Ksiądz Michał Czajkowski: „Sobór był dla mnie przełomem, jako kapłana 
i chrześcijanina”

Między frontami

JAROSŁAW MAKOWSKI, MAREK ZAJĄC

 

Jest rok 1962. Niepozorny student Papieskiego Instytutu Biblijnego w Rzymie stoi na dachu bazyliki św. Piotra. Jak się nie ma akredytacji, to chyba najlepsze miejsce do obserwowania długiej procesji Ojców Soborowych w dzień rozpoczęcia Vaticanum Secundum. Student nie zdaje sobie sprawy, że jest świadkiem wydarzenia, które zmieni Kościół. – Z początku byliśmy sceptyczni. Pamiętaliśmy niedawny Synod Rzymski, na którym dyskutowano o kształcie butów i kapeluszy dla księży. Spodziewaliśmy się, że Sobór to będzie po prostu ten Synod, tylko w skali makro – wspomina dziś ksiądz Michał Czajkowski, bo to on stał wtedy na dachu bazyliki. 


GODZINA ZERO
Tego samego dnia, wieczorem, Czajkowski jest również w tłumie rzymskich diecezjan, których na Plac św. Piotra zaprosił Jan XXIII. „Il Papa Buono” (Dobry Papież) przemawia do wiernych w sposób obcy jego poprzednikom: „Wróćcie do domu, bo już późno. Ucałujcie dzieci i powiedzcie, że to pocałunek od Papieża”. 
Przejęty tą prostotą Czajkowski jeszcze tej samej nocy opowiada o wszystkim bp. Bolesławowi Kominkowi. Ten radzi, by student biblistyki spisał swe wrażenia i posłał do „Tygodnika Powszechnego”. W ten sposób powstaje „Sobór, godzina zero”, pierwszy reportaż Czajkowskiego, który odtąd zostaje rzymskim korespondentem „Tygodnika”.
Legitymacja biura prasowego Soboru umożliwia dostęp do materiałów i na konferencje prasowe. Poufne wiadomości Czajkowski uzyskuje od dziennikarzy niemieckich, amerykańskich i francuskich; pomaga mu też bp Kominek. Z czasem sceptycyzm ustępuje fascynacji: – Całkowicie stanąłem po stronie tego, co nowe, choć nie zdawałem sobie do końca sprawy, jak wielkie to wydarzenie i wielki pontyfikat”. Numer „Tygodnika”, w którym ks. Czajkowski opisał potem śmierć Jana XXIII, ludzie wyrywają sobie z rąk. Niektórzy, czytając artykuł, płaczą.
W 1964 r. Czajkowski wyjeżdża do Jerozolimy, by na elitarnej uczelni école Biblique et Archéologique Française kontynuować studia biblijne. Tu angażuje się w upowszechnianie reformy liturgii i działalność ekumeniczną. Jest organizatorem pierwszego w Jerozolimie Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan. Idzie do miejscowego patriarchy prawosławnego, by zaprosić go na spotkanie ekumeniczne. Patriarcha odmawia: „Przez wieki nas nie zauważaliście, a teraz mamy tańczyć, jak w Rzymie zagrają? Jeszcze nie czas” – mówi. 
Dla ks. Czajkowskiego była to ważna lekcja: – Wtedy zorientowałem się, że wymagać należy od siebie. Sobór obowiązuje przecież tylko katolików. 
Może w takiej postawie tkwi kredyt zaufania, który u nie-katolików ma dziś ks. Czajkowski? 
Karol Karski, profesor Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i luteranin, tak o nim mówi: „To człowiek wyjątkowy. Jest dla protestantów niezwykle wiarygodnym partnerem, bo obcy jest mu »ekumenizm koniunkturalny«: to, co mówi do nas, na pewno powtarza, gdy jest z samymi katolikami”. 


„CZY TO JESZCZE KSIĄDZ?”
Gdy trzeba, ks. Czajkowski ostro broni Kościoła katolickiego. Po ukazaniu się w Polsce głośnej książki teolożki Uty Ranke-Heinemann „Nie i Amen” (1994) pisał w krytycznej recenzji: „Książka bardziej śmieszy niż oburza (np. narodzenie Jezusa z Dziewicy »jest nieodzowne dla usankcjonowania celibatowego panowania kawalerów«, a więc i mojego panowania). Śmieszy nawet wtedy, gdy powinna oburzać; gdy autorka wulgaryzuje orędzie biblijne, np. karykaturalnie prezentuje naukę o Odkupieniu. Zwłaszcza w dziedzinie biblijnej mamy tutaj naiwny racjonalizm od dawna rdzą pokryty, przedziwnie z równie naiwnym fideizmem koegzystujący. A także naiwny feminizm z akcentami antyfeministycznymi i nawet antysemickimi (oczywiście, żeby »dowalić« Kościołowi i jego liturgii)”. 
Dla Stanisława Krajewskiego, działacza warszawskiej gminy żydowskiej, ks. Czajkowski jest „jedną z tych osób, które sprawiają, że Kościół katolicki budzi szacunek”. Bo „prawda jest dla niego zawsze ważniejsza od przez wielu fałszywie rozumianego autorytetu Kościoła” – mówi Krajewski, współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. 
Nie wszyscy postrzegają go tak jednoznacznie. Marcin Przeciszewski, redaktor naczelny Katolickiej Agencji Informacyjnej mówi, „że przy całej gorliwości kapłańskiej, którą trudno zakwestionować, niektóre wypowiedzi ks. Czajkowskiego rzeczywiście mogą drażnić. Nie ukrywa tego część hierarchów”. O jakie wypowiedzi chodzi? „Przede wszystkim te dotyczące miejsca Kościoła w społeczeństwie i stosunków chrześcijańsko-żydowskich, które są najczęściej prezentowane przez Księdza na łamach »Gazety Wyborczej«. Jest to zapewne wynik otwartości i życzliwości ks. Czajkowskiego do każdego człowieka, co owocuje jednak tym, że czasami jego wypowiedzi umieszczane są w niezrozumiałych kontekstach”. 
Nikt nie jest wyłączony spod krytyki. Ale krytyka taka, jak z ust szefa KAI-u, to w przypadku ks. Czajkowskiego rzadkość. Częściej może on usłyszeć albo przeczytać takie opinie, jak na przykład prof. KUL Ryszarda Bendera: „Mnie już pytali przechodnie na ulicy, z jakiej diecezji jest ten ks. Czajkowski, kto jest jego biskupem, czy jeszcze go nie suspendował, a jeśli nie, to dlaczego. (...) Wielu katolików sądzi, że to, co mówi ks. Prof. Czajkowski, jest dezercją z pozycji katolickich. (...) Szczególnie przykro, że czyni to – sądząc z nazwiska – Polak”. 
Niewątpliwie, kto podejmuje się dialogu chrześcijańsko-żydowskiego, ten nie ma łatwego życia. Na pewno nie może na to liczyć ks. Czajkowski, obok Krajewskiego współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Czy jest w ogóle możliwe, aby w Polsce pracować na rzecz tego dialogu i jednocześnie nie być obiektem pomówień?


OTWORZYĆ SKARBIEC 
Do dziś pamięta, jak w czasie Soboru bp Kominek pokazał mu książkę „Spisek przeciwko Kościołowi”, w której sugerowano, że Ojcowie Soborowi spełniają polecenia masonerii. Tymczasem „Sobór był dla mnie jako kapłana i chrześcijanina przełomem” – mówi ks. Czajkowski. 
Sobór, a później teksty i gesty Jana Pawła II – to klucz do zrozumienia jego działalności. 
Czy zatem przyswojenie nauki Soboru jest niedostateczne? – Tak – uważa ksiądz. – To z jednej strony źle świadczy o nas, z drugiej dobrze o Soborze. Przesłanie Vaticanum Secundum to tak wielkie bogactwo, że ciągle odkrywamy nowe treści, które coraz pełniej trzeba realizować”. Ale to nie znaczy, że wciąż mamy Kościół przedsobrowy, „choć są i tacy, którzy tkwią jeszcze w okresie Soboru Trydenckiego. Jednak Kościół jako całość, również w polsce, jest zdecydowanie inny niż przed Soborem”. 
Po studiach w Rzymie i Jerozolimie ks. Czajkowski wraca do Polski. Tutaj reformy soborowe wdrażane są wolniej niż na Zachodzie. To świadome opóźnienie tłumaczono sytuacją polityczną. Ks. Czajkowski wspomina: „Uważałem wtedy, że Kościół odnowiony w duchu soborowym będzie tym mocniejszy wobec przeciwnika. Dziś niektórzy twierdzą, że hamowanie tempa zmian pozwoliło uniknąć nam niektórych nadużyć Kościołów Zachodu. Zgoda, ale w pierwszych latach po powrocie do kraju bardzo bolałem, że skarbiec Soboru otwierano tak powoli. Szkoda tej generacji, szkoda każdej Mszy św. odprawionej według rytu przedsoborowego”.
We Wrocławiu organizuje Wspólnotę św. Marcina, pionierski ośrodek nowej liturgii. Jest jednak lojalny wobec zaleceń biskupa Kominka, np. w czasie Mszy na głos odmawia długi, łaciński kanon. 
Raz łamie biskupie zarządzenie: „Na Wielkanoc miałem chrzest 22-letniego milicjanta, byli jego koledzy z milicji i z domu dziecka, w którym się wychowywał. I teraz tych chłopców, którzy nie chodzą do Kościoła, mam męczyć łaciną? Zdecydowałem się, przewróciłem kartki i odmówiłem kanon po polsku. Wytłumaczyłem to potem biskupowi, nie miał zastrzeżeń”. 
Do kurii trafiają jednak donosy: że ks. Czajkowski udzielił Komunii dziecku (chodziło o tego milicjanta), że we Wspólnocie panoszy się laikat. „Zależało mi na tym, by świeccy poczuli się Kościołem” – tłumaczy.


JEDEN SKOWRONEK...
Trudno zliczyć anonimowe donosy czy publiczne ataki na ks. Czajkowskiego. Bo i podejmował się on rozbrajania wielu „min” w społeczeństwie i Kościele: reforma liturgii, wzmocnienie roli laikatu, dialog z protestantami i prawosławnymi, praca duszpasterska z homoseksualistami, kontakty z niewierzącymi, a w końcu relacje polsko- i katolicko-żydowskie. 
Jednak nawet krytycy księdza nie zarzucają mu, że przekracza granice wykładni Kościoła. Bo też jest pedantycznie wierny nauce Soboru i Papieża. „Ks. Czajkowski nie jest rewolucjonistą pokroju Künga. Trudno podać mi inną osobę, która tak trafnie i głęboko odczytuje myśl Jana Pawła II” – mówi Karol Karski. 
Oskarża się go za to o „liberalizm”, a zwłaszcza „radykalizm”. „Jest na tyle radykalny, na ile radykalna jest Ewangelia” – mówi Ewa Jóźwiak, była studentka Akademii Teologii Katolickiej, dziś pracownik Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. 
Ks. Grzegorz Ignatowski, autor książki „Kościół i Synagoga” uważa, że „ks. Czajkowski radykalnie przejął się Kościołem, Ludem Bożym, który jest podzielony. Jeśli kocha się Ewangelię, to nie można być dyplomatą, ale to, w co się wierzy, należy wyrażać szczerze i otwarcie”. Ks. Ignatowski wspomina takie wydarzenie: „Kilkanaście lat temu byłem z ks. Czajkowskim na spotkaniu ekumenicznym, na którym wszyscy chwalili ks. Alfonsa Skowronka. Wtedy ks. Michał, świadomy słabości ruchu ekumenicznego w Polsce, wstał i powiedział: »Jeden skowronek wiosny nie czyni«. Po prostu nigdy nie bał się wyrażać swego zdania”.
Czy ks. Czajkowski jest radykałem? Ksiądz: „Z natury jestem dworakiem, wręcz pochlebcą. Ze wszystkimi chciałem mieć przynajmniej poprawne stosunki. Pierwsze nieporozumienia czy krytyki strasznie mnie bolały. Ale przejęcie się Soborem spowodowało, że nie stałem się zwykłym karierowiczem”. Jak to się dzieje, że podobne słowa w ustach Papieża nie budzą kontrowersji, a powtarzane przez ks. Czajkowskiego prowokują gwałtowne ataki? „To chyba misterium grzechu pierworodnego”.


„FASCYNACJA INNYMI”
Ks. Czajkowski: „Bóg uwolnił mnie od uprzedzeń, choć rodzina mnie do tego nie predestynowała: była przedsoborowa, tradycyjna, bez Pisma św., z pewnymi uprzedzeniami antyżydowskimi, jeśli chodzi o ojca. Zawsze fascynowała mnie obcość, protestanci, prawosławni, zwłaszcza że mieszkałem w kraju, gdzie ci odmienni byli tak nieliczni. Ta fascynacja obcością nie naruszała mojej katolickiej tożsamości, integralności mojej wiary, lecz ją wzbogacała”. 
Tak rodziły się pierwsze przyjaźnie z protestantami. Dziś ks. Czajkowski jest kierownikiem Katedry Teologii Ekumenicznej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i sam przyznaje, że funkcję tę otrzymał z racji praktyki, a nie wiedzy teoretycznej. 
Cezary Gawryś, do niedawna redaktor naczelny miesięcznika „Więź”, był studentem ks. Czajkowskiego: „Jest zaangażowanym nauczycielem akademickim. Odważny w głoszeniu niepopularnych sądów, nie unika dyskusji z inaczej myślącymi studentami. Jako egzaminator jest wyrozumiały, nie stresuje. Dostałem u niego piątkę, to najlepszy dowód”. 
Ks. Andrzej Luter, wykładowca łowickiego Seminarium Duchownego uważa, że Czajkowski jest „chorobliwie” odpowiedzialny: „Byłem świadkiem takiej sytuacji: ks. Michał miał 38 stopni gorączki, a wcześniej obiecał, że przyjedzie na wykład. Mimo próśb przyjaciół pojechał, co skończyło się długotrwałym leczeniem”. 
Ks. Czajkowski uczestniczy w ekumenicznym przekładzie Biblii. Inicjatorem przedsięwzięcia, które ma charakter prywatny, jest dziennikarz Jan Turnau. „Wkład ks. Michała i dwóch pozostałych biblistów – Mieczysława Kwietnia z Kościoła Zielonoświątkowego i prawosławnego arcybiskupa Jeremiasza – w ekumeniczny przekład jest ogromny” – wyjaśnia Turnau. – Odważne jest tłumaczenie Ewangelii św. Marka, za sprawą ks. Czajkowskiego, co przejawia się we współczesnym języku”. 
Także ks. Czajkowski był współarchitektem deklaracji o wzajemnym uznaniu Chrztu, podpisanej w styczniu 2000 r. przez Kościół rzymskokatolicki i sześć Kościołów zrzeszonych w Polskiej Radzie Ekumenicznej.
Jeszcze większą obcość niż w kontaktach z chrześcijanami innych wyznań polski katolik musi odczuwać wobec judaizmu. Może dlatego pojednaniem z narodem „pierwszego wybrania” ks. Czajkowski zajął się późno, dopiero w latach 80. „Wcześniej uprzedzenia względem Żydów, choć ich nie żywiłem, przyjmowałem jako coś naturalnego – mówi. – Nie zastanawiałem się, czy mordy rytualne to rzecz autentyczna. U schyłku PRL, gdy zelżała cenzura, na powierzchnię wypłynęły przedwojenne brudy antysemickie i to zaczęło mnie oburzać”. 
W 1986 r. w czasie dni duszpasterskich na ówczesnej Akademii Teologii Katolickiej uroczystą Mszę w dzień narodzenia NMP celebrował prymas Józef Glemp, a homilię wygłaszał ks. Czajkowski. Potępił w niej – Ewangelia tego dnia podawała genealogię Chrystusa – wybryki antyżydowskie. Tekst przedrukował „Przegląd Katolicki”. Redakcja otrzymała wiele listów antysemickich. „Byłem zaskoczony erupcją głupoty i nienawiści. Starałem się odpisać na wszystkie listy, ale niektóre adresy były fałszywe. Wtedy zaangażowałem się w pojednanie z judaizmem” – mówi. 


KAPELAN I PUBLICYSTA
Nazwisko ks. Czajkowskiego figuruje w stopce miesięcznika „Więź”. „Czas po stanie wojennym – opowiada Gawryś – był szczególny. Funkcjonowało określenie »prasy kościelnej«, która ciesząc się aprobatą Kościoła, była lepiej traktowana przez cenzurę. Wówczas zrodził się pomysł asystenta kościelnego i wybór padł na ks. Czajkowskiego”. Dlaczego? Ksiądz był już znanym publicystą soborowym, a że „Więź” podkreślała wagę nauczania Soboru (otwartość Kościoła na świat, dialog z innymi religiami), osoba ks. Czajkowskiego była redakcji bliska. Dlatego „Więź” zwróciła się do Prymasa, jako metropolity warszawskiego, a on się zgodził. 
Potocznie sądzi się, że rola asystenta kościelnego polega na cenzurowaniu. Ks. Czajkowski nie występuje w takiej roli. Jest kapelanem i duszpasterzem redakcji. Ksiądz w redakcji – pisma tworzonego przez świeckich – budził na początku konsternację. Tym bardziej, że ks. Czajkowski wprowadził modlitwy przed wspólnymi spotkaniami czy redakcyjne Msze. W „Więzi” panowała niepisana zasada, że każdy ma prawo do intymności i nie musi publicznie potwierdzać swojej religijności. Jednak nowa rola księdza została zaakceptowana.
Ale ks. Czajkowski zaczął funkcjonować w „Więzi” nie tylko jako kapelan, także jako publicysta. W tej roli, mówi Gawryś, „ma trochę »niewyparzony« język. Jest czasami bardzo radykalny w wyrażaniu poglądów. A już zdecydowanie w tych kwestiach, gdzie jest przeświadczony, że działa w słusznej sprawie. Zdarzało się więc, że to my, redaktorzy, redagowaliśmy teksty księdza”. 
Być może wiąże się to z brakiem dyplomacji, która w Kościele wciąż uważana jest za cenną cnotę. A może chodzi o coś innego: ks. Czajkowski, jak przyznaje Stanisław Krajewski, zawsze mówi to samo i tak samo, niezależnie od okoliczności i osób, które go słuchają. 
Ale jednocześnie zawsze – jak podkreśla bp Tadeusz Pieronek – „wierny jest nauczaniu Kościoła. Wielokrotnie to udowodnił i przejawem szaleństwa byłoby to kwestionować. A swoją działalnością, przede wszystkim jeśli idzie o dialog chrześcijańsko-żydowski i ekumenizm, kroczy śladami Jana Pawła II”.


ŚWIECKI, MÓJ BRAT
Kiedy mówi się o księdzu Czajkowskim, zbyt często zapomina się o kapłaństwie. Łatwiej powtarzać kalki: „Czajkowski? A to ten od Żydów”. 
„Dla mnie – mówi Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny „Więzi” – Ksiądz Michał jest przede wszystkim kapłanem. To najgłębszy pokład jego tożsamości. Widać to, kiedy celebruje Mszę św.: czyni to tak, jakby robił to pierwszy raz”. 
Ks. Czajkowski przyznaje, że „urodził się księdzem”. W rodzinie Czajkowskich – ksiądz ma jedenaścioro rodzeństwa – opowiada się legendę, jak to proboszcz w czasie kolędy zawyrokował, iż „ten mały będzie księdzem”. Dziś ksiądz wspomina: „Wziąłem tę opowieść do tego stopnia serio, że gdy w szóstej klasie pani zadała wypracowanie »Kim chcę być i dlaczego?«, napisałem, że będę misjonarzem. Koledzy nazywali mnie potem »Proboszcz«. I rzeczywiście, nie przypominam sobie, nawet z późniejszych lat, dramaturgii wyboru czy rozterek”. 
Chociaż jest więc „urodzonym” księdzem, mówi o klerykalizacji polskiego Kościoła. Bierze się ona stąd, że – podkreśla – godność religijna, którą otrzymuje się przez święcenia, mylona jest z jej zewnętrznymi atrybutami. Tymczasem autorytet nie musi być związany z zewnętrznymi oznakami czy stanowiskiem. 
Swoje kapłaństwo ks. Czajkowski odczytuje w świetle soborowego dekretu „Presbyterorum ordinis” o życiu i posłudze kapłanów, gdzie kluczowym słowem jest „braterstwo”. Chodzi o to, aby kapłan był bratem ochrzczonego. Ale taka postawa niesie niebezpieczeństwa. Ks. Czajkowski uważa, że wielu młodych księży myli bycie bratem z byciem kumplem, gdy tak ważne jest umiejętne (nawet w stosunkach przyjacielskich) zachowanie kapłańskiej specyfiki i tajemnicy. 
Jest cenionym spowiednikiem: „Wielu powróciło dzięki niemu do Kościoła” – mówi ks. Luter. Otrzymuje wiele próśb o prowadzenie rekolekcji. Czasem jedzie też na drugi koniec Polski, by wyspowiadać potrzebującego. Zaufaniem darzą go ludzie z „pogranicza Kościoła”. 
Ks. Czajkowski: „Nie mogę w takich sytuacjach odmawiać. Jeśli ktoś potrzebuje rozmowy, wszystko trzeba rzucić. Takie spotkanie nie musi się nawet kończyć rozgrzeszeniem, liczy się kontakt. Rozmowy, w pewnym sensie duszpasterskie, przeprowadzam nawet z Żydami. Po to wstąpiłem do seminarium, aby pomagać ludziom”.

Jarosław Makowski, Marek Zając




 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl