Komentarze

 


Olaf Osica Bush w Europie, Bush w Polsce

Marek Orzechowski z Brukseli Göteborg: nic nowego...

Janusz A. Majcherek Skutki fiskalizmu

Józefa Hennelowa Na granicy czy już poza nią

 


 

 




  
 Bush w Europie, Bush w Polsce

Sześć dni, pięć państw, cztery spotkania. Prezydent George W. Bush przyjechał na Stary Kontynent, aby przekonać europejskich sojuszników, że nie jest samolubnym unilateralistą, który problemy współczesnego świata postrzega przez pryzmat teksańskiego rancza. Choć w najważniejszych sprawach – sprzeciwu USA wobec ratyfikacji protokołu z Kioto i planów budowy „ochronnej tarczy” – przełomu nie było, wrażenie, jakie Bush pozostawił po sobie w Europie jest bardziej niż pozytywne.

Nowy lokator Białego Domu chciał także poczuć oddech historii i stanąć po raz pierwszy twarzą w twarz z symbolem rosyjskiego imperium –prezydentem-pułkownikiem Wladimirem Putinem. „Spojrzałem mu głęboko w oczy i zobaczyłem człowieka uczciwego i bezpośredniego” – przekonywał Bush dziennikarzy. Co ujrzał Putin nie wiadomo, choć słowa dobierał starannie i dowodził, że pogłoski o zmierzchu partnerstwa Rosji z USA są zdecydowanie przedwczesne.

Na tym tle wizyta w Warszawie przypominała polityczny festyn, w czasie którego prezydent USA mógł odpocząć po trudach rozmów z przywódcami UE i złapać oddech przed szczytem w Ljubljanie. Nad Wisłą bowiem krytyków amerykańskiej polityki jak na lekarstwo, za to cała elita polityczna ochoczo wspiera budowę ochronnej tarczy. W takiej sytuacji Bush na dobrą sprawę nie musiał wiele mówić, aby potwierdzić to, o czym wszyscy wiedzą od dawna: Polska po prostu kocha Amerykę. A jednak wygłosił on ważne przemówienie, w którym zarysował wizję Europy „wolnej i otwartej” i „bez gadania o Wschodzie i Zachodzie”. Narzędziem realizacji wizji ma być rozszerzanie NATO i UE bez oglądania się na sprzeciwy państw trzecich, wspieranie Ukrainy i sojuszniczy dialog z Rosją. Co z tego doczeka się realizacji, dowiemy się za rok na szczycie NATO w Pradze. Jedno nie ulega natomiast wątpliwości: polityka polska wciąż szuka akceptacji ze strony Zachodu i Amerykanie potrafią to wykorzystać. „Wydaje się, że Polacy przez długi czas sprawiali, że świat był uczciwy” – chwalił Bush, dobrze wiedząc, że w ten sposób zapewnia sobie poparcie na całą kadencję.

Olaf Osica

 

 

 

 

 

 

 

 

Göteborg: nic nowego...

Negocjacje z najbardziej zaawansowanymi kandydatami do Unii Europejskiej powinny zostać sfinalizowane do końca 2002 r., a dwa lata później mogliby oni zostać członkami UE – taką decyzję podjęli unijni przywódcy na szczycie w Göteborgu i postanowienie to jest w gruncie rzeczy „oszlifowaną” formą decyzji ze szczytu w Nicei z grudnia 2000. Kandydaci dowiedzieli się tego, co już wiedzieli: że jeśli się postarają, będą w Unii wcześniej, jeśli się zagapią – później. „Piętnastka” ubrała „w nową koszulę stare ciało”, bo coś przecież musiała zaproponować kandydatom po irlandzkiej konfuzji. W tej sytuacji stanowisko Francji i Niemiec (niemieckie i francuskie wybory blisko...), które sprzeciwiły się wyznaczeniu konkretnej daty rozszerzenia zasługuje na uznanie: szczerość jest rzadką cnotą w polityce.

Wbrew niektórym komentarzom, taka „konkretyzacja” perspektywy członkostwa przyniesie nam wszystkim więcej stresów niż radości. Demontuje ona dotychczasową konstrukcję „grupy luksemburskiej” i „grupy helsińskiej” (nieformalnego podziału na kraje bardziej i mniej zaawansowane), zwalniając ich członków z symbolicznej, ale jednak wspólnoty interesów. Teraz każdy będzie biec do mety na własny rachunek. Zanikające od dawna poczucie solidarności pozbawione zostanie ostatnich krępujących więzów. W tym wyścigu stosunki między kandydatami doznają wielu kontuzji; tylko chwila dzieli nas od sytuacji, gdy nasi partnerzy (Węgry czy Czechy) ogłoszą, że nie będą na nas czekać.

Marek Orzechowski z Brukseli

 

 

 

 

 

 

 

 


Skutki fiskalizmu

Dla kasy państwa pierwsze sześć miesięcy roku jest zawsze trudne. Aż do końca lipca wydatki przekraczają wpływy – trwa bowiem zwracanie indywidualnym podatnikom nadpłat z tytułu rozmaitych ulg. Dopiero później wraca równowaga, a pod koniec roku wpływy przewyższają wydatki, bo część podatników przekracza już kolejne progi dochodowe i zaczyna płacić wyższe stawki. W tym roku kłopoty są jednak dotkliwsze niż zwykle. Problem jest tej rangi, że rząd musi szukać nadzwyczajnych sposobów na załatanie budżetowej dziury.

Podstawowe powody mniejszych o kilka miliardów złotych dochodów państwa to słabszy wzrost gospodarczy i niższe dochody obywateli – także z powodu wysokiego bezrobocia. Oba te przypadki oznaczają bowiem zmniejszone wpływy podatkowe. Ale niektóre z przyczyn kłopotów budżetowych są pośrednim objawem procesów pozytywnych: niższej inflacji, która obniża nominalne dochody, czy też lepszych wyników handlu zagranicznego, skutkujących spadkiem wpływów z VAT od towarów importowanych. Wśród źródeł perturbacji są jednak również błędy popełnione przez rząd – jaskrawym było podniesienie stawek akcyzy, które spowodowało załamanie rynku motoryzacyjnego i lawinowy wzrost przemytu alkoholu i papierosów, co przyniosło spadek wpływów z tego podatku o ok. 4 mld zł, co stanowi ponad połowę budżetowego niedoboru.

Pokazuje to, że granice fiskalizmu są już w Polsce przekraczane. Nie ma zatem innej drogi wyjścia z kłopotów, jak redukowanie wydatków i podatków, które pomogłoby odzyskać wysokie tempo wzrostu gospodarczego, a w rezultacie zwiększyć dochody obywateli i budżetu. Powinni to brać pod uwagę zarówno politycy rządowi, lękający się ciąć wydatki przed wyborami, jak szykujący się do przejęcia władzy działacze opozycyjni, obiecujący powrót do szybkiego wzrostu gospodarczego, a jednocześnie zwiększenie wydatków na różne ogólnie słuszne cele – jak ostatnio na wsparcie rolnictwa.

Janusz A. Majcherek

 

 

 

 

 

 

 

 

Na granicy czy już poza nią

Po amerykańskim wyroku śmierci wykonanym na teroryście Mc Veighu komentowano już wszystko: dopuszczalność tej kary, zasięg jej akceptacji, argumenty za i przeciw, aspekt religijny i społeczny – wszystko. Kto pozostał przy swoim zdaniu a kto je zmienił – nie wiadomo. Nie ma chyba jednak człowieka, który by nie doznał osłupienia czytając o zachowaniu grona Amerykanów dopuszczonych do obserwowania wykonania wyroku. Nawet jeśli byłoby się w stanie pojąć, że krewnym ofiar McVeigha (bo to oni tak zostali “usatysfakcjonowani”) bycie świadkiem śmierci terorysty przyniosło jakąś ulgę (???), nie da się ani w przybliżeniu odpowiedzieć sobie, jak mogli oni zaraz potem udzielać wywiadów i opowiadać przed kamerami o ostatnich chwilach skazanego. Jest tak, jakby już chodziło o jakiś inny gatunek osobników, tylko przez nieporozumienie nazywających się dalej ludźmi. Ale alarmu ani krzyku rozpaczy nie było słychać.

Nie uważajmy się jednak za dużo lepszych. Linie sytuacji granicznych stają się coraz mniej wyraźne. W programie “Wielkiego Brata” uczestnicy dostali ostatnio polecenie imitowania zachowań macierzyńskich i rodzicielskich przy użyciu lalek-niemowląt. Kąpali je, wozili w wózeczkach, panie “karmiły piersią” , głośniki imitowały płacz dziecka. Dorośli ludzie zgodzili się poniewierać jedną z najcenniejszych w świecie wartości. I nikomu nie przeszło przez myśl powiedzieć: dość tego dobrego. Tak, jakby pozostał nam – i wystarczał – już tylko wygłup.

Józefa Hennelowa

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 25, 24 czerwca 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl