Solidarność znaczy więź

ZBIGNIEW STAWROWSKI

 

Od czasu pamiętnego sierpnia 1980 r. słowo „solidarność” nieustannie
wzbudza w nas emocje. Dziś jednak, kiedy dawne nadzieje i oczekiwania porównujemy z obecnym kształtem Polski, towarzyszy nam przede wszystkim uczucie głębokiego rozczarowania. Jakby coś zostało zagubione, coś zapomniane... A może właśnie o to chodzi, by zapomnieć? Może prześladuje nas tylko jakaś iluzja, z którą najwyższa pora się rozstać, bo wydaje się ona jedynie przeszkodą w sprawnym włączeniu się w system rozwiniętych krajów świata? Dla wielu świadomych uczestników ruchu „Pierwszej Solidarności” sprawa wygląda jednak zupełnie inaczej: dwadzieścia lat temu doświadczyliśmy czegoś zupełnie niezwykłego i pamięć o tym po dziś dzień nie daje nam spokoju.
Tym, co najważniejsze, było doświadczenie niezwykle głębokiej wspólnoty. Kto przeżył to doświadczenie, wie dobrze, że „Solidarność” przede wszystkim znaczy więź.


Więź polityczna a więź etyczna
W gruncie rzeczy spór o sens doświadczenia wspólnoty powstałej w latach 1980-81 dotyczy pytania, jaka więź legła u jej podstaw. Aby na nie odpowiedzieć, niezbędne jest odróżnienie dwóch elementarnych, a jednocześnie całkowicie przeciwstawnych rodzajów więzi międzyludzkich.
Pierwszy rodzi się wraz ze świadomością wspólnego wroga. To, co nas łączy i integruje, przychodzi z zewnątrz. Nieważne, kim jesteśmy, nieważne, czy mamy takie same poglądy, czy wyznajemy podobne wartości. Ważne jest jedynie to, że w pobliżu jest ktoś, kto dla mnie i dla ciebie stanowi zagrożenie, i z kim, by ocalić siebie, musimy podjąć walkę. Treścią naszej jedności i tożsamości jest wspólny wróg, jacyś „Oni”, całkowicie obcy, a jednak w przedziwnym z nami związku, ponieważ bez ich obecności naszego „My” po prostu by nie było.
Poczucie wspólnoty, którą wzbudza wspólny przeciwnik, może mieć oczywiście rozmaity stopień intensywności. Ale jej właściwą domeną wydaje się dziedzina polityki rozumianej jako dążenie do eliminacji konkurentów w walce o władzę. Z tego względu możemy ją określić mianem więzi politycznej. Taka negatywna więź jest nie tylko ważnym, a czasem najważniejszym elementem tożsamości politycznej danej grupy. Również sama służy jako instrument działania politycznego – umiejętność mobilizowania zwolenników i pozyskiwania sojuszników, poprzez wzbudzanie w nich podejrzliwości i wrogości wobec politycznych rywali, należy przecież do abecadła skutecznie uprawianej polityki.
Drugi typ więzi – nazwijmy go więzią etyczną – ma zupełnie inny, pozytywny charakter. Jest to więź, która określa sens słowa „My” nie przez stosunek do kogoś obcego i wrogiego, lecz przeciwnie: od wewnątrz, poprzez wspólnie wyznawane wartości. Oczywiście mogą być one różne: niższe i wyższe, mniej lub bardziej głęboko przeżywane. Najgłębszą i najintensywniej przeżywaną formą wspólnoty etycznej, jest wspólnota religijna, której członków łączą wspólnie wyznawane, najwyższe wartości. Treść tego, co dana wspólnota uznaje za wartości najwyższe i absolutne, pozostaje tutaj kwestią kluczową, tym bardziej, że możliwe są wspólnoty, które ze względu na swą treść – jak choćby właściwe chrześcijaństwu powszechne braterstwo „dzieci Bożych” i wynikające z niego wezwanie do miłości wobec „nieprzyjaciół” – z istoty swojej stanowią zaprzeczenie więzi politycznych.


Komunistyczna rzeczywistość, czyli na tropie wroga
Dzień powszedni komunizmu to wszechobecna polityka i jasno określony wróg, którego należy zwalczać. Wróg działa z ukrycia, w praktyce może być nim każdy. Aby go zdemaskować, potrzebna jest stała czujność, nieufność i podejrzliwość. Te właśnie kardynalne cnoty komunistycznej moralności przez lata infekowały społeczeństwo niszcząc wszelkie więzi etyczne. W projekcie ustroju komunistycznego nie było miejsca na samodzielne wspólnoty etyczne, których działanie określało przywiązanie do konkretnych stałych wartości. W praktyce były one tolerowane dopóty, dopóki ich działalność ograniczała się do sfery prywatnej, którą zresztą komunizm starał się maksymalnie zacieśnić. Natomiast, kiedy usiłowały działać w sferze publicznej w sposób niezależny od władzy, natychmiast stawały się jej wrogiem. Społeczeństwo opanowane przez totalitaryzm stanowi przykład społeczeństwa, w którym dominacja więzi politycznej nad więziami etycznymi posunęła się najdalej, jak to tylko możliwe.
Dla zachowania miary trzeba przyznać, że u progu sierpniowych wydarzeń sytuacja w Polsce – przede wszystkim dzięki przetrwaniu i obecności w życiu społecznym wielkiej wspólnoty etycznej Kościoła – znacznie odbiegała od totalitarnego ideału. Nie do przecenienia jest zwłaszcza wpływ pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II, dzięki której wielu przyszłych uczestników ruchu „Solidarności” po raz pierwszy doświadczyło, że można być razem, nie będąc przeciw nikomu, i że więź ta może łączyć ze sobą miliony. Z drugiej strony, mimo ewidentnych porażek, ideał całkowitego wyplenienia wszelkich więzi etycznych nieprzerwanie wyznaczał horyzonty myślenia komunistycznej władzy.


Solidarność niepolityczna
Dopiero na tle projektu społeczeństwa totalitarnego, opartego o więź polityczną i obraz wspólnego wroga, odsłania się przed nami istotny sens solidarnościowej wspólnoty. Po pierwsze, od samego początku była ona osadzona na wartościach etycznych i to wartościach najgłębszych, po wtóre, budowana przez nią więź była zjawiskiem radykalnie i programowo niepolitycznym.
To drugie stwierdzenie na pierwszy rzut oka może budzić sprzeciw. Czyż bowiem ruch „Solidarności” nie postrzegał siebie jako kolejny zryw Polaków przeciwko dominacji obcego imperium? Czyż nie był głęboko antykomunistyczny? Czy członków aparatu PZPR nie uważano za „płatnych zdrajców, pachołków Rosji”? Owszem, tak się wtedy myślało i mówiło. Ale na poziomie słów najistotniejszych – na poziomie czynów – rzecz się miała zupełnie inaczej.
Od samego początku panowała powszechna zgoda co do tego, że kwestia władzy – tu i teraz – jest nieprzekraczalną granicą wszystkich żądań i reform, ponieważ bezpośrednie zakwestionowanie monopolu PZPR pociągnęłoby za sobą militarną interwencję Moskwy. Podpisując pod presją fali strajków porozumienia sierpniowe komuniści zgodzili się wprawdzie samoograniczyć, wiadomo było jednak, że władza musi pozostać w ich rękach. Uznanie tego za aksjomat powstrzymało energię społeczną przed przekształceniem się w siłę polityczną i skierowało ją ku pozytywnemu dziełu: przejęciu odpowiedzialności za wspólny dom. W efekcie ów niekwestionowany polityczny monopol PZPR stawał się coraz bardziej pusty, a partia utraciła niemal całkowicie wpływ na życie Polaków.
Co więcej, z perspektywy emancypującego się społeczeństwa, sprawujący rządy komuniści pełnili niezwykle użyteczną funkcję – odgrywali przed moskiewską centralą rolę fasady, której istnienie świadczyło, że w Polsce nadal zachowane jest geopolityczne status quo. Z tego właśnie względu komunistyczna władza uznawana była nie tyle po prostu za zło, lecz za zło w danych warunkach konieczne. Chociaż cała jej ideologiczna i pragmatyczna nadbudowa spotykała się z odrzuceniem, jej faktyczna obecność została zaakceptowana pod warunkiem, że będzie obecnością ograniczoną do minimum. W rezultacie odradzające się społeczeństwo nie potraktowało władzy jak wroga, którego trzeba zniszczyć, i nie szukało tożsamości w jej negacji. Przeciwnie, władza została zignorowana. Ludzie uznali konieczność jej istnienia, ale odwrócili się do niej plecami i zajęli się porządkowaniem wspólnego domu. W ten sposób otworzyła się na jakiś czas wyjątkowa przestrzeń, w której mógł pojawić się cud solidarności – cud powstania i rozwoju niezwykłej wspólnoty etycznej.


Religia ludzkiej godności
Trzeba to powiedzieć bardzo wyraźnie: najgłębszy sens doświadczenia „Pierwszej Solidarności” odsłoni się przed nami dopiero wtedy, gdy zrozumiemy je jako doświadczenie więzi i wspólnoty tak głębokiej i tak intensywnie przeżywanej, że trzeba ją nazwać po prostu więzią religijną. Nie przeczy temu wcale fakt, iż w ruchu solidarności uczestniczyło wielu ludzi, którzy ani nie byli wówczas w Kościele, ani nie są w nim dziś. Nie przeczy temu (a raczej potwierdza) również i to, że wielu członków Kościoła odnosiło się do nowej wspólnoty co najmniej nieufnie. Rzecz w tym, że język, w którym ta głęboka więź była wyrażana, nie był językiem konfesyjnym, lecz raczej językiem etyki. Łączyły nas najprostsze słowa i najprostsze wartości: wolność, prawda, godność, sprawiedliwość.
O religijnym w swej istocie charakterze tej wspólnoty najlepiej świadczy fakt, że czas pierwszej solidarności to czas masowych wręcz konwersji. Nie chodzi tu jednak o konwersje w sensie powrotu do Boga i Kościoła. To, co się wtedy wydarzało, było zjawiskiem znacznie szerszym. Nawracali się – tj. całkowicie zmieniali swoje życie – zarówno ateiści, jak i przykładni katolicy. Wielu z nich wytrwało do dziś w tej decyzji, choć czasem ich związek z Kościołem jest dziś jeszcze bardziej odległy niż 20 lat temu. Ale również bogobojni katolicy, w tym i księża, dopiero dzięki wspólnocie „Solidarności” dostrzegli, że ich serca zrobiły się ciasne i wrażliwe jedynie na sprawy prywatnego ogródka czy zakrystii, że zbyt łatwo pogodzili się z tym, by ich życiem rządziła zasada „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”.
Trzeba powtórzyć słowa ks. Józefa Tischnera: „Solidarność to spontanicznie powstała wspólnota ludzi dobrej woli. Najgłębsza solidarność jest solidarnością sumień.” To był czas, kiedy ludzie tacy, jacy są – słabi i zagubieni – poczuli, że mogą być lepsi i świadomie tego zapragnęli. To doświadczenie szczególnego „czasu łaski”, „czasu świętego”, doświadczenie niesamowitego „ssania ku górze”, jakiegoś wezwania, abyśmy przekraczali samych siebie. I jednocześnie poczucie, że w tym wezwaniu do wyboru sumienia nie jesteśmy sami, poczucie głębokiej wspólnoty i zaufania do innych, takich samych jak my, ludzi pragnących żyć godnie.
Nic dziwnego, że ta wspólnota ludzi dobrej woli przez długi czas pozostawała niemal nie skalana więziami typu negatywnego. Wspólnota solidarności nie uważała nikogo za wroga, czego dowodem fakt, że była otwarta na każdego, kto pragnął w niej uczestniczyć. Czas „Pierwszej Solidarności” to okres prawdziwej „grubej kreski”, to czas odpuszczenia win i wyższości miłosierdzia nad sprawiedliwością.
Doświadczenie więzi właściwe „Pierwszej Solidarności” jest tak niezwykłe, że poszukując historycznych analogii przychodzi mi na myśl jedynie doświadczenie wspólnot chrześcijańskich w dwóch pierwszych wiekach ich istnienia. Znajdziemy w nich, po pierwsze, podobny brak myślenia w kategoriach polityki. Po wtóre, uderza intensywność doświadczanej więzi powstałej na fundamencie głębokich osobistych nawróceń. Po trzecie, sama treść przesłania ruchu „Solidarności”: godność, sprawiedliwość i wreszcie sama solidarność – choć wypowiedziana w zrozumiałym dla każdego człowieka ponadkonfesyjnym języku uniwersalnych wartości, nie wykracza przecież poza to, co zawarte jest w etycznym kanonie wiary chrześcijańskiej. Po czwarte, trudno nie dostrzec – zachowując stosowną proporcję – podobnego zachowania w chwili ogniowej próby. Kiedy nastał okres prześladowań, opór wobec władzy, która postanowiła zniszczyć wspólnotę przemocą, nie przekroczył zasadniczo granic biernego oporu. Logika walki z wrogiem nie wyparła i nie zastąpiła wartości leżących u podstaw wspólnoty solidarności. Wartości te zostały potwierdzone, chociaż wierność wobec nich wymagała heroizmu, a czasem i męczeństwa.


Normalizacja
Wraz z wprowadzeniem stanu wojennego w grudniu 1981 roku zamyka się ostatecznie przestrzeń, w której tak bujnie rozkwitnąć mogła etyczna wspólnota ludzi dobrej woli. Zapomniana i ignorowana władza wtargnęła na powrót w sferę społeczną i zgodnie ze swoją logiką natychmiast przystąpiła do niszczenia wszelkich etycznych więzi, powstałych w okresie „Pierwszej Solidarności”. Kiedy minął szok zaskoczenia, ludzie, dla których proponowana przez reżim oferta zdrady była nie do przyjęcia, stanęli przed dylematem: co dalej? W sytuacji, gdy szansa pozytywnego kształtowania instytucji społecznych została niemal całkowicie zablokowana, dla tych, którzy nadal chcieli kierować się etosem solidarności, pozostały dwie drogi. Pierwsza, którą poszła większa część społeczeństwa, oznaczała wycofanie się ze sfery publicznej do „katakumb” i pielęgnowanie wspólnoty na poziomie elementarnym, czego wyrazem była przede wszystkim powszechna pomoc osobom potrzebującym, więzionym czy prześladowanym.
Drugą podążyli ci, którzy uznali, że nie da się normalnie żyć, dopóki komuniści sprawują rządy, że – innymi słowy – polityka jest w jakimś sensie ważniejsza od etyki. Pod ich wpływem ruch „Solidarności” przyswaja sobie ideę walki politycznej. Od czasu stanu wojennego ze szczególną ostrością pojawia się właściwa dla wspólnoty walki kategoria „My – Oni”. Wspólnota solidarności, jeszcze niedawno otwarta na wszystkich, nawet na członków PZPR, teraz w naturalny sposób się zamyka. Kto nie wyrzucił legitymacji partyjnej, kto tak lub inaczej jednoznacznie opowiedział się po stronie „junty”, ten w oczach uczestników „wspólnoty ludzi sumienia” stał się w sposób oczywisty człowiekiem bez sumienia. Nie da się zrozumieć ostrości dzisiejszych podziałów, ani tym bardziej przerzucić nad nimi mostu, bez świadomości, jak głęboko one sięgają.
Lata osiemdziesiąte to proces stopniowego zapominania etycznego doświadczenia „Pierwszej Solidarności” i wypierania go przez doświadczenia wspólnoty walki. Tym bardziej, że kształt „Drugiej Solidarności” w coraz większej mierze zaczęło określać nowe pokolenie, które przeżycie współuczestnictwa kojarzyło przede wszystkim z ulicznymi potyczkami z ZOMO, z „knuciem i konspirą”. Społeczeństwo zainfekowane przez komunistów myśleniem w kategoriach wroga, stawało się nieufne także wobec siebie, a tym samym coraz bardziej podzielone. Tylko w okresie papieskich pielgrzymek na krótki czas odradzała się znajoma cudowna przestrzeń, w której władza, choć potężna, stawała się nieważna, a ponury, zastraszony tłum zamieniał się w pozbawioną lęku, solidarną wspólnotę.
Gdy w 1989 roku Polska odzyskała niepodległość, szybko okazało się, że choć kształt nowej rzeczywistości wykuwany jest pod sztandarem „Solidarności”, to niewiele ma wspólnego z pierwotnym ideałem. Oczekiwanie, że nasze społeczeństwo – tym razem pod rządami ludzi sumienia – stanie się ponownie wspólnotą etyczną, w ewidentny sposób nie zostało spełnione. Co więcej, wzajemne oskarżenia i konflikty, które z dawnych przyjaciół uczyniły największych wrogów, większych nawet od komunistów, odsłoniły tak głębokie podziały, że zasadne i wręcz narzucające stało się pytanie: czy obraz „Pierwszej Solidarności” jako etycznej wspólnoty ludzi dobrej woli, nie był fikcją?


Demokracja a solidarność
Doprawdy nietrudno zrozumieć tych, którzy w poczuciu głębokiego rozczarowania odpowiadają dziś na to pytanie twierdząco, wypierając z świadomości – jako iluzję – najbardziej wartościowe wspomnienia sprzed dwudziestu lat. Sądzę jednak, iż rozczarowanie to okazało się nieuniknione nie z tego powodu, że cudownej wspólnoty „Pierwszej Solidarności” tak naprawdę nigdy nie było, lecz dlatego właśnie, że była ona cudowna, cuda zaś nie zdarzają się zbyt często. Nie miejmy złudzeń – zbudowanie czystej wspólnoty etycznej pozbawionej domieszki więzi politycznych i obejmującej ogromną większość społeczeństwa jest w demokracji chyba jeszcze bardziej nieprawdopodobne niż w systemie totalitarnym.
Demokracja jako ustrój polityczny to przecież ze swej istoty arena nieustającej walki, gdzie kategoria wroga, którego należy pokonać, pełni funkcję podstawową. Współczesna demokracja rozumiana jako gra o władzę, tym tylko się różni od totalitaryzmu, że nie chodzi w niej o fizyczną eliminację przeciwnika – temu na przeszkodzie stoi cała struktura państwa prawa – lecz o wyeliminowanie go z gry (np. poprzez marginalizację konkurencyjnych partii i usunięcie ich ze sceny politycznej.) 
To wszystko nie oznacza, że z etycznego doświadczenia „Pierwszej Solidarności” niczego nie da się ocalić. Zawsze przecież możliwa jest praca u podstaw – budowanie małych wspólnot zwykłej międzyludzkiej solidarności. Warunkiem podstawowym – wiemy o tym dzięki doświadczeniu „Pierwszej Solidarności” – jest oczyszczenie naszego normalnego życia spod presji konfliktów politycznych. Tam, gdzie jest to tylko możliwe, trzeba zignorować politykę: w nauce, kulturze, sztuce, sporcie i wszystkich innych, konsekwentnie stosować właściwe im kryteria i miary. W przeciwieństwie do niezbyt odległych czasów taka postawa nie wymaga już heroicznej odwagi, a co najwyżej zwykłego poczucia przyzwoitości i odrobiny nonkonformizmu.
Ten postulat odpolitycznienia przestrzeni publicznej, który przecież przez ludzi dobrej woli jest realizowany i traktowany jako standard we wszystkich dziedzinach życia społecznego, stanowi program minimum, który może być uzupełniony o rzecz o wiele trudniejszą.
Otóż możliwa jest również częściowa depolityzacja samej „polityki”, utożsamianej potocznie z tym wszystkim, co związane jest z działalnością państwa i jego instytucji. Polityka rozumiana jako walka o władzę, której podmiotem pozostają partie polityczne i która toczy się głównie wokół parlamentu, stanowi bowiem w demokratycznym państwie prawa tylko pewien jego wymiar i to bynajmniej nie najważniejszy. Owszem, działacze partyjni wykazują naturalną tendencję do ujmowania wszelkich aspektów życia publicznego w kategoriach tak pojętej polityki, ale w rzeczywistości jest to zwykłe uroszczenie. Istnieją bowiem bardziej podstawowe instytucje państwa, które ograniczają arenę rywalizacji politycznej i utrzymują ją w ryzach. Mówiąc najkrócej, chodzi tu o system instytucji chroniących elementarne prawa człowieka oraz o uzgodnione i powszechnie zaakceptowane procedury, czyli reguły gry politycznej.
To, czy takie jasno określone granice zostały faktycznie wyznaczone, czy też są one rozciągliwe i nieszczelne, możemy stwierdzić sięgając do obowiązującej w danym kraju konstytucji. Trudno nie dostrzec, że konstytucja uchwalona w 1997 roku przez „ponadpartyjną kastę zawodowych polityków”, pozostawia sferze walki politycznej stanowczo zbyt dużo miejsca i, co gorsza, pozwala jej w ramach konstytucyjnego porządku nieustannie się rozrastać. W tym kontekście coraz bardziej widoczna staje się niezbędna potrzeba głębokiej reformy państwa, dotyczącej samych jego fundamentów i pociągającej za sobą również zmiany konstytucyjne, która – od gmin po Sejm – postawi mocne granice polityce rozumianej jako walka o władzę. Zadanie to jest jednak tym bardziej trudne, że wymaga wsparcia ze strony aktorów demokratycznej gry, a więc samoograniczenia tych, dla których polityczna rywalizacja stała się podstawową namiętnością. Można mieć tylko nadzieję, że przynajmniej ci z nich, którzy utożsamiają się z etyczną wspólnotą ludzi dobrej woli, zechcą w tym dziele współuczestniczyć.

Zbigniew Stawrowski

Autor jest filozofem polityki, pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN w Warszawie oraz w Papieskiej Akademii Teologicznej.

 


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl