Dwa światy (mediów)

JULIUSZ BRAUN

 

„Czas zapytać, czy »czwarta władza« po 10 latach wolnej Polski nie znajduje się w potrzasku, czy nie grozi jej degeneracja moralna”. To zdanie na pierwszej stronie „Kontrapunktu” o dziennikarzach („TP” nr 22 br.) sugeruje, że istnieją w tej sprawie wątpliwości, ale w nadtytule artykułu ks. Andrzeja Lutra jest już dramatyczna diagnoza: ginąca wolność słowa. Czy prawdziwa?

DLACZEGO OGLĄDAMY?

Jeszcze 12 lat temu legalne opublikowanie jakiegokolwiek tekstu wymagało zgody cenzury. Pracownik GUKPiW przybijał stosowną pieczątkę i „zwalniał” tekst do druku. Warto zwrócić uwagę na to sformułowanie. Wskazuje ono, że „stanem naturalnym” był brak wolności. Dopiero urzędnik obdarzał słowo wolnością. I nagle cenzor zniknął. Obserwując rozwój obdarzonych wolnością mediów początku lat 90. powtarzałem czasem, że dla wielu dziennikarzy idealna niezależność prasy oznacza sytuację, gdy każdy może napisać co tylko chce, niezależnie od tego, czy ma to jakikolwiek sens.
Dziś przyznaję rację Helenie Łuczywo, która w „Kontrapunkcie” stwierdza: „Wolność jest; jeśli coś ginie w ostatnich latach, to raczej szacunek dla słowa”. Słowo nie zasługuje na szacunek, bo w skali masowej stało się towarem służącym rozrywce. Trzeba więc określić, czy tematem rozmowy ma być stan mediów, czy jakość dziennikarstwa. Bo to dziś zupełnie co innego. Znaczna część współczesnych mediów nie ma nic – no, może niewiele – wspólnego z dziennikarstwem. Media ze sfery kultury i edukacji przesunęły się daleko w kierunku usług i rozrywki. W międzynarodowych dokumentach dotyczących telewizji używa się dziś często języka porozumień handlowych; mniej o wolności słowa, więcej o liberalizacji obrotów na rynku usług. A masowy klient na rynku usług w dziedzinie informacji oczekuje produktu atrakcyjnego; używając słów abpa Józefa Życińskiego „angażującego raczej siatkówkę oka niż szare komórki mózgu”. W angielskojęzycznym żargonie medialnym używane jest określenie infotaiment – połączenie informacji z rozrywką, przy czym swego rodzaju rozrywką jest również możliwie realistyczne pokazanie cudzych dramatów. Show wokół egzekucji Timothy’ego McVeigha jest tego niedawnym przykładem.
Ks. Luter napisał, że posługiwanie się argumentem o przeciętnym widzu, który chce tylko taniej sensacji, telenowel i biesiad jest „nieuprawnione i obraźliwe”. Oczywiście, ktoś taki jak „przeciętny widz” nie istnieje, ale w wymiarze statystycznym ten argument jest, niestety, uprawniony. Aby obejrzeć „Wielkiego Brata” zasiada przed ekranem ponad 6 mln widzów. Teatr TV, albo wielokrotnie wyróżniana „Linia specjalna”, choć nadawane w najlepszym czasie, tylko wyjątkowo osiągają 2 miliony. Bohaterka głośnego ostatnio filmu „Fucking Amal” pyta siedząc przed telewizorem, „dlaczego my to właściwie oglądamy”? To jest dobre pytanie.
Już w tytule swego artykułu ks. Andrzej Luter przywołuje słowa wolność i prawda. Na kolejnych stronach „Kontrapunktu”, w wywiadzie z Ryszardem Kapuścińskim, znajdujemy opinie skłaniające do zastanowienia nad sposobem rozumienia tych słów w świecie współczesnych mediów. „Tradycyjnie pojmowana niezależność mediów praktycznie już nie istnieje – mówi Kapuściński. – Media są sprzęgnięte z gospodarką i kapitałem, a z punktu widzenia kapitału informacją rządzą takie same prawa jak reklamą. Prawda ma się przede wszystkim sprzedawać, czyli musi być atrakcyjna. Może być informacja ważna i prawdziwa, ale nie posiadająca żadnej atrakcyjności – tym gorzej dla niej, bo nie pójdzie w mediach”. Media wysokie, media opierające się na dziennikarstwie w tradycyjnym rozumieniu tego zawodu i media masowe, należące raczej do sfery usług i rozrywki, ale mające ogromny wpływ na kształtowanie poglądów i postaw społecznych, to dwa odmienne światy. W pierwszym ważne jest myślenie, konfrontowanie i kształtowanie opinii, a zwłaszcza aktywność intelektualna odbiorcy. W drugim chodzi o biernego, bezrefleksyjnego konsumenta. Dramat polega na tym, że ten drugi świat ekspansywnie zawłaszcza coraz to nowe obszary. Na ostatniej stronie „Tygodnika” diagnoza Marcina Króla brzmi jeszcze bardziej pesymistycznie: „idea prawdy wyszła z użycia”.

SPRAWA DLA REPORTERA

Chciałbym – idąc tropem słów Piotra Zaremby – potraktować „Kontrapunkt” jako początek poważnej dyskusji na temat stanu polskiego dziennikarstwa. Ale rozpoczynając taką dyskusję trzeba wyraźnie powiedzieć, czego ona dotyczy. Jeśli samych dziennikarzy, ich postawy moralnej, kwalifikacji zawodowych, to trzeba powtórzyć za Igorem Janke: „W Polsce można być uczciwym dziennikarzem”. To oczywiście nie znaczy, że łatwo jest być uczciwym dziennikarzem. Najwygodniej winnych zła poszukiwać poza środowiskiem. W telewizji winien jest oczywiście „układ polityczny” i KRRiTV. Ale w prasie nie istnieje żadna Krajowa Rada, nie trzeba pozyskiwać życzliwości polityków, aby otrzymać koncesje na wydawanie gazet, a dziennikarze (redaktorzy?) z własnej woli przyjęli role pracowników frontu ideologicznego stając się rzecznikami określonych partii. Nie jest też winą polityków, że – wspomniany w „Kontrapunkcie” – artykuł Dominiki Wielowieyskiej „Korupcja mediów” („GW”, 31 III 2000) pozostał głosem wołającego na puszczy. I choć środowisko dziennikarskie jest zdezintegrowane, w tej sprawie obrona interesu grupowego okazała się nadzwyczaj skuteczna.
„My, dziennikarze, nie sprawdziliśmy się w wolnej Polsce, bo nie umieliśmy pomóc ludziom w zrozumieniu istoty demokracji”. To zdanie, pochodzące z wypowiedzi Katarzyny Kolendy-Zaleskiej, dotyka – jak sądzę – sprawy zasadniczej. W Polsce dziennikarze pogubili się gdzieś pomiędzy światem mediów wysokich i mediów masowych, pomiędzy służbą publiczną a zabawianiem publiczności. Pomiędzy informacją a infotaiment. Miarą wolności stała się wolność „dokopania”. Najlepiej dokopać władzy, bo to budzi największy aplauz, a poza tym stanowi dowód, że media są wolne. Od 1990 roku czytelnicy gazet, a zwłaszcza telewidzowie dowiadywali się systematycznie, że krajem rządzą ludzie niekompetentni i nieuczciwi. Telewizyjnym przebojem dziesięciolecia stał się program „Sprawa dla reportera”, ogniskujący jak w soczewce taki właśnie sposób widzenia spraw polskich. Nikt – a władze telewizji zmieniały się wielokrotnie – nie potrafił wykreować atrakcyjnego programu pokazującego, że demokracja to jednak coś znacznie lepszego niż brak demokracji. 
W telewizji komercyjnej treść programu nie ma znaczenia. Nie mówi się zresztą treść, ale zawartość, content. Program układa się w ten sposób, by zgromadzić przed ekranem możliwie dużą liczbę widzów, którzy stanowią towar oferowany agencjom reklamowym. Szefowie mediów elektronicznych, od lokalnych po globalne, mają też inne własne cele, ale generalnie program nadawany jest po to, by widzowie obejrzeli reklamy. Granica jest jedna: nie wolno naruszać przepisów prawa. Ta granica powinna być precyzyjnie wyznaczona, i strzeżona przez organy państwa. Ponieważ oferta telewizji komercyjnej kształtowana jest zgodnie z popytem, mierzonym wskaźnikami oglądalności, tylko reakcje widowni mogą wpływać na program. Znikają te audycje, których oglądalność spada.
W telewizji publicznej celem jest program. Abonament – danina płacona obowiązkowo przez wszystkich posiadaczy odbiorników – ma umożliwić sfinansowanie takich audycji, które z ekonomicznego punktu widzenia są nieopłacalne. Wiele osób twierdzi, iż taki model to przeżytek: niech każdy płaci na taką telewizję, jaką chce oglądać. Mnie bliższe jest stanowisko Alberta Scharfa, honorowego prezydenta EBU (Europejskiej Unii Radiowo-Telewizyjnej), który w wykładzie wygłoszonym niedawno na Uniwersytecie Jagiellońskim dowodził, że media publiczne nigdy nie były tak ważne w procesie komunikacji społecznej jak obecnie.
Telewizja publiczna powinna więc znajdować się bliżej tej kategorii, którą Kapuściński nazywa mediami wysokimi. W całej Europie telewizje publiczne, z różnym skutkiem, realizują powinności zarówno z dziedziny kultury, edukacji, informacji, jak i rozrywki (komercjalizacja programu TVP, wynikająca z nadmiernego uzależnienia od dochodów z rynku reklamowego, to odrębny problem, którego nie da się skwitować jednym zdaniem).
Lista spraw kompromitujących Telewizję Polską jest długa. Tolerowanie ludzi nierzetelnych i nieodpowiedzialnych rodzi poczucie bezkarności i prowokuje kolejne incydenty, czasem wywołane zwykłą głupotą, jak niedawny dowcip na temat powstań śląskich wygłoszony z estrady festiwalu opolskiego. Nie sądzę jednak, by słuszne było przedstawianie wszystkiego jako efektu upolitycznienia.
Można wskazać wiele przykładów nierzetelności lub politycznej tendencyjności Telewizji Polskiej. Trzeba jednak zauważyć, iż narzekający na TVP politycy prawicy czynią wiele, aby swemu wizerunkowi zaszkodzić. Gdy politycy AWS i UW, w reakcji na stronniczość dziennikarza prowadzącego „Tygodnik polityczny Jedynki” odmówili udziału w tej audycji, determinacji starczyło bodaj na trzy tygodnie. Magnetyzm ekranu sprawił, że bojkot – broń bardzo skuteczna – skończył się, zanim na dobre został zauważony. Obecnie, gdy SLD konsekwentnie tydzień po tygodniu prezentuje kolejne rozdziały swego programu, z prawej strony sceny politycznej otrzymujemy informacje o powstawaniu kolejnych komitetów wyborczych i wzajemnych zarzutach formułowanych przez ich liderów. Oczekując od „fabryki informacji” produktu dobrej jakości, trzeba zadbać o jakość „surowca”.

RADA JAKO CHŁOPIEC DO BICIA

Na koniec kilka uwag pro domo sua. „Dziwny twór medialny” – tak ks. Andrzej Luter charakteryzuje KRRiTV. Dlaczego dziwny? Podejrzewam, że wiele opinii na temat Krajowej Rady formułowanych jest bez znajomości jej rzeczywistych zadań i kompetencji. Byłoby naiwnością oczekiwać, że instytucja znajdująca się w centrum świata mediów może być izolowana od świata polityki w kraju, gdzie polityczne etykietki mają członkowie rad nadzorczych w dużych firmach, gdzie partie polityczne kontrolują nawet odrębne stowarzyszenia sołtysów. Ale i w innych krajach trudno mówić o idealnej apolityczności ciał podobnych do KRRiTV. We Francji poglądy polityczne przewodniczącego Najwyższej Rady Audiowizualnej (a właśnie na modelu francuskiej CSA wzorowali się twórcy polskiej ustawy o radiofonii i telewizji) dla nikogo nie są tajemnicą. W USA członkowie FCC powoływani są przez prezydenta za zgodą Senatu i trzy osoby w pięcioosobowym składzie Komisji są zawsze związane z partią aktualnego prezydenta.
Stało się swego rodzaju obyczajem, by w każdej decyzji Rady doszukiwać się motywacji politycznych lub – nie wiem co gorsze – niekompetencji albo złej woli. Dowodem hipokryzji Rady – pisze ks. Luter – jest fakt, iż potępiając program „Big Brother” Rada nie potępiła samego nadawcy, czyli Telewizji TVN, a wkrótce przyznała jej cztery nowe kanały. Zatrzymuję się przy tej kwestii (znalazła ona odbicie nawet w uzasadnieniu uchwały Senatu o odrzuceniu dorocznego sprawozdania KRRiTV), bo pokazuje ona, jak łatwo dokonywane są uogólnienia.
Autor artykułu otwierającego numer „Kontrapunktu” uważa, że ostre słowa potępienia powinna Rada odnieść do nadawcy. Nieco wcześniej pisze jednak, iż to właśnie w TVN Tomasz Lis „stworzył najlepszy program informacyjny wyznaczający na użytek polski standardy profesjonalnego dziennikarstwa informacyjnego”. Rozumiem, że i te słowa najwyższej pochwały należy odnieść do nadawcy, bo nie tylko „Big Brother”, ale także „Fakty” nie nadają się same. Skoro polskie dziennikarstwo tak wiele zawdzięcza Telewizji TVN, to może Rada jednak słusznie postąpiła umożliwiając rozwój tej stacji?
Tu pojawia się kolejny temat, który wart jest odrębnej dyskusji. Samo istnienie różnych programów informacyjnych jest fundamentem pluralizmu i zapobiega przemilczaniu wiadomości niewygodnych z punktu widzenia jednego nadawcy (o incydencie z Charkowa widzowie się jednak dowiedzieli). Chyląc czoło przed kompetencją Tomasza Lisa – obawiałbym się uznania „Faktów” za wzór godny naśladowania. Audycja ta podlega bowiem mechanizmom właściwym telewizji komercyjnej: eksponuje w nadmiarze informacje sensacyjne, bezwzględnie eksploatuje ludzkie dramaty; właśnie tu znaleźć można szczególnie drastyczne zdjęcia.
Wróćmy jednak do Krajowej Rady. Może należy ją zlikwidować, a prawo przyznawania koncesji dla nadawców przyznać Urzędowi Regulacji Telekomunikacji? Częstotliwości są tzw. dobrem rzadkim, a pojemność eteru jest zbyt mała, by umożliwić emitowanie programu wszystkim chętnym. W tej sytuacji przyznanie administracji rządowej prawa do decydowania o tym, kto może nadawać program radiowy lub telewizyjny wydaje się krokiem wstecz i na pewno nie jest zgodne z postulatem „odpolitycznienia”.
To nie decyzje polityczne, ale prawa fizyki zadecydowały, że koncesje są konieczne. Można co najwyżej, jak w przypadku telefonii komórkowej, zdecydować się na przetarg i sprzedać prawo użytkowania częstotliwości temu, kto najwięcej zapłaci. Nie miałoby to jednak nic wspólnego z wolnością słowa. Za kilka, może kilkanaście lat, gdy za sprawą rozwoju przekazu satelitarnego i techniki cyfrowej zniknie problem ograniczeń związanych z „pojemnością eteru”, sytuacja będzie zupełnie inna. Dziś pełne podporządkowanie mediów prawom rynku byłoby zgodne z oczekiwaniami media industrial complex (tu odsyłam do wywiadu z Ryszardem Kapuścińskim), doprowadziłoby jednak do zaniku powszechnie dostępnych mediów wyższych. O rynkowym sukcesie przedsiębiorstw medialnych nie decyduje bowiem wiarygodność, tylko atrakcyjność. I dlatego nie można dopuścić do tego, by w ogniu walki politycznej zniszczone zostały media publiczne.
Młody rozmówca ks. Lutra twierdzi: „w tym kraju nie można być uczciwym dziennikarzem”. To nieprawda, w naszym kraju można być uczciwym dziennikarzem, urzędnikiem, przedsiębiorcą.

Juliusz Braun

Autor jest przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl