Komentarze

 


Wojciech Pięciak Gest, nie odszkodowanie

Tomasz Fiałkowski Przeciw pamięci

Jacek Kubiak Ser w TV

 


 

 




  
Gest, nie odszkodowanie

Kiedy w latach 50. Niemcy Zachodnie postanowiły wypłacać zadośćuczynienie niektórym ofiarom III Rzeszy (przede wszystkim Żydom – choć tylko mieszkającym po zachodniej stronie „żelaznej kurtyny” – oraz obywatelom krajów Zachodu), pieniądze te miały oprócz moralnego także wymiar praktyczny. Jednym pomagały w rozpoczynaniu życia od nowa (np. osiedlającym się w Izraelu), innym ułatwiały egzystencję (naznaczoną np. kalectwem). Dziś spóźnione zadośćuczynienie także dla polskich robotników przymusowych III Rzeszy, więźniów obozów oraz innych ofiar zamyka wprawdzie rozdział z przeszłości w relacjach polsko-niemieckich, lecz znaczenie ma jedynie symboliczne. Nie tylko dlatego, że żyje ich około 10 proc. Także ich skala nie pozwala mówić o odszkodowaniu (choć tak się przyjęło). Czy jest odszkodowaniem równowartość trzech miesięcznych pensji w Niemczech (15 tys. marek) za kilka lat w kacecie, albo równowartość lepszego roweru (1 tys. marek) za kilka lat przymusowej pracy w rolnictwie?

Pieniądze, nawet skromne, są dla starszych ludzi ważne. Ale debata wokół zadośćuczynienia, toczona w Niemczech przez ostatnie trzy lata, ważna jest także z innego powodu: odkryła niemieckiemu społeczeństwu problem pracy przymusowej, ujawniając zarazem te „grupy ofiar” (okropne słowo), które popadały w Niemczech w zapomnienie. W wielu miastach czy gminach zaczęto otwierać archiwa i szukać „swoich” robotników przymusowych. Zdarzało się, że nim uruchomiono pieniądze z fundacji „Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość”, byli robotnicy dostali zadośćuczynienie od osób prywatnych, które organizowały zbiórkę w swoim miasteczku na rzecz tych, którzy pół wieku wcześniej zostali tam przywiezieni na roboty.

Debata przywróciła także niemieckiej świadomości fakty, które padały ofiarą tendencji do utożsamiania ofiar nazizmu z ofiarami Holocaustu. Zjawisko to dotyczyło wielu polityków (szczególnie młodszych) i części mediów. Gdy w 1998 r. koncern Volkswagena zdecydował się wypłacić odszkodowania „swoim” robotnikom przymusowym, prawicowy „Die Welt” pisał: „Częściowy sukces ofiar Holocaustu” – choć wśród 20 tys. niewolników Volkswagena ogromną większość stanowili Polacy, Rosjanie i Francuzi. Tak jakby Niemcy obawiali się, że przypominanie o innych ofiarach podważa miejsce Holocaustu w ich pamięci (tym, który przypominał, że „95 proc. robotników przymusowych stanowili nie-Żydzi”, był Ignatz Bubis, ówczesny przewodniczący Rady Żydów w Niemczech). Wolno sądzić, że dziś niemiecki dziennikarz podobnego błędu by nie popełnił.

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 

Przeciw pamięci

Historia odkrycia fresków Schulza, opisana na tych łamach przez Jurka Prochaskę („TP” nr 17), ma swój niespodziewany ciąg dalszy. Oto w Drohobyczu pojawili się przedstawiciele izraelskiego Instytutu Yad Vashem, wycięli odsłonięte przez konserwatorów fragmenty malowideł i wywieźli je do Jerozolimy. Ta błyskawiczna akcja zaskoczyła wszystkich, z początku sądzono nawet, że chodzi o zwykłych złodziei podszywających się pod powszechnie szanowaną instytucję.

Ów „rajd po Schulza” dokonał się z ominięciem prawa, za to z wykorzystaniem panującego na Ukrainie bałaganu i – zapewne – skłonności lokalnych urzędników do korupcji. Wedle relacji świadków wycięto tylko fragmenty malowideł, pozostawiając nie odsłoniętą resztę – a więc w istocie dokonano barbarzyńskiego ich zniszczenia. Jest też trzeci aspekt tej smutnej sprawy: akcja pracowników Yad Vashem to akt – nie zamierzonej, mam nadzieję – arogancji czy wręcz pogardy. Pogardy dla tych, którzy przez dziesięciolecia ratowali każdy najdrobniejszy okruch spuścizny Schulza, odtwarzali jego biografię, popularyzowali jego dzieło – myślę przede wszystkim o Jerzym Ficowskim. I dla tych, którzy dzisiaj – w Polsce, na Ukrainie czy gdzie indziej – pracują na rzecz wspólnej pamięci o nim.

Malowidła wykonane na zlecenie hitlerowskiego oprawcy nie są zapewne arcydziełem. Są jednak świadectwem ostatniego, najtragiczniejszego etapu życia Schulza. Udostępnione w „willi Landaua”, służyłyby pamięci autora „Sklepów cynamonowych” i pamięci Zagłady tam, gdzie tę pamięć szczególnie trzeba utrwalać – w jego rodzinnym mieście, z którego nigdy nie chciał wyjechać. Zabierając malowidła z Drohobycza, pracownicy Yad Vashem sprzeniewierzyli się celowi, jakiemu ma służyć ich instytucja. 
Tomasz Fiałkowski

 

 

 

 

 

 


Ser w TV

„Exception culturelle” chronić ma kulturę francuską przed zalewem obcych (głównie anglojęzycznych) wyrobów kultury masowej. Ale nie chroni. Właśnie zaatakował „słodką Francję” Big Brother. Objawy choroby są takie same, jak w innych krajach: niezwykle wysoka oglądalność nadzwyczaj nudnego programu przy niewyobrażalnym nagłośnieniu w mediach. Francuski BB nazywa się „Loft Story”. Kojarzyć się ma oczywiście z „Love Story”, a oznacza „Historie z loftu”, czyli przestrzennego apartamentu (w polskiej prasie pojawiło się tłumaczenie „Historia z poddasza”; nic bardziej mylnego, dom Wielkiego Brata ŕ la française jest po prostu hangarem). I nie byłoby o czym pisać, gdyby nie wyjątkowa zjadliwość francuskiej odmiany wirusa.

Francuskie stacje telewizyjne opowiedziały się, w imię „exception culturelle”, za niedopuszczeniem do emisji rodzimej wersji BB. Jednak najsłabsza z nich – M6 – potajemnie przygotowała program, który wystartował pięć tygodni temu. Wypowiedziała przy tym wojnę prywatnemu gigantowi TF1, emitując „Loft Story” w tym samym czasie, gdy TF1 przedstawia swój, zresztą równie ambitny, program wieczorny skupiający ponad 30% telewidzów. Teraz większość z nich włącza M6, pozbawiając TF1 dochodów z reklam. Na tym nie koniec. Okazało się, że na „Loft Story” mogą zarobić wszyscy. Przykładowo sprzedaż najpoważniejszych francuskich dzienników „Le Monde” i „Libération” wzrosła o 10%, gdy na ich strony tytułowe trafiły słowa: LOFT i STORY (a pojawiły się tam niejeden raz). Zarabia zarówno prasa brukowa, ujawniając pikantne szczegóły z życia nowych idoli, jak wszystkie stacje telewizyjne (z TF1 włącznie) – emitując programy atakujące M6. Powstały fan-kluby i organizacje przeciwników programu. Przed siedzibą M6 odbywają się demostracje pod hasłem „Uwolnić zakładników” i zwalane są sterty śmieci – we Francji programy typu BB nazywa się „télé-poubelle”, czyli „tele-śmietnik”. Audycja rzeczywiście wyzwala śmietnikowe emocje. Telewidzowie przez głosowanie w audiotele wyeliminowali kolejno: Araba, Arabkę, krypto-geja i Mulatkę. Tę ostatnią zastąpiła w czystym rasowo lofcie suczka o dziewczęcym imieniu Chloé.

Wniosków z tej historii jest kilka: 1. w biznesie nie należy wierzyć żadnym deklaracjom; 2. to, co podoba się w Madrycie, Londynie czy Warszawie, spodoba się również w Paryżu; „exception culturelle” to hasło puste; 3. jeśli tracisz dziś, możesz zarobić jutro – TF1 szykuje już swoją wersję BB; 4. czystki etniczne w cywilizowanych krajach odbywają się bezkrwawo i z zachowaniem zasad savoir-vivre, czego przykładem Chloé. Wiadomo, że najlepsze, niemiłosiernie śmierdzące, francuskie sery smakują wybornie. Widać ta sama zasada funkcjonuje również w telewizji.

Jacek Kubiak z Paryża

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 23, 10 czerwca 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl