – oto wszystko, czego chcę” była jednak sprawiedliwie o niebo wyżej na przebojowej liście. Ale, ŕ propos nieba: wskutek prostej piosenki jąłem rozważać o grzechu. Czy grzechem jest śpiewać na tej samej liście przebojów, na której lansuje się ciupcianie bez ładu i składu, i to na antenie tej samej stacji, która w sobotnie noce nadaje „Różową landrynkę” czy tam co tam? Czy grzechem jest przybierać nazwę „Dzieci Noego” w sytuacji, gdy musi się ona kojarzyć ze znacznie popularniejszą grupą „Arka Noego”? Tak, bo jest to i pożądanie rzeczy, która bliźniego jest, i dawanie fałszywego świadectwa. Nie, bo jest to tylko podkreślenie wspólnoty wszystkich śpiewających ku Bożej chwale i wykorzystanie cudzej popularności w jak najszlachetniejszym celu. A że zespół nie ochrzcił się „Barka Noego”, „Arkan Noego” ani „Barbakan Noego”, to zgoła dobry uczynek.
Przyszły czasy, kiedy przed człowiekiem otworzyły się nowe możliwości, zupełnie nowe style życia, a wraz z nimi przyszło tyle grzeszków-nowalijek, że prostemu człeczynie coraz trudniej interpretować w odniesieniu do nich kanon Dekalogu. Wiem coś o tym choćby jako apostata, który oddalił się od Kościoła przeczytawszy w dawnym katechizmie dla dzieci: „Kto jeździ autobusem bez biletu, popełnia grzech, bo krzywdzi państwo”. Tak stało napisane, i było imprimatur i wszystko, co trzeba. A trudno mi było pomyśleć: „Ach, biedne, krzywdzone państewko!” o wielkim państwie polskim. Co innego w Andorze albo San Marino, gdzie jeden przejazd bez biletu może zachwiać finansami państwa i pewnie byłby grzechem ciężkim. 
Nie tylko ja muszę zdawać się na własne sumienie w ocenie, co może być grzechem, a co nie. W gazecie pytają przed egzaminem maturalnym księdza, czy grzechem jest podpowiadanie. Ksiądz wykręca się od jednoznacznej odpowiedzi („Tu nie chodzi o grzech, tylko o zasady” itp.), co dziennikarzowi pozwala na ogłoszony już w tytule werdykt „Podpowiadanie to nie grzech”. Jest to jeden z wielu szczególnych przypadków, kiedy nasze sumienie staje okoniem wobec nakazu Prawa. Oczywiście, jeździć bez biletu, podpowiadać, dokonywać eutanazji nie wolno. Ale ma się dyktowany przez sumienie obowiązek ratować nieszczęśników: kogoś, kto drży ze strachu przed konduktorem, drugiego, który rozpaczliwie szuka ratunku na egzaminie, innego, który niewyobrażalnie cierpi. Prawo sumienia nie ma, więc jest mu łatwiej powtarzać swe skończone prikazy. Być może to wina wybujałej wyobraźni, ale potrafię sobie wyobrazić czyny będące dobrymi uczynkami i grzechami jednocześnie. 
Ostatnio, kiedy Bayern Monachium cudem zdobył mistrzostwo Niemiec w piłce nożnej, wszystkie dzienniki powtarzały za jakimś piłkarzem czy dziennikarzem, że „Bóg jest Bawarczykiem”. Religijność piłkarzy i kibiców to w ogóle ciekawy temat. I jakie dylematy niosący ze sobą! Czy żegnanie się przed wejściem na murawę, wokół której kilka tysięcy ludzi skanduje na przykład, Legia to kto, jest grzechem? A faul? A strzelenie gola przeciwnikowi? A co wreszcie, jeśli Bóg jest z Andory?
Głęboko wierzę, że grzechem jest mieszanie porządków. Nie jest grzechem handel, ale kupczenie w świątyni owszem. Nie jest grzechem śpiewać o Bogu, ale na Polsacie tak. Diogenes, kiedy go ganiono, że chadza do „brudnych” dzielnic, odpowiadał: „Słońce zagląda też do ustępów, a mimo to się nie brudzi”. To prawda. Ale ze studia Polsatu czy ze stadionu Legii, podobnie jak z miejsc gehenny, nie można wyjść nie skalanym. To jest grzechem „Dzieci Noego”, Marka Citki, Eleni, mojego syna i moim. 

Jacek Podsiadło

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl