Papież w Grecji, Syrii i na Malcie

Blaski i cienie

Ks. ADAM BONIECKI

  

„Powoli, podpierając się laską, Papież przekraczał próg prawosławnego arcybiskupstwa w Atenach, ale był to krok giganta” – napisał z właściwą Włochom emfazą korespondent „Avvenire”. Protesty przeciw wizycie, manifestacje, atmosfera podsycana przez media stworzyły znakomite tło do tego, co nastąpiło. „Jan Paweł II zaskoczył Greków swoją prośbą o przebaczenie”, „Nieomylny Papież prosi o przebaczenie” – pisały greckie dzienniki. Chociaż było wiadomo, że Grecy oczekują przeprosin, abp Christodoulos chyba do końca był nie całkiem spokojny. Czy mógł ufać rzymskiemu papieżowi, odwiecznemu wrogowi greckiej Cerkwi? Witając Papieża nie ukrywał, że „znaczna część wiernych prawosławnych” niechętnie się odnosi do wizyty, co może odbiegało do zasad kurtuazji, ale było zgodne z prawdą. Dlatego po słowach Papieża Christodoulos tak się rozpromienił i z entuzjazmem zaczął klaskać.
Papież wymieniając winy Rzymu wobec Greckiego Kościoła mówił wprost o złupieniu (1204 r.) przez krzyżowców Konstantynopola: „ci, co mieli otworzyć drogę do Ziemi Świętej, zwrócili się przeciwko własnym braciom” . Przypomnijmy: papież Innocenty III potępił czyn krzyżowców i obłożył ich ekskomuniką. Potem jednak zatwierdził obsadzonego przez tychże krzyżowców nowego patriarchę Konstantynopola – gdy ten uznał prymat Rzymu. To wspomnienie jest dla Greków trudniejsze niż podział Kościołów i wzajemne ekskomuniki (1054), które w roku 1965 Paweł VI i Patriarcha Athenagoras uroczyście odwołali. Do podniesionej przez arcybiskupa kwestii uniatyzmu Papież dyskretnie nawiązał, mówiąc o konieczności rewizji „dawnych modeli wspólnoty, które nie odpowiadają dążeniu do jedności, które w naszych czasach Duch Święty wzbudził w sercach chrześcijan”.
Że lody zostały przełamane, świadczyły dalsze wydarzenia. Mimo wcześniejszych zastrzeżeń („żadnych wspólnych modlitw”), tego samego dnia wieczorem, w nuncjaturze, prawosławni przyjęli propozycję Papieża, by wspólnie zmówić (po grecku) Pater noster. Teraz potrzebny jest czas i kontynuowanie tego, co po tysiącu lat się rozpoczęło.
Prasa była skłonna analogiczną wagę przywiązywać do odwiedzin Papieża w meczecie Omajadów w Damaszku. Nie było to pierwsze, mniej lub bardziej religijne spotkanie Papieża z islamem. W 1979 r. widziałem Jana Pawła II w Hagia Sofia, dawnej katedrze Konstantynopola, zamienionej przez Turków na meczet. W 1934 meczet stał się obiektem muzealnym, ma on jednak wymiar sakralny, bo Turcy prosili Papieża, by w jej wnętrzu powstrzymał się od publicznych religijnych gestów i modlitw. Słyszałem Ojca Świętego, wygłaszającego religijne przemówienie do kilkudziesięciu tysięcy młodych muzułmanów w Maroku (1985). Na stadionie w Casablance obok Papieża zasiadał król Hassan II, potomek Proroka w linii prostej. W Egipcie Jan Paweł II wygłaszał przemówienie w islamskim uniwersytecie. Teraz odwiedził czynny meczet, ale meczet wyjątkowy, bo dostępny dla kobiet i niewiernych. Były przemówienia, wspólnej modlitwy nie było, ale Papież mógł się spokojnie pomodlić. Czy jednak było to wydarzenie przełomowe?
Najtrudniejsza z papieskich podróży? Ustalenie skali jest tu niezmiernie trudne. Najtrudniejsze wydają się te, gdzie Papież natrafia na społeczną obojętność.
Grecja, Syria, Malta – wszędzie Papież mógł znaleźć punkty zaczepienia, elementy łączące go z tymi, do których przybywał, przede wszystkim zaangażowaną wiarę w Boga. Syria zastawiła nań swego rodzaju polityczną pułapkę, wykorzystując wizytę w konflikcie z Izraelem. Papież był w sytuacji bez wyjścia: nie mógł przecież polemizować z witającym go prezydentem Baszar Al-Assadem. A co Papież myślał o wielkim nieobecnym w Syrii? Kardynał Nasrallah Boutros Sfeir, maronicki patriarcha Libanu, nie przybył na znak protestu wobec Syrii. Przypomnijmy, że Damaszek nie wyraził najmniejszego nawet zamiaru zrewidowania polityki wobec Libanu, którego rząd kontroluje, utrzymując w Libanie wojska: 35 tysięcy syryjskich żołnierzy.
Żeby zrozumieć, na co się porywa Jan Paweł II, trzeba widzieć blaski i cienie tej podróży. Papież nie porusza się jak rakieta odrzutowa. Wsparty na lasce, wolnym krokiem idzie przez świat i uzdrawia to, co w ludzkiej świadomości jest chore. Uparcie przekonuje, że pokój i braterstwo są możliwe. Spektakularne wydarzenia – jak w Grecji – się zdarzają, ale one są tylko cząstką większej całości, wielkiej jak ten pontyfikat, naznaczony od początku do dziś żelazną konsekwencją wiary, konsekwencją nadziei i miłości.

Ks. Adam Boniecki

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl