Votum separatum

Teraz trzeba poczekać

JÓZEFA HENNELOWA

 

Telewizja Puls otrzymała nareszcie prawo do emitowania reklam w takim samym wymiarze jak wszyscy inni nadawcy, ma więc podstawy bytu. Uzyska także niebawem, jak nam przyrzekają, nowe częstotliwości. I bardzo dobrze. Czas teraz na objęcie jej programów normalnymi ocenami, bez taryfy ulgowej.
Od kilku dni mogę je odbierać, przestroiwszy kablową. I od razu pierwsze zaskoczenie: nic się nie zgadza, gdy chodzi o ramówkę. „Rozkłady jazdy” w programach sobie, prawdziwy czas emisji sobie. Na próżno czekałam w ubiegłą niedzielę (6 maja) na program „Kościół żywy – komentarze”, rzekomo o 11.30. Po prostu go nie było (bez słowa wyjaśnienia zresztą). W żaden sposób również nie potrafiłam w sobotę trafić na jakiś wieczorny program przygotowujący do niedzieli, analogiczny choćby do „Słowa na niedzielę” w 2 programie telewizji publicznej. Może jest, tylko nieczytelnie się go anonsuje? Podobnie z czymkolwiek na dobranoc dla dzieci – niczego dotąd nie znalazłam (także w gęstych zapowiedziach, sygnalizujących albo politykę, albo seriale).
Trudno mi zrozumieć, dlaczego na niewątpliwie dobre programy trzeba czekać do późna: „Wydarzenia” o 22, rozmowy Krzysztofa Skowrońskiego o 22.30, a ojciec Pilśniak i jego penitenci jeszcze później. No to w czym Puls lepszy od jedynki i dwójki? Dziennikowy przegląd Rymanowskiego rzeczywiście doskonały, ale czy każdy odbiorca musi czekać na serwis informacyjny do takiej pory, kiedy trzeba zapędzać do łóżek choćby gimnazjalistów, też mogących skorzystać?
Przypadkowe otwarcie kanału Pulsu to (na razie przynajmniej) niemal gwarancja spotkania z którymś serialem – zawsze zresztą obcojęzycznym. Czyli z czymś, dla czego na pewno nie byłoby warto tworzyć całej ogromnej struktury nadawczej. Chyba że – i to moja na dziś największa wątpliwość i niepokój zarazem – główne przesłanie Pulsu i jego rację istnienia mają stanowić... „Gumitycy” i Waldemar Ogiński. A więc kukiełkowa szopka polityczna i wystylizowany na cwaniaka (koniecznie nie ogolonego, mówiącego głosem bywalca spod budki z piwem a nieraz i jego terminologią – wykluczywszy obscena) komentator, dziesięć razy w tygodniu – bo dwa razy tego samego dnia – obszernie omawiający to, co uzna za najważniejsze, albo zapraszający do rozmów, w których zresztą zadający pytania mówi dużo więcej niż jego goście. Tak wysłuchałam m.in. interwencji w sprawie połykających bilety tramwajowe automatów warszawskich i w sprawie produkcji fałszowanej wody mineralnej. Warte to doprawdy tak kosztownego czasu antenowego i gromadzenia na planie tłumnej widowni, punktującej oklaskami nieustanne dowcipy mistrza? Nawet ostra prawicowość rozmów z kolei politycznych nie rozprasza moich znaków zapytania. „Ogiński” w reklamach Pulsu zajmuje najwięcej miejsca, przedstawiany nie tylko w zbroi, ale i jako Stańczyk. A ja nie jestem pewna, czego tak naprawdę uczy swoich odbiorców.
Zgłaszam również bezradność w trafianiu na programy z zakresu kultury. Coś o książkach, jakiś teatr, jacyś plastycy, a może festiwal muzyczny? 
Onegdaj napisałam komentarz popierający żądanie rozszerzenia oglądalności Pulsu. Komentarz jednoznacznie aprobatywny, ufający deklaracjom jego twórców. Teraz, po słusznych decyzjach Krajowej Rady, usuwających sytuację dyskryminującą Puls, postanowiłam poczekać. Owszem, z przekonaniem, że twórcom pomału się uda. Ale i z niepokojem, czy swoje tak pięknie formułowane zamiary zawsze lokują w koncepcjach doprawdy przekonujących.

Józefa Hennelowa





 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl