Politycy z osobowością

MARCIN KRÓL

 

Lubiane przez prasę i inne media badania popularności polityków lub też szacunku, jakim się cieszą, stanowią naturalnie niezłą rozrywkę, ale w demokracji nie powinny mieć żadnego znaczenia. Już Monteskiusz pisał, że wtedy, kiedy rządzi prawo, osoby polityków nie powinny być ważne, a w szczególności znaczenia nie powinien mieć ich charakter, psychika, osobowość i wygląd zewnętrzny. Chodziło wówczas jeszcze o czasy przed-demokratyczne i o to, żeby monarcha (konstytucyjny) nie mógł wywierać wpływu wbrew prawu, a zgodnie ze swoim charakterem. Chodziło także o to, że rządy prawa mają charakter anonimowy i w istocie obojętne jest, kto je sprawuje, aby sprawował je zgodnie z literą i duchem prawa. 
Stopniowo w trakcie rozwoju demokracji zbliżamy się do tego wzoru. To właśnie dlatego politykami we wszystkich demokracjach coraz częściej zostają ludzie drugiej kategorii i to właśnie dlatego zanikają wielkie postacie, takie jak choćby generał de Gaulle. Politycy wielkiego formatu teoretycznie są dla demokracji raczej, niebezpieczni niż korzystni. Reguły (w tym prawo), jakie obowiązują w demokracji, powinny całkowicie wystarczać do rządzenia, a zadaniem polityków (a zwłaszcza władzy wykonawczej) jest stosować się do nich i właśnie wykonywać. Tak jest na pewno w sytuacji pokoju, a skoro zagrożenie wojenne dla demokracji jest stosunkowo niewielkie (przecież demokracje nie prowadzą między sobą wojen), to tylko te kraje, które są w stanie wojny, muszą mieć wybitne polityczne przywództwo. 
A jednak społeczeństwa odruchowo oczekują od swoich polityków, że będą kimś. Nie jest to zresztą takie proste. Wybierani są w wyborach powszechnych raczej politycy bez silnej osobowości, tacy, którzy ani się specjalnie odznaczyli, ani się nie odznaczyli, a potem jednak oczekuje się od nich, że będą mieli cechy szczególne, zaś mass media z upodobaniem wyłapują zarówno wszystkie ich ludzkie cechy, jak banalne nawet potknięcia. Chcemy zatem, żeby politycy nie wznosili się ponad przeciętną, a z drugiej strony chcemy, żeby mieli autorytet i czymś się wyróżniali. Dlatego ostatnio na tak wysokich miejscach znajduje się we wszystkich rankingach Lech Kaczyński – zaznaczam od razu, że też budzi moją sympatię, chociaż nie bezwarunkową.
Wszelako, co zabawne, popularność Kaczyńskiego ma bardzo niewiele wspólnego z regułami i zasadami prawnymi, jakie rządzą demokracją. Jest on zwolennikiem kary śmierci, ostrzejszych kar w ogólności i postawienia władzy sądowniczej ponad innymi władzami właściwymi demokracji. Publicyści tłumaczą jego popularność tym, że społeczeństwo ma już dość bezprawia i korupcji, ale nie wiem, czy nasze bezpieczeństwo ostatnio tak wyraźnie wzrosło, a korupcja zmalała. Są to choroby, które trzeba leczyć długo i zmieniając pewne zasady, a tego minister Kaczyński nie miał kiedy dokonać i chyba nie obrał właściwej drogi w tym kierunku. Popularność jego opiera się zatem na mocnych słowach raczej, niż na licznych dowodach wynikających z czynów. Nic w tym złego, tyle że widać od razu, jak taka popularność powstaje wbrew demokracji. 
Warto zdać sobie sprawę z tego przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi. Nie będą to wybory, w których jednostki podlegają testowi powszechnej aprobaty, a raczej partie polityczne, z natury organizacje nudne i pozbawione atrakcyjności. Jednak nie dajmy się wodzić tym, którzy będą wypowiadać twarde słowa i pamiętajmy, że nie są nam potrzebni ani prawdziwi mężczyźni, ani wybitni przywódcy, ani ludzie cieszący się popularnością, a tylko tacy politycy, którzy z pokorą zaakceptują fakt, że w Polsce jest prawo i istnieją tradycyjne reguły przyzwoitości, nawet jeżeli prawo jest niedoskonałe, a reguły przyzwoitości były w ostatniej dekadzie bardzo często przekraczane. Nawet najbardziej inteligentni politycy zachowujący się publicznie w stylu Lecha Kaczyńskiego, nie zmienią polskiej biedy na bogactwo.

Marcin Król

 


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl