20 lat temu zmarł Prymas Wyszyński

Wtedy i dzisiaj

JÓZEFA HENNELOWA

 

Kiedy 13 maja 1981 po południu rozległy się strzały na Placu św. Piotra, Stefan kardynał Wyszyński, Prymas Polski, był już śmiertelnie chory. „...i ja, dotknięty obecnie najrozmaitszymi moimi dolegliwościami fizycznymi, muszę uważać je za skromne i małe w porównaniu z tym, co dotknęło Głowę Kościoła” – napisał nazajutrz do wiernych. Nie zaprzątał uwagi sobą. Jeszcze na sześć dni przed śmiercią, a już po przyjęciu sakramentu chorych, przewodniczył z łóżka posiedzeniu Rady Głównej Episkopatu Polski. Ale komunikat lekarski stwierdzał nieubłagany postęp choroby (rozległy nowotwór przewodu pokarmowego) i do lęku o życie i zdrowie Papieża przez kolejne dni dołączało się w całej Polsce uczucie nieodwracalnego osierocenia, które w dzień Wniebowstąpienia 28 maja stało się faktem. Polska, znajdująca się od niespełna roku na głębokim zakręcie przemian o niewyobrażalnych perspektywach, utraciła swój największy autorytet moralny i społeczny, który trzymał ster jej życia duchowego od lat przeszło trzydziestu.
Kiedy dziś przegląda się ówczesne wypowiedzi po śmierci Prymasa Wyszyńskiego, ta świadomość niezmiernej straty uderza od razu. Nie sposób nie zastanawiać się, czy gdyby Prymas dłużej mógł przewodniczyć Kościołowi w Polsce i być wyrazicielem praw i oczekiwań społeczeństwa wobec systemu, rok 1981 i następne nie potoczyłyby się inaczej. Przecież po okresie nieprzytomnej nienawiści, zakończonej uwięzieniem Prymasa na trzy lata, a potem po bezskutecznych, choć tak zawziętych konwulsjach przywódców partyjnych, widzących w ateizacji społeczeństwa jeden ze swoich celów, pomału nawet wrogowie zaczęli zmieniać się w przeciwników, tak jakby wreszcie docierać do nich zaczęła niewzruszona powaga Prymasowskiego upominania się o prawa ludzkie i prawa Kościoła, upominania się, stanowiącego osnowę całego trzydziestolecia jego przewodzenia Kościołowi w Polsce. Przecież również dla całego społeczeństwa, nie tylko dla wiernych katolików, jego pasterzowanie było ustawicznym przypominaniem w kolejnych kazaniach, listach pasterskich, programach – żarliwej, głęboko spójnej wizji narodu służącego najwyższym celom, powołanego do szczególnych zadań, ale zobowiązanego do wielkiego trudu, nazywanego przez Prymasa po imieniu. Jeszcze zdążył doprowadzić do rejestracji ,,Solidarności” Rolników Indywidualnych. Jeszcze zdążył, w lutym 1981, powiedzieć przedstawicielom ,,Solidarności” Gdyńskiej: „Gdybyśmy zapomnieli o obowiązku: być lepszym od złego człowieka – to naśladowalibyśmy złego człowieka. (...) Nie o to idzie, aby zmieniła się jedna grupa ludzi na rzecz drugiej, ale o to, ażeby przyszli ludzie duchowo odmienieni. (...) Idzie o to, abyśmy walcząc o sprawiedliwość – jakże słusznie – nie dopuszczali się nowej niesprawiedliwości”. Kiedy dziś czyta się kazania Prymasa, poświęcone Wielkiej Nowennie Chrztu Polski, jego największemu programowi duszpasterskiemu, a potem Społecznej Krucjacie Miłości, następnemu po Millennium rozdziałowi pracy Kościoła w Polsce, uderza konkret wskazań tak praktycznych, że zdają się czasem aż nazbyt przyziemne. Ale to właśnie było takie pasterzowanie: wizyjne, jednoznaczne, niewzruszone w wierze, a przekładane na praktykę postępowania, która dopiero uwiarygadnia świadectwa. 
Bo właśnie i przede wszystkim świadectwa żądał Prymas Wyszyński od swoich wiernych. Od początku do samego końca.
Dwadzieścia lat temu osierocony Kościół polski całą nadzieję i oczekiwanie ulokował w posłanym do Watykanu Rodaku. Kiedy stało się pewne, że Bóg wyprowadzi Go cało z zamachu, nadzieja ta stała się najważniejszym wektorem naszych zachowań. Do tego stopnia, że po latach zaczęliśmy spostrzegać, iż najchętniej scedowalibyśmy na Papieża wszystko: nie tylko program dla nas w Polsce, nie tylko wnioski z wydarzeń, ale już niemal i odpowiedzialność za owoce. A przecież tak nie wolno. Rocznice takie jak ta, przypominające nam utratę jednego z największych Polaków i hierarchów, nie powinny być tylko łatwą okazją do powtarzania pięknych zdań z jego nauczania, najchętniej takich, które dobrze nam dziś pasują. Prymas Wyszyński każde swoje słowo potwierdzał świadectwem, o czym tak przejmująco mówi w swoim króciutkim testamencie. Godzi się więc przypomnieć w tę dwudziestą rocznicę śmierci, że jego duszpasterzowanie Polską to była wizja nierozerwalnie spleciona z zadaniami. Dla każdego z nas.

Józefa Hennelowa





 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl