Epoka „normalsów”

WIESŁAW GODZIC

 

O programie „Wielki Brat” wypowiedzieli się zapewne wszyscy, którzy zwykle się wypowiadają; ci, którzy powinni to zrobić; a także ci, bez głosu których przeciętny Polak nie wiedziałby, co myśleć o tym fenomenie. Rozsądnemu człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak zamilczeć i zająć się własnym ogródkiem. Jeśli decyduję się zabrać głos w tej ekscytującej wszystkich sprawie, robię to wyłącznie dlatego, że zauważyłem niepokojącą zgodność w większości wypowiedzi.

Opinie o Big Brother balansowały między uznaniem go za „apoteozę knajactwa, głupoty, prostactwa i prymitywizmu”, dowcipnym przekręceniem nazwy (Wielki Magiel), wołaniem o ochronę czystości obyczajów (w czym przeszkadzać miałoby podglądactwo), a dostrzeganiem zagrożenia w deprawacji publiczności programu („kto będzie leczył telewidzów?”). Pokazane zostało „przerażające oblicze telewizyjnej widowni. Naszych niskich instynktów, ciekawości, podglądactwa”, naprzeciw której znajdują się bohaterowie tego show: „nudni i upokorzeni”, prymitywni lub tylko przeciętni.


lekcja „wielkiego brata”

Dziwne wydaje się, że na naszej pluralistycznej scenie zarysowały się niepokojące proporcje – znaleźć można było nieliczne głosy zawsze przekornych felietonistów, dowodzących zupełnie rozsądnie, że podglądanie (chociaż napiętnowane) może być uważane za motor rozwoju kultury, za „przęsło rozwoju psychologiczno-obyczajowego”. Albo sąd etnologa, przekonującego, że – chociaż spektakl nie pokazuje rzeczywistości – to w dużej mierze uznać go można za kontynuację głównych trendów kulturowych pochodzących od Oświecenia.
Nie doczeka się wprawdzie czytelnik ode mnie jawnej obrony tego typu programów, bo często oglądałem kolejne relacje z zażenowaniem, a wrażenie nudy nie było obce nawet grupie moich studentów, która dla celów naukowych śledziła swoje reakcje w czasie 24 godzinnego podglądania „Wielkiego Brata”. Bardzo odpowiada mi pogląd jednego z brytyjskich teoretyków kina dokumentalnego, który twierdził, że telewizyjne reality shows mają się tak do dokumentu filmowego jak perwersja seksualna do normalnego seksu. Polacy – jak mi się wydaje – są jednak na etapie udzielania znacznego przyzwolenia dla takiej perwersji.
Dlatego w tej chwili, po zakończeniu (pierwszego wydania) tego najpopularniejszego wydarzenia kulturowego ostatnich miesięcy, chciałem spytać, czego moglibyśmy nauczyć się od „Wielkiego Brata”, gdybyśmy zdolni byli popatrzeć bez uprzedzeń i lęków. Gdybyśmy pozbyli się nieznośnego języka inwektyw, z którymi nie da się dyskutować, a także obrażania się na rzeczywistość i wywyższania się słuchaczy Mahlera nad fanów łatwej muzyki z Opola, wtedy być może uwierzylibyśmy polskiemu ojcu „Wielkiego Brata”. Edward Miszczak, dziennikarz radiowy i telewizyjny, tworzący porywające reportaże długie lata przed tym programem, w rozmowie w „Polityce” (17 marca 2001) stwierdza: „nasi widzowie to ludzie, którzy chcą bezpośredniego potwierdzenia swojego ja, chcą się sfotografować na tle takich jak oni, sprawdzić, czy są lepsi czy gorsi (…) Był czas na białe plamy, potem na szybką informację, a dziś jest epoka »normalsów«”.
Być może trochę racji przyznać wówczas by można wypowiedzi „zwyczajnego” czytelnika, który pisze: „Reality shows są w dużej mierze programami edukacyjnymi. Nieraz siedzę u znajomych, oglądając Big Brother i dyskutując o poczynaniach i przemyśleniach uczestników. Takie wspólne spotkania pogłębiają i poszerzają wiedzę o społeczeństwie, prowokują do dyskusji na temat ludzkich zachowań”. Mam zapisane przez wielu studentów, dotyczące ich samych i ich rodzin, dowody autentycznego zaciekawienia światem seriali mydlanych oper i reality shows: są oni przekonani, że programy te rozszerzają ich wiedzę i pomagają lepiej rozpoznać mechanizmy życia. Pisząc w „Telewizji jako kulturze” (1999) o społecznej roli innego gatunku telewizyjnego, talk-show, twierdziłem, że mimo wielu ograniczeń pozostają one dla ogromnej liczby Polaków głównym źródłem edukacji w zakresie komunikowania się ludzi.
Tak więc wolałbym nie mówić o Wielkim Bracie jako o „teście na alienację” ani odmawiać mu wszelkich korzyści poznawczych. Chociaż zgadzam się, że nie jest to program o prawdziwych ludziach i ich prawdziwym życiu – lecz raczej wystawianie na pokaz rozmaitych stereotypowych zachowań, na ogół czerpanych z telewizji – to także w nim dostrzegam szansę na zaistnienie czegoś ważnego i niebanalnego.

SHAZZA, MODELKA, KAMELEON...

„Wielki Brat” to widowisko, a jego uczestnicy są aktorami – zgoda. Ale zgódźmy się ponadto, że scenariusz jest w dużym zakresie pisany przez nich samych i tworzony w czasie rzeczywistym. Cóż wiemy o tych ludziach, których zachowania mogliśmy śledzić przez kilka lub kilkanaście tygodni? Monika podobna jest do Shazzy, niezbyt wyrafinowanej intelektualnie gwiazdy disco-polo, Janusz – zasadniczy i przyciężki strażnik miejski, którego fascynuje opieka nad kurami, wcześnie chodzi spać i jest nudziarzem. Alicja, nie najmłodsza modelka: kamera ujawnia stale jej profesjonalne zachowanie niby-sceniczne, ale także pokazuje wieczorną modlitwę. Manuela to wulkan humoru, żywiołowość, brat łata. Klaudiusz: duży dzieciak, kumpel, ale nieco infantylny. Gosię symbolizuje kameleon, ona świetnie gra swoją rolę, jest wcieleniem fałszu.
Nigdy nie odważyłbym się sporządzić takich charakterystyk – stworzyli je internauci, żywo dyskutujący w nowym medium, ale także zwyczajni ludzie w sklepach, szkołach, biurach. Zwraca się tam ponadto uwagę na wielkiego nieobecnego w rozmowach uczestników tej zabawy. O niebagatelnej wygranej mówi się w nich niewiele – wszystkimi „kręci pieniądz”, ale nie potrafią jednak zracjonalizować swoich zachowań w cieniu ogromnej sumy.
Socjologowie i psychologowie pewnie zastanawiać się będą, jakimi kryteriami kierowali się uczestnicy eliminując swoich kolegów, ale już teraz z ich wypowiedzi (jeśli im wierzyć, to inna kwestia) wynika, że poczucie grupowej przyjaźni, lojalność i dobry kontakt były tymi cechami, które najwyżej ceniono u pozostałych. Całkiem nieźle jak na „ćwierćinteligentów, kierujących się niskimi pobudkami”. 
W chwili, gdy wystartował program, obawialiśmy się wszyscy szokującego odwołania do książki Orwella, jednak żaden ze złowieszczych atrybutów totalitarnej społeczności nie został w tym przypadku zrealizowany. Wprost przeciwnie: wyeliminowani zgodnie mówią – czy wierzyć im? – że doznali iluminacji, wynikającej ze spotkania z odmiennymi osobowościami i ciekawymi poglądami. Januszowi, zamkniętemu w sobie ponurakowi, pobyt dał możliwość takiego komunikowania się z ludźmi, jakiej wcześniej nigdy nie doświadczył – to wielka wartość dla niego i dla jego bliskich.
Może to i prawda – są jednak sprawy ważniejsze i bardziej wiarygodne w tym spektaklu społecznych relacji, w którym pośredniczą obrazy. Same obrazy nie muszą być prawdziwe, ale związki między nimi na ogół tak.

POŻEGNANIE Z SALONEM

To, co niewątpliwie zobaczyliśmy w Wielkim Bracie, to kres autorytetu, pojmowanego jako element tradycji – zwyciężyła ekspansywna codzienność, którą niektórzy nazwą wulgarną – będą mieli tylko malutką cząstkę racji. To zaś, co z tego wynika, to konieczność przemyślenia swojej pozycji społecznej przez inteligencję i intelektualistów – ich roli jako grupy opiniotwórczej, jako instytucji myślowego odniesienia.
Zobaczyliśmy bowiem świat wszechwładnego spektaklu i narcystycznego zachowania widza, dla którego najbardziej fascynujące jest oglądanie samego siebie. „Wielki Brat” mówi przede wszystkim o braku umiejętności włączenia się intelektualistów w dynamiczną kulturę codzienności. „Masy” zobaczyły swoje odbicie i było ono – jak zwykle – medialne i sztuczne. Ale intelektualiści także coś z tego wyciągnęli. To, co wydaje mi się najistotniejsze w tej całej sprawie, to bezsporny fakt, że „Wielki Brat” pokazał nas – intelektualistów i mądrali wszelkiego rodzaju – w niesympatycznym świetle. To znaczy: pokazał, że nas nie ma w codziennych pokojach zwyczajnych Polaków. Że bez książki (albo tylko z jedną), bez prasy, bez poważnej muzyki, opery i teatru, dobrego kina można przeżyć i mieć się zupełnie nieźle – być zadowolonym i nawet szczęśliwym. Uczestnicy tej zabawy nie są głupcami, prymitywami czy lumpami: są zwyczajnymi Polakami, którzy prowadzą chaotyczne rozmowy o niczym, mają „swoją mądrość” – i w tej ich codzienności mijają się z reprezentantami kultury wysokiej i „dziedzictwa”.
Intelektualiści przez dziesiątki lat usypiali społeczeństwo arkadyjskimi wizjami sfery publicznej lub – przeciwstawnymi – zagrożeniami bagna masowej kultury popularnej. Formułowano te opinie z wysokości katedr, ambon i salonów. Teraz chodzi o coś zupełnie innego i pozornie prostszego: trzeba być razem z pogardzanymi masami, zasiadać przed tym samym ekranem telewizora, próbując rozmawiać o tym, jak oni rozumieją przedstawiony na nim świat. Wytwory kultury (wszelkiej, bezprzymiotnikowej) od lat odzwierciedlały w rozmaitym stopniu tożsamość człowieka, natomiast dzisiejsza kultura medialna w większym stopniu kreuje postać użytkownika, będąc – jak chcą niektórzy teoretycy – „powłoką rzeczywistości”.
Przed elitami staje wielkie zadanie uczenia się mediów, polubienia ich i prowadzenia komunikatu z masami na tym właśnie obszarze. Czy elity są świadome, że niepowodzenie, czy tylko brak entuzjazmu, w realizacji tego gigantycznego zadania zepchnie je do wieży, która już dłużej nie będzie zbudowana z kości słoniowej, lecz stać się może gigantycznym panoptikonem Benthama-Foucaulta lub synoptikonem w interpretacji Zygmunta Baumana? Tam już tylko izolacja, samotność w pełnym świetle i wszechwładna kontrola administratora, o którym niewiele wiadomo. Problem w tym, że jeśli przyszłość musi polegać na kontrolowaniu i hegemonii poprzez kulturę masową, to intelektualiści odwracając się od niej, skazują się z góry na porażkę.


W amerykańskim filmie z 1941 roku „Sullivan’s Travel” bohaterem jest reżyser filmowy, poszukujący właściwej formy dla wyrażenia poważnych treści społecznych. John Sullivan, na skutek hollywoodzkiego zbiegu okoliczności, zostaje oskarżony o własną śmierć i skierowany do więzienia. Tam ma miejsce przepiękna scena, w której obserwując szczerze uradowane twarze współwięźniów, reżyser decyduje się wybrać formę komedii dla przekazania ważkich treści. Uważa, że to właściwy sposób dotarcia do swoich prostych towarzyszy niedoli, a w dodatku jedyny skuteczny. Kto wie, czy po 60 latach nie powinniśmy poważnie przemyśleć dylematu Sullivana. „Naprawdę warto” – także dla nas samych.

Wiesław Godzic

Wiesław Godzic – prof. UJ, teoretyk filmu i mediów audiowizualnych.


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl