Dwanaście koszy ułomków

Biskup Jan potrzebny od zaraz

KS. STANISŁAW MUSIAŁ SJ

 

Wystarczy niekiedy jedno słowo w tekście, by uruchomić naszą wyobraźnię i wzbudzić w naszym sercu bezgraniczne wręcz współczucie. W piątym kazaniu na temat Księgi Rodzaju Jan, zwany później Chryzostomem (Złotoustym, ok. 349–407), wówczas kapłan i kaznodzieja w swej rodzinnej Antiochii, trzecim co do wielkości mieście Cesarstwa Rzymskiego, podaje, że miejscowi żebracy najgłośniej zawodzą, jęczą i lamentują oraz najbardziej natarczywie wyciągają ręce po jałmużnę „pod wieczór” (en hespéra).
Właśnie to wyrażenie „pod wieczór” nadaje informacji Jana jej dramatyczny charakter. Żebracy postępują tak, bo, jak mówi Jan, „boją się, żeby, jak wszyscy wrócą do swych domów, oni nie błąkali się po mieście niczym na pustyni. Tak jak ci, którzy rozbili się na morzu, chwytają się ostatniej deski ratunku i starają się jeszcze przed wieczorem dotrzeć do portu, żeby nie zastała ich na morzu noc, bo wtedy mogą ponieść jeszcze większą szkodę. Podobnie ubodzy, lękając się głodu jak rozbicia okrętu spieszą się, by zdobyć przed wieczorem parę groszy na zakup jedzenia. W przeciwnym razie, gdy ludzie rozejdą się do swoich domów, oni pozostaną poza portem. Portem dla nich są ich ręce, trzymające datek”. Niektórzy żebracy, podaje Jan w innym kazaniu, posuwają się nawet do tego, że oślepiają swe własne dzieci, by wymóc na przechodniach obfitszą jałmużnę. Nie da się czytać tak na zimno, chłodnym sercem wspomnianego na początku kazania. Bogaci Antiocheńczycy zasiadają wieczór do suto zastawionych stołów i są zupełnie nieczuli na dochodzące ich z ulicy, w pośrodku nocy, głośne, nieludzkie wręcz zawodzenia i wołania tych, którzy nie mają kawałka chleba na zaspokojenie swego głodu. W szczególnie ostrych słowach Jan piętnuje obłudę religijną pobożnych: „Los ubogich ani nas ziębi, ani grzeje. Owszem, mimo tak nieludzkiej postawy mamy jeszcze czelność podnosić ku Niebu ręce i przypominać Bogu słowa o Jego miłosierdziu, nie bojąc się, że po takiej modlitwie z powodu naszego okrucieństwa i braku człowieczeństwa powinien w nas uderzyć piorun”.
Czy Jan przesadził? Nie! Jedno z jego arcydzieł oratorskich, kazanie o jałmużnie wygłosił spontanicznie, jak idąc w porze zimowej ze swego domu do kościoła natknął się na leżących na ulicy, półżywych żebraków. Powiedział wtedy, że czuje się „ambasadorem” żebrzących, mianowanym przez nich nie „słowami czy dekretami pisanymi, lecz przez sam widok ich straszliwego cierpienia”. Według Jana, liczba ubogich w obydwu miastach, gdzie pracował, była bardzo wysoka. W Antiochii stanowili oni jedną dziesiątą mieszkańców (przypuszczalnie miasto liczyło 250 tys. ludzi wolnych i tyluż niewolników), a w Konstantynopolu, stolicy Wschodniego Cesarstwa nawet więcej, bo aż 50 tys.
Właśnie wybór Jana na biskupa stolicy w 398 r. sprawił, że mógł teraz występować w obronie ubogich nie tylko słowem, ale także i w pewnej mierze – czynem. Od razu zniósł wystawne przyjęcia, które jego poprzednicy regularnie wydawali na cześć miejscowych notabli. Sam spożywał posiłek raz dziennie, wieczorem. Targnął się nawet na swój pałac biskupi, który jego poprzednik po pożarze w 388 r. rozbudował tak, iż rywalizował teraz z pałacem cesarskim. Biskup Jan polecił m.in. sprzedać kolumny z cennego marmuru na rzecz ubogich. Nadal piętnował w swoich kazaniach przepych i skąpstwo bogaczy, co walnie przyczyniło się do tego, iż po 4 latach pasterzowania został skazany definitywnie na wygnanie aż w pobliże Armenii, gdzie zmarł. Nie głosił idei rewolucyjnych. Rozwiązanie problemu ubóstwa widział w jałmużnie, choć jałmużna wtedy oznaczała coś innego niż dzisiaj, bo obowiązywała ze sprawiedliwości (podobnie jak teraz podatek). Potrafił używać ciętego języka. Tłumaczył np., że gdyby w jakimś mieście zgromadzić tylko samych bogatych, umarliby wszyscy z głodu. Gdyby natomiast zgromadzić w nim samych biednych, na pewno by jakoś przeżyli. Wniosek z tego: bogaci żyją „bogato” tylko dzięki wyzyskowi biednych. Niezwykłym rozczarowaniem dla biskupa Jana był upadek jego przedsięwzięcia: budowy schroniska i szpitala dla trędowatych, poza miastem, „w okolicy bardzo zdrowej”. Bogaci sprzeciwili się budowie i, co więcej, przywłaszczyli sobie zebrane przez biskupa Jana na ten cel fundusze.
Szkoda, że chrześcijaństwo nie poszło od samego początku zdecydowaniej w kierunku miłości bliźniego, tylko położyło nacisk na „klucze”, czyli na władzę i „mechanizmy” jej utrzymania. Biskup Jan wkłada Chrystusowi w usta: „Stać mnie na to, by się wyżywić samemu, wolę jednak pędzić życie żebracze, wyciągać rękę przed Twymi drzwiami i być żywiony przez Ciebie. Robię to z miłości ku Tobie”.
Jestem przekonany, że gdyby biskup Jan żył dzisiaj w Polsce, mielibyśmy zamiast monstrualnej bazyliki w Licheniu fundację stypendialną dla dzieci z byłych pegeerów. Budowalibyśmy zamiast sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie zakład Helclów nr 2 i zamiast pomników Papieża, w których ani on, ani Pan Bóg nie ma upodobania, zadbalibyśmy o darmowe katechizmy i Pismo św. dla dzieci z ubogich rodzin.
Zaiste, biskup Jan potrzebny od zaraz!


Ks. Stanisław Musiał S.J.

 


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl