Komentarze

 


Józefa Hennelowa Nadmiar

Krzysztof Burnetko Wszyscy są ubrudzeni

Wojciech Pięciak Gerhard szczęściarz

Tomasz Fiałkowski Niefortunny pomnik

 

 

 


 

 




  
Nadmiar

Prasa właśnie doniosła – akurat w przeddzień Międzynarodowych Targów Książki – że w magazynach spoczywa przeszło 60 milionów egzemplarzy nie sprzedanych książek. Ten fakt to jakby rewers innego: prężności ruchu wydawniczego w Polsce i jego lepszych perspektyw po przywróceniu mu zerowej stawki vat. Dlaczego nie potrzebujemy książki? Czy odbiorców nie znajdują tylko pozycje byle jakie i o byle czym, a zatem polityka wydawnicza winna być bardziej wymagająca? Czy te najlepsze z kolei książki są za drogie? Jeśli masowo znika w społeczeństwie potrzeba czytania, warto wiedzieć dlaczego i czy to odwracalne. A przede wszystkim chyba trzeba przyjrzeć się systemowi dystrybucji, czytelności oferty księgarskiej, polityce przeceny tytułów. Jakie są szanse znalezienia w sprzedaży pozycji wydanej np. przed rokiem? I wreszcie: jaka jest obecnie kondycja bibliotek i ich możliwości oferowania sensownej lektury ludziom, których nie stać na książkę własną?

Józefa Hennelowa

 

 

 

 

 

 

 

Wszyscy są ubrudzeni

Nie dość, że Państwowa Komisja Wyborcza odrzuciła sprawozdania finansowe wszystkich komitetów wyborczych kandydatów na prezydenta, to jeszcze stwierdziła, że naruszone zostały “niemal wszystkie” zapisy ordynacji. A to sztaby nie prowadziły dokumentacji księgowej, a to używały “lewych” kont, a to korzystały z funduszy firm z udziałem kapitału zagranicznego, a to wpłaty nadsyłane były przez “martwe dusze”, a to... itd.

Fakt, że prawo złamały komitety wszystkich pretendentów jest wynikiem tak pełnej luk ordynacji, jak dotychczasowej praktyki. Podczas poprzednich wyborów (i prezydenckich, i parlamentarnych) zdarzało się przecież, że niektóre komitety w ogóle nie przedstawiały raportów finansowych, a inne w oczywisty sposób lekceważyły zapisy ordynacji – i uchodziło im to zwykle na sucho.

Teraz prezydent zgłosił inicjatywę poprawienia ordynacji, a PKW nie wyklucza złożenia wniosków do prokuratury i do kolegiów ds. wykroczeń. Niektórzy kandydaci bądź członkowie sztabów bezpośrednio odpowiedzialni za zaniedbania i to bagatelizują (lub zapowiadają, że w imię specyficznie pojmowanej solidarności nie dadzą skrzywdzić tych partyjnych kolegów, którzy ewentualnie będą musieli zapłacić grzywny). Gdyby jednak tym razem udało się spełnić obie zapowiedzi, to może nie tylko w przyszłości uniknęlibyśmy tak masowych skandali wyborczych, ale i wygłaszanych bez zażenowania przez zainteresowanych polityków kpin z wyborczych reguł, PKW oraz głosujących obywateli.

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 


Gerhard szczęściarz

Kiedy prawie trzy lata temu obejmował schedę kanclerza Niemiec po Helmucie Kohlu, poruszał się po międzynarodowym parkiecie jak słoń w składzie porcelany: światu obwieszczał, że Niemcy to „dorosły kraj”, który odtąd będzie bronić „narodowych interesów” (jakby wcześniej nie bronił), Francuzów dotknął, odrzucając zaproszenie na obchody 80. rocznicy zakończenia

I wojny światowej, a na Unię Europejską patrzył jedynie przez pryzmat dużego wkładu finansowego Niemiec. Także w polityce wewnętrznej nie miał szczęścia: koalicyjni Zieloni chcieli z marszu realizować ideologiczne marzenia (o świecie bez atomu i samochodów oraz o idealnym społeczeństwie Multi-Kulti), część macierzystej socjaldemokracji kontestowała go, a gdy latem 1999 zaczął cięcia budżetowe, jego notowania spadły tak, że wydawało się, iż ledwo doczołga się do końca kadencji.

Dziś Gerhard Schröder ma wszelkie powody, aby rozgościć się na dłużej – i to na więcej niż jedną kadencję – w nowym urzędzie kanclerskim w Berlinie (połączenie amerykańskiej modern art z postmodernizmem oraz monumentalizmem ŕ la Leonid Breżniew; na usprawiedliwienie dodajmy, że projekt wybrał jego poprzednik). Wydaje się, że nic nie jest w stanie podważyć jego pozycji: Schröder ruszył zaległe reformy (podatków, zdrowia, emerytur), podporządkował sobie partię, stworzył własny system władzy i zneutralizował chadecką opozycję, która po aferach finansowych ani nie znalazła nowych postaci przywódczych, ani nie ma merytorycznej alternatywy. Jedyne, z czym kanclerz sobie nie radzi, to bezrobocie, ale socjaldemokraci są na najlepszej drodze do uzyskania tzw. strukturalnej przewagi w społeczeństwie. Schröder nie tylko nie obawia się utraty większości, ale ma spore pole manewru, odkąd opozycyjni liberałowie z FDP – do 1998 r. partner chadeków – postanowili, że ich opcje koalicyjne są otwarte. Mając w zapasie FDP (i postkomunistów, którzy też chcą w 2002 r. wejść do rządu), Schröder może trzymać w szachu niesfornych Zielonych.

Ostatnio kanclerz pokazuje też, kto kieruje polityką zagraniczną. Joschka Fischer, osłabiony aferą wokół swej rewolucyjnej biografii z lat 70., nie ma już nic do powiedzenia. Teraz to Schröder i tylko Schröder określa stanowisko Niemiec wobec amerykańskiego planu „tarczy antyrakietowej”, ogłasza „nowe partnerstwo” z Rosją i prezentuje wizję przekształcenia UE w europejskie super-państwo. O tym ostatnim projekcie Fischer dowiedział się podobno od dziennikarzy.

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 

 

 

Niefortunny pomnik

Z placu św. Marii Magdaleny, który powstał w XIX wieku po zburzeniu średniowiecznego kościoła, otwiera się jeden z najpiękniejszych widoków w Krakowie: monumentalna “rzymska” fasada św. Piotra i Pawła sąsiaduje z romańskimi wieżami św. Andrzeja. Teraz w tym niezwykłym kadrze turysta ujrzy jeszcze jeden element: odsłonięty właśnie pomnik księdza Piotra Skargi. Nie jest to zmiana na lepsze.

Nie neguję bynajmniej zasług autora “Kazań Sejmowych”. Wiem też, skąd wziął się pomysł uczczenia go akurat tutaj: szczątki znakomitego jezuity spoczywają w krypcie u św. Piotra i Pawła. Pomnik autorstwa Czesława Dźwigaja, z postacią na ciężkiej granitowej kolumnie, jest jednak anachroniczny w formie i po prostu niedobry, nawet jeśli podoba się miejskiemu architektowi. Powie ktoś: Mickiewicz na Rynku niewiele lepszy. Zgoda, ale na tamtą rzeźbę rozpisano przynajmniej w XIX wieku konkurs, któremu towarzyszyła burzliwa debata. O pomyśle postawienia monumentu Skargi na placu św. Marii Magdaleny opinia publiczna w ogóle nie wiedziała. Zdanie jednej komisji Rady Miejskiej to trochę za mało, gdy chodzi o urbanistyczny pejzaż takiej klasy. Kraków jest dobrem wspólnym i powinni o tym pamiętać wszyscy, niezależnie od uprawnień, jakie z tytułu własności czy sprawowanej funkcji im przysługują.

Przed dwudziestu laty, jeszcze za PRL-u, chciano “upiększyć” plac Szczepański pomnikiem Wyspiańskiego autorstwa Mariana Koniecznego. Udało się tego uniknąć: pomnik stanął, nieco wstydliwie schowany, na skwerze koło Muzeum Narodowego. Pomnik pana Dźwigaja też można było schować: dziedziniec dawnego Kolegium Jezuickiego (dziś uniwersyteckiego Collegium Broscianum) jest bardzo rozległy. Przede wszystkim zaś można było powierzyć jego wykonanie komu innemu, wcześniej zapytawszy szersze grono fachowców o zdanie.

Tomasz Fiałkowski

 

 

 

 

 

 




 

 



 

 

 

 

 

Nr 20, 20 maja 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

 

Rekolekcje Wielkopostne

 

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl