Komentarze

 


Marek Orzechowski Niewiedza i narodowe egoizmy

Józefa Hennelowa Niesmak

Tadeusz Jagodziński Nad Tamizą bez zmian...

 


 

 




  
Niewiedza i narodowe egoizmy

Mieszkańcy Irlandii odrzucili w referendum traktat z Nicei, o którym niewiele wiedzieli. Pół roku wcześniej, na nicejskim szczycie Unii sami unijni politycy nie bardzo wiedzieli, co zawierać ma ten traktat... Tylko wstyd przed kompromitacją zmusił ich wtedy do wysiłku – i w efekcie do zarysowania perspektyw rozszerzenia Unii. Irlandczycy kompromitacji obawiać się nie musieli: zagłosowali tak, jak podpowiadał im instynkt i odrzucili nieznane. Jednak obawy, że ich sprzeciw zablokuje teraz reformę Unii i jej rozszerzenie, są nie na miejscu. Będzie tylko więcej mitręgi; Unia i jej wielkie zamierzenia to projekty, o których ostatecznym sukcesie nie może decydować milion Irlandczyków. Reżyser nadal siedzi w Brukseli i dogada się z Dublinem prędzej, niż niektórzy sądzą. Na szczęście tylko w Irlandii zorganizowano referendum nad traktatem z Nicei, a nie powiedzmy w Niemczech, Włoszech, Francji czy Hiszpanii. O traktacie z Nicei niewiele wiedzą także obywatele tych krajów, a rozszerzenie wywołuje tam obawy i zaniepokojenie nawet większe niż w Irlandii.

Wielkich projektów europejskich nie można oddawać pod narodowe referenda. Zawsze wyzwalają egoizmy, mobilizują one przeciwników zmian, zawsze są instrumentem oporu przeciw nieznanemu, zawsze prowadzą do konfuzji. Taka ich natura, bo taka też jest natura ludzi: zwykle tylko mniejszość akceptuje zmiany. Europa doszła do miejsca, w którym jest także dzięki temu, że nie głosowano nad nią w referendach.

Marek Orzechowski z Brukseli

 

 

 

 

 

 

 

Niesmak

Trudno znaleźć inne słowo na określenie wrażenia, z jakim obserwowało się ostatnio sejmową debatę. Zajadłość i nerwy przedstawicieli narodu, zabierających się do uzdrawiania finansów państwa przez obcinanie uposażeń kilkunastu ludziom odpowiedzialnym za polski pieniądz, szły o lepsze z demonstrowaniem świętego oburzenia, iż „z budżetu” finansuje się oto zarobki ponad wszelką przyzwoitość zawyżone (na wszelki wypadek podawano zarobki brutto). Jak wiadomo od zawsze, cudze pieniądze zawsze są nadmierne, a nasze własne zawsze za niskie. Nic łatwiejszego niż wzbudzić zawiść, sugerując zestawienie jednych z drugimi, nic łatwiejszego niż tę zawiść uruchomić w sobie samym. Chodzi już tylko o to, kto tak się zachowuje. (Problem odpowiedzialności, w wypadku NBP i Rady Polityki Pieniężnej nie do przecenienia, i związany z tym wymóg kwalifikacji, to już ponad wszelką wątpliwość problem obcy posłom i dlatego tutaj nawet nie warto dyskutować zagadnienia od tej właśnie strony.) Ale z trybuny sejmowej krzyczeli w świętym oburzeniu ludzie, których utrzymanie (wliczając diety, pensję i koszty przewidziane na biura poselskie, plus wszystkie darmowe świadczenia, np. komunikacyjne) kosztuje ten sam budżet comiesięczną kwotę równą albo wyższą uposażeniu członka RPP, i to pomnożoną przez 460. Z tych ludzi wielu (jak wielu?) nie robi nic, odpowiedzialności nie musi się obawiać, bo immunitet trwa jak twierdza, o kwalifikacjach lepiej zamilczeć. Za to w przygotowaniu znalazł się poselski projekt ustawy zezwalającej posłom na prowadzenie działalności gospodarczej (co to znaczy, zrozumieć nietrudno) i przewidującej utworzenie dla każdego z nich osobnego biura w Sejmie, co wymagać będzie powiększenia kubatury gmachów sejmowych o 460 nowych pomieszczeń. To pewnie będzie trochę kosztować?

Także powoływanie się na argument, iż NBP utrzymywany jest „z naszych podatków”, może niezupełnie na miejscu jest w ustach ludzi, którzy część swoich dochodów (diety) dalej mają od podatku wolną.

A dla szarego wyborcy, który w pierwszej chwili, rozgrzany świętym oburzeniem swoich przedstawicieli, gotów im przytaknąć („zabrać im” – jak to brzmi mile dla ucha, zawsze i wszędzie), w momencie otrzeźwienia i tak ważne stanie się to tylko, czy trzymany w ręku pieniądz ma realną wartość czy też ją traci. Demagodzy i faryzeusze są ostatnimi, którzy go zabezpieczą.

Józefa Hennelowa

 

 

 

 

 

 


Nad Tamizą bez zmian...

Przedwyborcze sondaże nie kłamały. Partia Pracy Tony’ego Blaira odniosła 7 czerwca miażdżące zwycięstwo w brytyjskim głosowaniu. Po czterech latach władzy labourzystów, w Izbie Gmin nie zmienia się układ sił: centrolewica zachowuje stan posiadania, rząd może ciągle liczyć na przytłaczającą absolutną większość (prawie 170 mandatów). Tym samym ostrożna strategia przyjęta w pierwszej kadencji (nade wszystko: nie wychylać się, nie tracić punktów w mediach, nie drażnić wielkiego biznesu i warstw średnich) się labourzystom opłaciła. Blairowi udała się sztuka przekonania elektoratu, że kraj i gospodarka są w jego rękach bezpieczne. Z kolei kampania jego głównych przeciwników, pod przywództwem Williama Hague’a okazała się niewypałem. Hasła mające rozbudzić lęk przed zalewem imigrantów czy utratą funta na rzecz euro, wyraźnie nie chwyciły. Konserwatyści po czterech latach bytowania na opozycyjnych ławach znaleźli się dokładnie w punkcie wyjścia.

W dzisiejszej polityce jednak taka stagnacja ma wysoką cenę. Hague o tym wie: już w pierwszym porannym wystąpieniu po wyborczej nocy ogłosił w stylu znamionującym dużą klasę, że bierze na siebie odpowiedzialność za to, iż torysom nie udało się nawet częściowo odrobić strat z roku 1997 i zrzeka się partyjnego przywództwa. Konserwatystów – dawną “naturalną partię władzy” w Wielkiej Brytanii – czekają teraz trudne tygodnie wyłaniania nowego lidera, powyborczych analiz, wreszcie skuteczniejszego zasypywania przepaści między eurosceptykami a euroentuzjastami.

Ale problemy europejskie będą spędzały sen z powiek także zwycięzcom. Trudno im będzie choćby uniknąć niezwykle ryzykownej decyzji o rozpisaniu referendum w sprawie uczestnictwa we wspólnej walucie. A jeszcze trudniej przekonać Brytyjczyków o konieczności pożegnania się z funtem... W drugiej kadencji rząd Tony’ego Blaira stanie też przed kolosalnym zadaniem naprawy służb publicznych: oświaty, opieki zdrowotnej, infrastruktury transportu. Paradoksalnie więc ubiegłotygodniowe wybory tylko z pozoru zamroziły parlamentarne status quo. Wbrew słynnej maksymie Tomasso di Lampedusy nad Tamizą nic się nie zmieniło po to, żeby zmienić mogło się wszystko.

Tadeusz Jagodziński z Londynu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 24, 17 czerwca 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl