Votum separatum

Kto dla kogo

JÓZEFA HENNELOWA

 

Coraz więcej martwiących się o poziom telewizji, coraz liczniejsze recenzje krytyczne albo wręcz protesty. Jeszcze się nasilą, bo teraz właśnie okres zatwierdzania lub odrzucania corocznych sprawozdań Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji przez parlament i prezydenta. Sejm już odrzucił sprawozdanie; co dalej, zobaczymy. Krytyka i protesty na ogół jak najbardziej uzasadnione – ale może czas spojrzeć na problem z innej strony? 
Lat temu kilka jeden z posłów prawicy domagał się w sejmie takich gwarancji nieszkodliwości telewizyjnego przekazu dla dzieci, jakie daje kran z wodą źródlaną A przecież już wtedy wiedziało się, że nie w „nieszkodliwości” problem jedyny (ani nawet największy), lecz w zubożeniu umysłu i ducha uzależnionego od nieodpartej potrzeby oglądania w ogóle. Dziś to już widać z całą jaskrawością: to nie telewizja (choćby nieszkodliwa) jest nam koniecznie potrzebna – to my potrzebni jesteśmy telewizji. Jakakolwiek by była, zabiega o naszą oglądalność wszelkimi możliwymi środkami, kokietuje, perswaduje, zaklina, uwodzi – bylebyśmy od ekranu nie odstępowali przez czas jak najdłuższy. Zostańcie z nami, dziś wieczorem, dziś od rana, przez cały koniec tygodnia, przez święta. Dzwońcie, głosujcie na program, odpowiadajcie na proponowane pytania, wybierajcie ulubionego prezentera, a przede wszystkim – składajcie się na procenty oglądalności, od których zależy telewizji byt, telewizji przyszłość (czytaj – reklamy, rozstrzygające pod tym względem). 
No i robimy to, dając się uwodzić. Gotowi nawet uwierzyć, że np. widownia programów na żywo, serwująca aplauzy w trakcie emisji, to widownia autentyczna, zebrana spontanicznie, klaszcząca z potrzeby serca, a nie dyspozycyjna i wynagradzana grupa osób. I że naprawdę coś znaczy rosnąca podczas emisji krzywa poparcia albo negacji w odniesieniu do polityka, bohatera programu. I że fakt prasowy, jakim jest permanentne zajmowanie się w wielu gazetach „przygodami” uczestników Wielkiego Brata, to argument za tym, abyśmy ten program dalej oglądali masowo i wyczekiwali na następne podobne.
A wystarczy uświadomić, że naprawdę to my jesteśmy potrzebni telewizji a ona nam bynajmniej nie, żeby poczuć się zupełnie inaczej. Taka świadomość przecież już się pojawiła, i zamyka się w haśle: mogę nie oglądać. Mogę robić coś innego i domownikom, a zwłaszcza dzieciom, też coś innego proponować. Przetłumaczona na propozycję pozytywną, świadomość ta leży u spodu rozpoczętej niedawno akcji „Poczytaj dziecku”. Akcji tej należy się gorący aplauz i poparcie ze wszystkich stron. Wszystko jedno, kto jest jej autorem , nawet jeśli to przeciwnik z innego obozu. Przecież to sygnał otrzeźwienia, sprzeciw wobec uzależnień, powrót do mądrości. Kiedyś czytanie dzieciom to była oczywistość, normalność. No i okazuje się, że nie można wymyślić nic lepszego. Ze to siła rodzinnej więzi i nadzieja na prawdziwy rozwój duchowy dziecka. 
Pewnie, dziś dla wielu młodych rodziców, gdyby przekonani chcieli się do tego zabrać, będzie to konfrontacja z brakiem książek w domu – bo tylu z nas już książek nie kupuje. I trzeba będzie to zmienić. A dla niektórych redaktorów popularnych pism może powstanie także kwestia, czy aby na pewno potrzebnie drukują co tydzień pełny program telewizyjny, zamiast wprowadzić albo zwiększyć zasób recenzji książkowych i przewodników po lekturze.
W przejmującej biografii zmarłego przed rokiem ks. Józefa Tischnera Wojciech Bonowicz przytacza wspomnienie jednego z przyjaciół, jak to w ciężkich chwilach obaj chronili się w recytowanie najbliższych im poetów, bo nie byli w stanie wprost dotykać słowami tego, co bolało. Ale oni obaj wychowali się w czasie, gdy książki były czytane a wierszy uczyło się na pamięć. Tego drugiego nie wymaga dziś przeciętna szkoła. Ale przynajmniej to pierwsze dalej jest w rękach rodziców. Jak to dobrze, że nie tylko my starzy to rozumiemy. W „Wysokich Obcasach” przeczytałam nawet ostatnio kategoryczne stwierdzenie ekspertów, że trzeba umieć opierać się kaprysom dziecka żądającego najmodniejszej a pokracznej zabawki i że w rodzicielskiej konsekwencji zachowywania norm jest ratunek. A więc – znowu spotykają się pokolenia? 


Józefa Hennelowa


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl