Komentarze

 


Witold Tarczyński Na własną nieodpowiedzialność

Andrzej Łukowski Gra w ciepło-zimno

Józefa Hennelowa Ciszej nad Jedwabnem

Krzysztof Burnetko Instrumenty dla policji

 


 

 




  
Na własną nieodpowiedzialność

Z eksperckiego punktu widzenia minister Jacek Saryusz-Wolski ma rację: przystąpienie Polski do Unii Europejskiej w 2003 roku jest nierealne. Ale słowa te Saryusz-Wolski powiedział publicznie, wbrew temu co konsekwentnie głosi premier i jego rząd, nie jako niegdysiejszy ekspert od integracji, tylko jako obecny minister w polskim rządzie. Dlatego przejęzyczenie (?) szefa doradców premiera, Teresy Kamińskiej, która stwierdziła w radiowej Jedynce, że Saryusz-Wolski złożył deklarację „na własną nieodpowiedzialność” jest najwłaściwszym komentarzem do sprawy.

Pewnie, że data członkostwa nie jest najważniejszą kwestią dla integracji z Unią. Przecież 2003 roku nie da się ani matematycznie wyliczyć, ani wynegocjować, a nie ma nic gorszego w polityce zagranicznej, niż konstruowanie strategii w oparciu o fikcję. Podobnie było z nierealistycznym planem zamknięcia negocjacji w 11 dziedzinach. Jeżeli jednak rząd uparcie przy takiej dacie trwa – a trwa, jak się okazuje – to minister rządu powinien się tego trzymać. Jeżeli natomiast się z tym nie zgadza i postanowił o tym publicznie powiedzieć, to wystąpienie takie ma sens jedynie jako uzasadnienie decyzji o podaniu się do dymisji.

Oczywiście – jak zasadnie zauważył przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi – nie jest to problem Brukseli, lecz Warszawy. I to nie tylko w dziedzinie integracji z Unią. Chodzi o zdolność rządu do mówienia w imieniu Polski jednym głosem. Tymczasem tajemnicą poliszynela jest niezdolność Saryusz-Wolskiego do współpracy z dwoma kluczowymi dla integracji ministrami – Bartoszewskim i Kułakowskim – oraz jego niechęć do koordynowania czegokolwiek z kimkolwiek. To paradoks, bo stoi on na czele Urzędu, którego zadaniem jest koordynacja polityki integracyjnej. Jest to znacznie ważniejsze niż kwestia daty i nad tym premier powinien się zastanowić, bo bez współpracy i koordynacji nie będzie sukcesów w negocjacjach z Unią.
Witold Tarczyński

 

 

 

 

 

 

 

Gra w ciepło-zimno

Premier Rosji Michaił Kasjanow jest nazywany premierem „technicznym”. Wynika to z nowej konfiguracji szczytów władzy w Moskwie: od polityki jest prezydent i jego ekipa, rząd natomiast ma rozwiązywać problemy gospodarcze. A konkretnie „załatwiać” pieniądze, które zasilą budżet. Stąd zestaw obowiązkowy podczas wizyty Kasjanowa w Warszawie w ubiegłym tygodniu: trasa gazociągu, eksport-import, inwestycje, bariery antydumpingowe dla rosyjskiej stali, wizy. Michaił Kasjanow (niespodziewanie) został w Warszawie kilka godzin dłużej zapewne dlatego, że Kreml wydał dyspozycję uzyskania od strony polskiej konkretnych decyzji w sprawie zasadniczej: budowy „brakującego ogniwa” gazociągu, którym błękitne paliwo popłynęłoby z Rosji do Europy Zachodniej. W przeciwną stronę miałby popłynąć strumień pieniędzy. Stąd rosyjskie zainteresowanie poprawą klimatu na linii Moskwa-Warszawa. Trasa przez Polskę jest z wielu względów najdogodniejsza (rosyjscy gazownicy pożegnali się już chyba z ideą pociągnięcia rurociągu przez Bałtyk i przestali nią straszyć Polaków). Decyzji jednak nie podjęto, premierzy nie podpisali żadnego porozumienia. Gość był wyraźnie zawiedziony, że polski rząd nie chce wyjść naprzeciw potrzebom rosyjskiego budżetu, ani poprawić chwiejnej pozycji samego Kasjanowa, zagrożonego dymisją.

Rosyjskie propozycje są ważne i warte rozpatrzenia. I decyzje trzeba podjąć. W interesie Polski. Stosunki polsko-rosyjskie to jednak nie tylko rurociągi, światłowody i inne „kwestie techniczne”, to także sfera polityki. Choćby rosyjskiej reakcji – nadal alergicznej – na miejsce Polski w strukturach bezpieczeństwa, postrzeganych przez Moskwę jako wrogie. Poparcie Polski dla planów amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej (NMD) zostało przez część rosyjskich mediów – w tym tubę propagandową Kremla – uznane za przejaw „służalczej pozycji Polaków wobec Stanów Zjednoczonych”. Rosja niechętnie też przygląda się procesowi integracji Polski z Unią Europejską. Oficjalnie deklaruje akceptację, bo tego wymaga „poprawność polityczna”. Natomiast powolna Kremlowi prasa już zaczęła intensywnie przekonywać rosyjską opinię publiczną o tym, jak akces Warszawy do Unii niekorzystnie odbije się na stosunkach z Rosją.

„Techniczny” Kasjanow nie rozmawiał o wielkiej polityce. Ale będzie chciał o niej rozmawiać prezydent Putin, kiedy w końcu zdecyduje się przyjechać do Warszawy. Terminu nie ustalono, nadal zatem nie wiadomo, czy w najbliższym czasie jest jakaś szansa na rzeczywiste ocieplenie klimatu.
Andrzej Łukowski

 

 

 

 

 

 


Ciszej nad Jedwabnem

Od kilku dni trwa ekshumacja mogił w Jedwabnem. Dobrej woli strony żydowskiej zawdzięczamy, że decyzja prokuratora IPN, potwierdzona przez wojewodę podlaskiego i ministra sprawiedliwości, została przyjęta do wiadomości i ustąpiono z domagania się, aby uszanować religijny nakaz judaizmu pozostawiania w spokoju szczątków zmarłych. Bo tyle tylko uzyskano – minister Kaczyński przyznał otwarcie: „nie uzyskałem zgody, ale w Polsce obowiązuje polskie prawo”. By takiemu rozstrzygnięciu dodać waloru, akcentuje się teraz potrzebę „dotarcia do pełnej prawdy historycznej”, a nawet „dobro śledztwa”. Jest jednak jasne, że najsilniejszym motywem była od początku weryfikacja liczby ofiar, od momentu ukazania się książki Grossa kwestionowanej gwałtownie przez przeciwników „przepraszania za Jedwabne”. Dodajmy, że wcześniej nikt nie zgłaszał zastrzeżeń do tej samej liczby utrwalonej na pomniku, bo wtedy jako mordercy wskazywani byli jedynie okupanci. Otóż można mieć wątpliwości, czy ekshumacja wniesie cokolwiek dla dobra śledztwa, bo wciąż nie wiadomo, czy ktokolwiek mógłby być jeszcze oskarżony (raz skazani po wojnie nie mogą przecież odpowiadać po raz drugi). Trudno być też pewnym, że otwarte i przeszukiwane mogiły wniosą coś istotnego do „prawdy historycznej”, np. dla wyjaśnienia roli okupanta. Na pewno za to będzie to droga do próby policzenia ofiar, co jest pracą straszliwą i długotrwałą. Na pytanie, czy ta praca warta jest rezultatów, odpowiedź zdecydowanie twierdząca pada tylko ze strony tych, dla których właśnie liczba jest najważniejsza. Tak, jakby ewentualna mniejsza liczba ofiar mogła w czymkolwiek zmienić nasze poczucie winy za tych, którzy tego dokonali. I to właśnie w podjętym działaniu jest jego stroną najciemniejszą i najtrudniejszą do usprawiedliwienia.

Dobrze, że dzieje się to z dala od wścibskich oczu i kamer, że utrudniono dostęp do rozkopywanego cmentarza i zasłonięto go przed mediami, gotowymi każdą uzyskaną wiadomość natychmiast przemielić na sensacyjny żer. Dobrze, że nad wydobywanymi szczątkami zamęczonych stoi paru ludzi, dla których ważna jest teraz tylko pamięć o ostatnich chwilach ginących. Dzięki takim jak rabin Schudrich, takim jak modlący się w warszawskim kościele Wszystkich Świętych razem z polskim episkopatem prezes IPN, może ciszej będzie odtąd nad mogiłami Jedwabnego. Właśnie teraz.
Józefa Hennelowa

 

 

 

 

 

 

 

Instrumenty dla policji

Temperatura dyskusji wokół przyznaniu policji kolejnych uprawnień operacyjnych nie dziwi. Z jednej strony niskie jest społeczne poczucie bezpieczeństwa – co sprzyja przekonaniu, że jeśli wyposaży się funkcjonariuszy w nowe kompetencje, to walka z przestępcami stanie się wreszcie skuteczniejsza. Z drugiej niektórzy pamiętają jeszcze, jak za PRL milicja łamała podstawowe prawa obywateli, korzystając właśnie z podsłuchów, podglądów, szantaży itd. Pojawiają się też inne argumenty: choćby ten, że zmiany są tylko usankcjonowaniem metod od dawna przez policję stosowanych, albo że wystarczyłoby wykorzystać już istniejące uprawnienia – te bowiem są dostateczne, a problem stanowią tylko nawyki samych policjantów i pieniądze (na etaty, sprzęt, szkolenia). Naturalnie sceptycy podnieśli też tezę, że debata jest jedynie przedwyborczą grą – obu skądinąd stron.

Tak czy tak ważne jest jedno: że niezależnie od oceny poszczególnych rozwiązań nowelizacji (choćby możliwości gromadzenia danych o pochodzeniu rasowym, wyznaniu, poglądach, orientacji seksualnej) standardem staje się powoli pogląd, że stosowanie metod operacyjnych musi odbywać się – w interesie tak obywateli, jak państwa i samej policji – pod nadzorem sądu (lub co najmniej prokuratora). Niedawno jeszcze policja gardłowała, że procedura uzyskiwania zgody niezależnego sędziego jest nieporozumieniem, które spowolni, jeśli nie sparaliżuje jej akcje i walkę z kryminalistami. Wtórowali temu niektórzy politycy, głoszący, że postulat sądowej kontroli wynika z nadwrażliwości liberalnych obrońców praw człowieka. Teraz chyba przynajmniej niektórzy zrozumieli, że bez zaakceptowania tego mechanizmu nie przeforsują swoich koncepcji.
Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 




 

 



 

 

 

 

 

Nr 22, 3 czerwca 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl