Krajobraz bez Unii Wolności

PAWEŁ ŚPIEWAK

 

Unia znika. Czegoś mi żal? Zmarnowanej szansy. Bliskiego mi przed wielu laty środowiska intelektualnego i pewnej formacji inteligenckiej. Żal nawet nie tyle partii, ile ludzi, którzy ją tworzyli. Nie chciałbym w każdym razie, aby razem z polityczną marginalizacją partii znikły z polskiej polityki osoby największego zaufania i rzetelności: Mazowiecki, Kuroń, Lipowicz, Lityński czy Geremek. 

 

Jesienne wybory parlamentarne zapowiadają się ciekawie, bo udowodnią zapewne, jak głębokie zmiany zaszły w naszych nastawieniach politycznych. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to przesunięcia lojalności wyborców. SLD z partii o 20-procentowym poparciu zyskała kolejne kilkanaście procent zwolenników. AWS straciła trzy czwarte elektoratu. Do UW skłania się dziś 3 do 5 proc. wyborców i odwrócić tę tendencję będzie trudno. Natomiast poparcie zyskują dwa nowe ugrupowania: Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość. Razem są w stanie zyskać 30 proc., czyli niemal tyle, ile w 1997 r. AWS.


PARTYJNA REWOLUCJA
Na naszych oczach trwa więc rewolucja. W ustabilizowanych demokracjach (wyjątkiem są jedynie Włochy) kilkuprocentowe przesunięcia lojalności wyborczych są wydarzeniem. Doprowadzenie do nich wymaga wysiłku politycznego i finansowego. Nowe formacje długo torują sobie drogę do parlamentów. U nas reorientacja elektoratu dokonuje się bez szczególnego wysiłku polityków i specjalistów od politycznego marketingu. Tak poważne zmiany sympatii wyborców świadczą nie tylko o tym, że jesteśmy na ogół niezadowoleni z obecnego rządu, stanu gospodarki i państwa, ale że następuje zasadnicze przesunięcie linii politycznych podziałów.
Dotąd na ogół przyjmowano (za socjologiem Tomaszem Żukowskim), że w wyborach do 1997 r. osie podziałów wyznaczały trzy kwestie. Pierwszą był stosunek do komunistycznej przeszłości. Drugi dotyczył miejsca Kościoła katolickiego w systemie politycznym Polski i z tym związanego stosunku do tradycji narodowej (po jednej stronie byli tradycjonaliści, integryści, chadecy, konserwatyści, po drugiej formacja liberalna). Oś trzecią budował stosunek do modelu gospodarki: dzieliliśmy się na rynkowców, zwolenników monetaryzmu i sympatyków interwencjonizmu państwowego oraz szerokiej aktywności społecznej państwa. 
Dzisiaj dwie pierwsze kwestie straciły na ważności. Nawet bracia Kaczyńscy, niegdyś zagorzali zwolennicy dekomunizacji, uważają, że sprawa już nie istnieje. Budowanie politycznej tożsamości na krytyce formacji i ustroju komunistycznego skazuje polityka na marginalizację. Nie inaczej rzecz ma się z podziałami politycznymi, budowanymi wobec miejsca religii katolickiej. Nikt nie podejmuje już dyskusji wokół aborcji czy głośno kwestionowanej kiedyś preambuły do konstytucji. Również nawet tak ważna i bogata dyskusja, jaką otworzyła książka Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” nie przełoży się prawdopodobnie na język kampanii wyborczej.
Żyjemy sprawami dnia dzisiejszego. Historia i pamięć nie odgrywa żadnej roli w naszych codziennych politycznych i życiowych wyborach. Na plan pierwszy wysuwa się problem nierówności społecznych i bezrobocia, spowolnienie tempa rozwoju gospodarczego i kryzys struktur państwa. Co do diagnozy sytuacji politycy wszystkich orientacji są zadziwiająco zgodni. Tyle że jedni wygrywają, a drudzy przegrywają. Wygrywa koalicja SLD i UP swoją stanowczą, antyrządową postawą. Wygrywają dwie nowe partie, silne swoimi jednoznacznie brzmiącymi przesłaniami. Platforma – głosząc jaskrawe hasła liberalne. Prawo i Sprawiedliwość (zwana też „Prawo i Pięść”, co ma świadczyć o mocnym charakterze jej lidera) – zdecydowaną postawą Lecha Kaczyńskiego wobec przestępczości i korupcji. Przegrywa AWS – za całokształt. Oraz Unia Wolności. Ale ta przegrana jest trudniejsza do wyjaśnienia. 
Pierwszą i podstawową przyczyną spadku poparcia dla Unii jest utrata tożsamości. Najpierw miała poparcie inteligencji i stał za nią znaczny odłam dawnej demokratycznej opozycji. Reprezentowała w swoim mniemaniu wartości ponadideologiczne i ponadpartyjne, gotowa była dla nich poświęcić nawet popularność. To jej liderzy występowali w roli ojców-założycieli nowego ustroju politycznego i gospodarczego. Po kilku latach Unia zmieniła nazwę, przywódcę i stała się partią jednej sprawy: rynkowej gospodarki. Teraz dokonał się kolejny zwrot, ku klasie średniej. Przy czym nie sposób zrozumieć, czym jest ta klasa. Czy to przedsiębiorcy, czy po prostu grupa średnio zamożnej ludności? Czy może grupa etosowa, złożona z tych osób, które chcą szacunku dla własności, ładu, praworządności? Tym bardziej nie wiadomo, czy klasa ta rzeczywiście istnieje i czy posiada wspólne i jednoznaczne interesy polityczne i gospodarcze. 
Warto postawić te pytania, bo największy kłopot z Unią polega na tym, że nie sposób rozstrzygnąć, kogo ona chce reprezentować, jakie wartości są dla niej najważniejsze, które z ugrupowań ma za swoich naturalnych sojuszników. 

LOSY INTELIGENCJI
Unia zdaje się cierpieć na piękną, a wytworną chorobę moralnego wyrafinowania. Czytając wystąpienie jej szefa, prof. Bronisława Geremka, wygłoszone w maju na Uniwersytecie Warszawskim odnosiłem wrażenie, że zarazem rozumie on bezrobotnych, chłopów, rzemieślników, problemy nauki, szkolnictwa, ale jednocześnie zwraca się do owej czysto teoretycznie pojętej klasy średniej. Rozumie wszystkich i wszystkim chce pomóc. Unia pod nowym liderem chce być zarazem lewicowa i prawicowa, zdecydowana i współczująca. Dostrzega moralne i polityczne dylematy, pozostawiając sobie tylko przyjemne poczucie własnej czystości i prawości oraz przekonanie o własnych racjach. Może czuć się zadowolona z pilności własnych sumień i bogatego doświadczenia, ale to się nie przekłada na zadowolenie wyborców. 
W tej sytuacji można tym bardziej zadać pytanie: gdzie Unia się lokuje? Jak jej przywódcy odnoszą się do swej przeszłości: udziału w rządzie Buzka, monetarystycznej filozofii Balcerowicza? Jakie konkretnie są jej postulaty? Im bardziej wczytać się w kolejne propozycje Unii, tym trudniej znaleźć dla niej jednoznaczne miejsce. Młodości i dynamizmu partii nie dadzą ani narty zjazdowe ofiarowane Geremkowi, ani jego tańce na scenie podczas „prawyborów” w Nysie.
Pierwszym sygnałem kryzysu UW były wybory prezydenckie. Rzecz nie tylko w tym, że partia tak ceniona z racji posiadania wielu wybitnych polityków nie zaproponowała kandydata na głowę państwa. Więcej: rozpadł się jej elektorat. Większość poparła Andrzeja Olechowskiego, reszta Aleksandra Kwaśniewskiego. Okazało się, że zarówno wyborcy Unii, jak jej przywódcy są podzieleni. Potwierdził to zjazd Unii i późniejsze negocjacje z Olechowskim. 
Unia przegrywa mimo gorącego wsparcia – wydawałoby się tak wpływowej – „Gazety Wyborczej”. Kryzys Unii ujawnił więc słabość retoryki i oddziaływania tego najpoczytniejszego dziennika: wszyscy pilnie go czytają, ale mało kto słucha. Chyba coraz mniej potrzebujemy pouczających nauczycieli. Wyborów dokonujemy nie jako uczestnicy wielkich zbiorowych przedsięwzięć firmowanych przez autorytety, lecz jako jednostki, umieszczone w niepowtarzalnych sytuacjach, obdarzone życiowymi kapitałami.
Ale czy to jest tylko kwestia rozmycia tożsamości Unii? Chyba nie. Przed 10 laty, po pierwszych wyborach prezydenckich, Wiesław Władyka pisał w „Polityce”, że klęska Mazowieckiego jest zarazem klęską polskiej inteligencji powołanej (w jej mniemaniu) do stanowienia o tym, czym jest istota demokracji, nowoczesność, europejskie wartości. Demokracja, dowodził Władyka, głosu udziela wszystkim, również niezadowolonym, polskiej prowincji itd. Inteligencja traci tym samym uprzywilejowane miejsce, które sobie przypisywała w roku 1989 i 1990. 
Czy więc zapowiadana przez sondaże klęska Unii to nie kres inteligencji, głęboko zaangażowanej kiedyś w demokratyczną opozycję, wywodzącej swe korzenie z tradycji „Niepokornych”? Dawne zasługi nie mają znaczenia dla wyborców. Ale znika też sama inteligencja w jej dawnym kształcie. Została w większości wchłonięta przez warstwę profesjonalistów, którzy – jak wskazują badania socjologów – znaleźli się na szczycie drabiny społecznej. Przegrała po części inteligencja budżetowa, w tym nauczyciele, akademicy, ludzie kultury. 
Tyle że akurat Unia Wolności nic lub niewiele zrobiła przez ostatnie lata, by poprawić kondycję polskiej nauki i kultury. Walcząc z inflacją, partia „profesorska” okazała się głucha na opinie grup, które – można sądzić – mogła czy miała reprezentować. Przegapiła naturalny elektorat, a razem z tym cywilizacyjne wartości, które wiążemy z masowym kształceniem, rozwojem nauki, profesjonalizmem. Dzisiaj nie ma podstaw, aby wierzyć zapewnieniom Unii, że rozumie potrzeby i interesy polskiej edukacji.

MARGINALIZACJA?
Przez lata UW wyrażała „interesy teoretyczne” transformującego się kraju. Uważała się za partię zasad, ugrupowanie o zdecydowanie antypopulistycznej i antyautorytarnej orientacji. Dziś, po latach, okazało się, że owych zasad werbalnie bronią już wszystkie ugrupowania, a skutki polityki finansowej firmowanej nazwiskiem Balcerowicza są jak najgorzej odbierane nie tylko przez konsumentów, lecz także małych czy średnich przedsiębiorców. Nie tylko nie udało się oddzielić sfery ekonomicznej od polityki. Po latach rządów koalicji prowadzonych przez SLD i AWS okazało się co gorsza, że ta klasa polityczna robi wszystko, by zachować kontrolę nad wielkimi przedsiębiorstwami i bankami. Nawet liberalizm gospodarczy Unii okazał się mało przekonujący. Proces uwłaszczenia partyjnych nomenklatur okazał się silniejszy niż wszelkie projekty proponowane przez liderów. Pokolenie „Solidarności” i roku 1989 przestało być, jak pisał Maciej Zalewski, arystokracją polskich przemian – stało się jej kastą. 
W zeszłym roku obchodziliśmy 20-lecie „Solidarności”. Okazuje się, że mit ten już nie istnieje. Wcześniej umarł mit politycznej opozycji. Po raz któryś jesteśmy świadkami zerwania ciągłości tradycji. Piszę o tym, bo to właśnie politycy Unii wywodzą się z tamtej epoki, z tamtych doświadczeń i ich polityczna marginalizacja jest ubocznym efektem rozczarowania nie tylko politykami w ogóle, lecz właśnie tymi z nich, którzy tak gorliwie bronili niegdyś etycznych podstaw polityki. Im stawiamy nie tyle wyższe wymagania, ile oceniamy ich przez to, co niegdyś głosili i o co walczyli. 
Razem z możliwą klęską Unii kończy się bowiem po raz któryś obecność w politycznej wyobraźni tzw. inteligenckich wartości, niegdyś opisywanych przez Bohdana Cywińskiego, Adama Michnika czy Jacka Kuronia. Z naszych słowników wyparowały słowa: niepokorni, niezłomni, dzieje honoru, rozumny patriotyzm, dialog, romantyzm. Nie tylko staliśmy się bardziej świadomi tego, że każdy tekst jest tylko zdarzeniem, czystą przygodnością, komunikatem domagającym się hermeneutycznej obróbki. Wiemy też, że wszystkie te słowa zostały kompletnie wytarte i nie są już drogowskazem. Że wielu dawnych dysydentów uprawia chętnie nie tylko moralistyczną agresję, ale przoduje w politycznych grach, dla których znajduje za każdym razem wystarczająco dla siebie przekonujące racje moralne. 

Paweł Śpiewak



Autor jest historykiem idei, publicystą „Res Publiki Nowej”. Ostatnio wydał: „W stronę wspólnego dobra” (Aletheia 1998) i „Spór o Polskę 1989-1999” (wspólnie z Aldoną Mikusińską, PWN 2000).

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl