Dwanaście koszy ułomków

Za jeden dobry uczynek

KS. STANISŁAW MUSIAŁ SJ

 

Któż nie pragnąłby spotkać świętego z krwi i kości, kogoś, kto „otarł” się o Pana Boga, a żyje na naszej planecie? W Kościele starożytnym, zwłaszcza w IV i V w., pielgrzymowano chętnie nie tylko do miejsc świętych, np. do Ziemi Świętej, ale także i do osób żyjących, uważanych powszechnie za świętych, zwłaszcza do mnichów i ascetów. Pod kolumną Szymona Słupnika (zmarł w 459 r.; na kolumnie spędził 37 lat) dzień i noc cisnęły się tłumy ludzi, a byli wśród nich nie tylko chrześcijanie, ale i poganie, np. beduini z Półwyspu Arabskiego.
W przypadku Ojca Pafnucego (żył w IV w. w Tebaidzie w Egipcie) dziwi nie to, że pragnął znaleźć świętego, ale to, że chciał znaleźć takiego świętego, który byłby podobny do niego, czyli kogoś, kto dorównywałby mu w świętości. Z taką prośbą Ojciec Pafnucy zwrócił się do Boga. Co za brak pokory! – skłonni jesteśmy zawyrokować nie kryjąc zgorszenia. Bo i pomyśleć: tyle lat spędzonych na modlitwie, nocnych czuwaniach, postach i wszelkiego rodzaju umartwieniach, i jakby wszystko na nic. Wydaje się, że Ojciec Pafnucy nie uporał się z najzwyklejszą pychą. Pan Bóg jednak nie „gorszy” się naszymi prośbami, nawet jeśli są zuchwałe (byleby były aż do krwi szczere). Przychylił się zatem do prośby Pafnucego. Wysłał anioła i kazał mu oznajmić: „Jesteś podobny do grającego na flecie w takim a takim mieście”. Gdy Ojciec Pafnucy to posłyszał, rzucił wszystko i pospiesznie udał się do wskazanego miasta. Odnalazł flecistę i zaczął go wypytywać o jego życie, praktyki pobożne i cnoty. Nic z tych rzeczy – odpowiedział muzykant. O sobie może tylko powiedzieć jedno, że jest grzesznikiem, pijakiem i rozpustnikiem. Wcześniej był rozbójnikiem. Ojciec Pafnucy nie mógł uwierzyć swoim uszom. Czyżby Pan Bóg się pomylił? Zaczął więc wypytywać flecistę, czy nie zrobił w swoim życiu czegoś dobrego. Grajek w pierwszej chwili nie mógł sobie niczego przypomnieć. Po chwili namysłu jednak powiedział, że przypomina sobie dwa zdarzenia. Razu pewnego obronił pewną dziewicę, którą zbójcy uprowadzili w nocy i chcieli zgwałcić. Innym razem spotkał na pustyni młodą, na wpół oszalałą kobietę, która zwierzyła mu się ze swych kłopotów i on jej pomógł. Był wtedy jeszcze rozbójnikiem. Kobieta opowiedziała mu swoją historię. Jej mąż, fellach, zalegał z podatkami na pokaźną, jak na niego, sumę (ok. 3 tys. zł). Za karę wymierzano mu od dwu lat co pewien czas baty, aż w końcu wsadzono go do więzienia. Trójkę dzieci sprzedano na licytacji. Ona ratowała się ucieczką. Co pewien czas jest chwytana i chłostana. Obecnie od trzech dni bez jedzenia i picia błąka się po pustyni. Rozbójnik ulitował się nad kobietą. Zaprowadził ją do swej jaskini-kryjówki i dał jej potrzebną sumę na zapłacenie podatku, uwolnienie męża i wykupienie dzieci. Osobiście doprowadził ją do jej wioski i czuwał nad tym, by wszystko zostało po jej myśli załatwione.
Ojciec Pafnucy dopiero wtedy zrozumiał, kim może być Bóg. Nie byłby jednak Ojcem Pafnucym, by nie zatroszczyć się o jakość życia duchowego flecisty. Oświadczył mu, że, jeśli Bóg go tak wysoko ceni (bo przecież uważa go za równie świętego, co jego, Pafnucego), to warto, żeby bardziej zadbał o swoją duszę. Fleciście nie trzeba było tego dwukrotnie powtarzać. Jak stał, rzucił na ziemię swe piszczałki i został mnichem („przemienił akordy muzyczne w melodię duchową”). Po 3 latach „wyruszył w podróż niebieską i zajął miejsce w chórze świętych i pośród batalionów sprawiedliwych”. Ojciec Pafnucy zaś podwajał swe praktyki ascetyczne i dalej „kusił” Pana Boga tym samym pytaniem, aż go Pan Bóg zabrał do siebie, nie żeby mieć z nim spokój, tylko żeby Ojciec Pafnucy mógł się cieszyć w pełni pokojem wiecznym.
Nie tylko Ojciec Pafnucy bił się z myślami, czy jest ktoś na świecie, kto by mu dorównał w świętości. Akta greckie św. Teodula, słupnika, który żył w pobliżu Edessy w Syrii za cesarza Teodozjusza Wielkiego (IV w.) podają, że Teodul na krótko przed swą śmiercią zwrócił się do Boga z tym samym pytaniem. Odpowiedź była krótka: „Teodul będzie miał tę samą zapłatę w Niebie, co aktor w Damaszku, zwany Wroną”. Teodul kazał pospiesznie przystawić drabinę do kolumny, na której stał, zszedł i udał się do Damaszku. Tam na hipodromie spotkał wskazanego mu aktora Wronę: w jednej ręce trzymał cytrę, a w drugiej – rękę kurtyzany. Wrona wyznał Teodulowi, że jego życie to seria samych „plugastw i przestępstw”, ale swego czasu dał on wszystkie pieniądze, jakie posiadał, pewnej szlachetnej damie, by ją uratować przed popadnięciem w dyshonor i nędzę.
Nie jest ważne, czy historia Ojca Pafnucego i słupnika Teodula wydarzyły się naprawdę. Ważne jest, co chciano powiedzieć przez nie o Bogu. Św. Ignacy Loyola, założyciel jezuitów, w swoich „Ćwiczeniach Duchownych” podaje medytację o człowieku, który został skazany na wieczne potępienie za jeden ciężki grzech. Bliższy mi jest Bóg Ojca Pafnucego i słupnika Teodula, który gotów jest dać Niebo za jeden dobry uczynek.

Ks. Stanisław Musiał SJ

 


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl