Dorosłe dzieci Wielkiego Brata

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI

 

Magdzie E. A. Zielińskiej

 

Z góry uprzedzam, że mam zamiar pisać o programie „Big Brother” (BB) raczej przewrotnie niż poważnie. Wystarczy już tego nieustannego bicia piany, które tylko napędza tę – i tak dość dobrze rozkręconą – maszynę do robienia pieniędzy.


Oczywiście prawdą jest, że Wielki Brat to wydarzenie medialne. Gromadzi przed telewizorami miliony widzów. Na jego temat wypowiadają się autorytety, a spory między nimi są zajadłe. Po obu stronach barykady padają sformułowania coraz cięższego kalibru.

ZAGRAĆ JAJOGŁOWYM NA NOSIE

Słyszymy, że to niemal sprawa narodowa i zwiastun nowych czasów. Wreszcie, powiada się, będziemy mogli zobaczyć, jacy jesteśmy naprawdę. Bo oglądamy jedyny w swoim rodzaju psychologiczny eksperyment na żywo. Jego uczestnicy to nasze społeczeństwo w miniaturze. Przecież, twierdzi się, wyraźnie widać różnice narodowe: polski BB jest inny niż francuski, a te obydwa jeszcze różnią się od szwedzkiego i niemieckiego. Czyż to nie znamienne? Młodzież go uwielbia. To z pewnością nowa jakość w dziedzinie spektaklu multimedialnego. Koniecznie zatem należy o BB dyskutować, bo nie można odcinać się od milionów członków własnego społeczeństwa, którzy tym wydarzeniem żyją i dla których stanowi ono ważny punkt odniesienia. Tak, mniej więcej, widzą casus Wielkiego Brata jego zwolennicy.
Przeciwnicy negują autentyczność całego przedsięwzięcia i punktują jego cynicznie komercyjne oraz etycznie wątpliwe momenty. To nie jest żaden autentyczny reality show, mówią, tylko starannie zaplanowany i wyreżyserowany spektakl, z którego każdy próbuje odgryźć coś dla siebie: stacja telewizyjna – kasę za reklamy; reklamodawcy i producenci różnorakich dóbr – rzesze widzów oglądających te właśnie reklamy; uczestnicy – popularność i kasę. No a prowadzący – chcą zdyskontować już posiadaną popularność oraz urwać jeszcze większą kasę.
Ale to nie jest największe zło BB – kontynuuje oskarżyciel posiłkowy. W chęci zarobienia pieniędzy nie byłoby nic zdrożnego, gdyby nie to, że uczestnicy spektaklu tak naprawdę są manipulowani, bo nikt im nie powiedział, co ich czeka po skończeniu całej imprezy. Czekają zaś ich same nieprzyjemności: jak pokazują doświadczenia innych krajów, w życiu tych, którzy przeszli ów iście orwellowski eksperyment pojawia się pustka, dochodzi do załamań nerwowych, zdarzają się rozwody i kryzysy rodzinne, ktoś nawet popełnił samobójstwo. A zatem koniecznie trzeba o tym dyskutować, bo nie można zostawić milionów niczego nie świadomych ludzi sam na sam z taką podstępną McLuhanowską Czarną Dziurą bez żadnego wytłumaczenia: jeśli intelektualiści nie wypowiedzą się szybko a jednoznacznie – to może dojść do tragedii.
Ktoś przyglądający się tej całej wrzawie może zastanawiać się tylko, czy to elity nie wychowały sobie społeczeństwa, które teraz radośnie gra im na nosie, oglądając (częściej) i czytając (coraz rzadziej) to, co mu się żywnie podoba („Nie”, Pokemony, „Złego”, seriale latynoskie, filmy pornograficzne, et caetera, et caetera), czy też na naszych oczach szerzy się raczej „bunt mas”, które ogłaszają niepodległość od wstrętnych jajogłowych i pokazują im język za to, że dotychczas raczyli je obficie tzw. etosem, Levinasem, Ratzingerem, Buberem i wartościami, ostrzegali zaś przed permisywizmem moralnym, zakazywali fascynacji przemocą, niedzielnych zakupów w supermarkecie, discopolo, gier komputerowych oraz wielu innych, podobnie rozkosznych rzeczy.


SEKS, WALKA, WSPÓLNOTA

Dlaczego właściwie BB jest wszędzie aż tak popularny? Na pierwszy rzut oka widać, iż program ten z szatańską perfidią wykorzystuje kilka ważnych, choć nie zawsze duchowych, potrzeb człowieka.
Co gorsza, potrzeby te pochodzą z różnych pięter naszej organizacji psycho-socjo-biologicznej i wzmacniają się wzajemnie. Tak więc BB skutecznie łechce naszą biologię: psycholog ewolucyjny wskazałby zapewne fakt, że u naczelnych (a jesteśmy szympansami) jedną z najważniejszych i do tego ulubionych czynności jest obserwowanie innych członków stada, szczególnie zaś tych sytuacji, które decydują o hierarchii oraz sukcesie reprodukcyjnym – czyli zachowań seksualnych i rywalizacyjnych. Brak wiedzy na ten temat praktycznie uniemożliwia zajęcie przyzwoitego miejsca w hierarchii własnej grupy. W BB korzyść jest podwójna: nie tylko obserwujemy interakcje (aranżowane, udawane czy autentyczne, to w gruncie rzeczy obojętne) grupy dojrzałych płciowo przedstawicieli naszego gatunku, lecz jeszcze – i to dopiero profit niemały – poznajemy preferencje aksjologiczne oraz erotyczne znacznie większej grupy naczelnych – śledząc głosowania nad usunięciem z gry kolejnych jej uczestników.
A więc jednak dowiadujemy się czegoś o Polakach w ogóle, choć nie bezpośrednio – obserwując, jakie wzorce zachowań są przez naszych Rodaków akceptowane, a jakie nie. BB wykorzystuje tu potęgę biologii oraz stadności.
Po drugie, w dzisiejszych czasach anonimowość jednostki i niemożność trwałego zaistnienia w życiu publicznym posunęła się tak daleko, że jedyna licząca się w tym względzie – a dostępna wszystkim – namiastka polega na rezygnacji z własnej indywidualności i zastępczym życiu życiem cudzym: gwiazd filmowych, herosów popkultury, bohaterów filmów i spektakli, słynnych sportowców. To w nich wcielamy się w marzeniach, z nimi przeżywamy miłości i uniesienia, sukcesy i klęski, to z nimi stajemy się wielkimi, z nimi kochamy, upadamy, zwyciężamy (i to wszystko dzięki telewizji, bez ruszania się z domu na krok).
Herosi mają jednak zasadniczą wadę. Żeby bowiem zostać Schwarzeneggerem czy Madonną, trzeba coś umieć, sporo się napracować, w sumie: wykroczyć ponad przeciętność. Tak więc nasze z nimi utożsamienie jest bardzo umowne i w zasadzie iluzoryczne... A tutaj, patrzcie państwo, sytuacja niemal doskonała: uczestnicy BB są super ucieleśnieniami przeciętności i stereotypowości, niczym specjalnym się nie wyróżniają, a i tak są bohaterami, bo istnieją na szklanym ekranie, co dla wielu współczesnych jest odpowiednikiem „bycia zapisanym w księdze Baranka”. Aż 8 milionów ludzi (w porywach) potrafi to docenić. Ujawnia się tu zatem przyciągająca siła przeciętności oraz kreacyjna potęga mediów.
Dalej, niezwykle pożądane jest uczestnictwo w wydarzeniach jednoczących tłumy, bo to apeluje do naszej potrzeby Transcendencji: czujemy się wtedy częścią czegoś większego, jak podczas parad techno, czy w trakcie meczu piłkarskiego, kiedy z tysięcy gardeł wydobywa się wspólne: goooooooool! – a nam po krzyżach przebiegają rozkoszne ciarki. Albo kiedy Małysz leci daleko, daleko, a nam się wtedy zdaje, że szybujemy z nim razem i dzięki temu smutek, bieda i marazm prowincjonalnej czy wielkomiejskiej egzystencji anihilują się w jakimś ekstatycznym i jednoczącym cały Naród doświadczeniu. Tak samo rozmnaża się i klonuje widownia BB: jest jej coraz więcej i więcej, bo to wydarzenie „ważne”, narasta wokół niego wrzawa, nie milkną dyskusje, coś się dzieje – no i bezbarwny poniedziałek zaczyna nabierać sensu...


GŁOWA HYDRY

A więc mamy, zapewne niepełne, równanie: ewolucja biologiczna (rozkosze podglądania) plus pochwała przeciętności (miernota skutecznie wyniesiona) plus zaistnienie w mediach (telewizja uświęcająca) plus sława i pieniądze (dostępne dla każdego) plus transcendencja („participation mystique”) plus wspólnota (cóż z tego, że pozorna). Oto koktajl nie do pokonania i paradoks nie do rozwiązania.
Wygląda bowiem na to, że walczyć z BB niepodobna, gdyż zjawiska tego rodzaju są nie tylko silne same z siebie – o wiele za silne dla skromnego arsenału intelektualisty! – ale jeszcze dodatkowo zachowują się jak histeria czy seksualizm, tzn. czerpią swą siłę z naszego zainteresowania i zakazów: im więcej się je piętnuje (lub co gorsza ich zabrania), tym bardziej godne pożądania się wydają. Im bardziej chce się je rozbroić, tym większą moc zyskują, tak że zachowują się jak owa mityczna Hydra, której w miejsce odciętej głowy – trzy nowe natychmiast wyrastały. Mówiąc po prostu: każdy artykuł przeciw Wielkiemu Bratu to automatyczny wzrost widowni...
Z drugiej strony, zaniechać walki z BB niepodobna, bo jak można pozostawić szkodliwe w istocie zjawisko samemu sobie, złożyć broń, poddać się, dopuścić grzechu zaniechania: to nie licuje z powołaniem elit i środowisk opiniotwórczych! Przecież filozofowie, psycholodzy, antropolodzy, socjolodzy, teolodzy, publicyści – mają obowiązek demony po imieniu nazywać, manipulacje ujawniać, machinacje prześwietlać, przed złem ostrzegać i w obronie maluczkich interweniować...
Gdy się jednak sobie uczciwie przypatrzę, to widzę z bólem (fałszywym) i uciechą (skrywaną), że mnie BB nic, ale to nic nie obchodzi, albo lepiej: nie tyle mnie nie obchodzi, co raczej mnie nie dotyczy – bo w nieobchodzeniu jest jeszcze jakiś ślad emocjonalnego, negatywnego odniesienia – a w niedotyczeniu jest już tylko urzędnicza wręcz i orzeźwiająco bezduszna obojętność. I w dodatku ta urzędnicza i bezduszna obojętność jawi mi się w tym kontekście jako niezwykle cenna i dojrzała, więc czule ją w sobie pielęgnuję i osadzam.
Dlaczego? Bo widzę coraz wyraźniej, że pewnych rzeczy, niektórych rodzajów mądrości, nawet zwykłej, a gorzkiej naukowej wiedzy, nie da się przekazać innym przy pomocy najlepiej nawet dobranych słów. Okazuje się, że znakomita większość ludzi musi doświadczyć pewnych spraw bezpośrednio na sobie – obojętnie, jak bardzo byłoby to groźne. Muszą poparzyć się osobiście, aby wreszcie uwierzyć i zrozumieć, że coś jest niewskazane, szkodliwe albo niebezpieczne.
Ile razy, myślę sobie, można jeszcze powtarzać (i wykazywać), że BB jest nieludzki, głupi i szkodliwy, że to przedsięwzięcie, które pasożytuje na słabości ludzi, a jego twórcy schlebiają tzw. masom, którymi w gruncie rzeczy po prostu pogardzają. Ile razy trzeba jeszcze napisać, że było już parę podobnych przedsięwzięć w historii ludzkości, kiedy zgromadzono wielu ludzi w jednym miejscu i grali oni w grę o to, kto przetrwa – tylko, że hasła były inne, raz „Arbeit macht frei”, innym razem „świetlana przyszłość”. Takie apele – jak widać ze statystyk oglądalności BB – zupełnie nic nie dają ani nikogo nie przekonują. Czy winne jest to, że nasi bliźni nie chcą tego słuchać, czy też to, że nie mają dostępu do wiadomości na ten temat – trudno orzec. Zapewne decyduje o tym wiele czynników.
Tak czy inaczej, intelektualiści muszą chyba powoli zacząć godzić się z tym, że admirowany przez nich świat wartości i ducha coraz częściej będzie już tylko ich światem, a na płynące z niego wezwania przychylnie zareaguje coraz mniejsza liczba ludzi.

Nie załamywałbym rąk z tego powodu. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Istotą demokracji jest, że ludzie dorośli odpowiadają sami za siebie. Zaś za młodych, którzy jeszcze dorośli nie są – rodzice i opiekunowie. Tak samo więc odpowiedzialni są autorzy takich programów jak BB oraz ci, którzy je wspierają – czy to finansowo, czy też własną wiedzą. Jak mówi Barbara Skarga w „Rozmowach na koniec wieku”: „I każdy jest odpowiedzialny sam za siebie”.
Być może przyszedł czas, żeby pogodzić się z tym, że dzieci Wielkiego Brata są już pełnoletnie, samodzielne, a więc gotowe, żeby pobrać wielką lekcję życia i ponieść wszelkie jej konsekwencje. Myślę zatem, że po prostu należy wypowiedzieć swoje zdanie raz jeden, dobitnie i wyraźnie, a potem dać sobie spokój i zająć się własnymi sprawami. Może nie dręczą nas aż tak poważne dylematy egzystencjalne, jak Manuelę, Picię czy Alicję, ale w końcu też mamy sporo na głowie...

Bartłomiej Dobroczyński

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl