„Dwuznaczny uśmiech księdza Bonieckiego”

Ks. ADAM BONIECKI

 

„Historyk, wybitny znawca współczesnej historii Kościoła w Polsce” – tak In-
stytut Wydawniczy Pax prezentuje Petera Rainę, autora publikacji „Arcybiskup Dąbrowski – rozmowy watykańskie”1.
Ponieważ w książce nie przedstawiono jej bohatera – arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego – przypomnę tutaj przynajmniej kilka informacji biograficznych. Urodzony w 1917 roku w Grodźcu k. Konina, w 1935 roku wstąpił do Zgromadzenia Orionistów, studiował filozofię w Cortonie we Włoszech, wrócił do Polski w roku 1939 i po dramatycznych przeżyciach wojennych kontynuował studia. Święcenia kapłańskie przyjął w roku 1945. Swoją odwagą zwrócił na siebie uwagę kardynała Wyszyńskiego, który zabrał go od pracy pedagogicznej do Sekretariatu Episkopatu. Już w 1950 roku, jako dyrektor Wydziału Spraw Zakonnych, cieszył się ogromnym zaufaniem Prymasa, który upoważnił go do prowadzenia rozmów z władzami państwowymi. Biskupem został w roku 1962, a w lutym 1969 – sekretarzem Episkopatu Polski. Stanowisko to piastował do przejścia na emeryturę w 1993. Zmarł 25 grudnia 1997 roku.
Książka Petera Rainy to przede wszystkim osobiste zapiski arcybiskupa z lat 1971–1989. Tego rodzaju notatki prowadzą zwykle ludzie zajmujący się sprawami publicznymi (tylko nuncjuszom nie pozwala na to watykański regulamin). Relacje z rozmów, informacje o czynnościach, spotkaniach, a nawet, sporadycznie, o pogodzie – odnoszą się do kontaktów arcybiskupa ze Stolicą Apostolską i (czasem) z władzami PRL. Peter Raina otrzymał je – jak informuje – od abpa Dąbrowskiego jeszcze za jego życia, „z prośbą o opublikowanie ich z biegiem czasu”. Wolno przypuszczać, że arcybiskup wiedząc, że w pewnym sensie „tworzy historię”, chciał, by jego doświadczenia posłużyły wiedzy przyszłych pokoleń. Czy zapiski zostały opublikowane w całości, czy wyselekcjonowane? Nie wiemy. Raina nie podaje zasad metodologicznych, którymi się kierował. Dlaczego niektóre nazwiska opatrzył wyjaśnieniem w przypisie (kto jaką pełni funkcję), inne pozostawił domyślności czytelnika? Nie wiemy. „Wybitny znawca historii” z pewnością nie jest znawcą języka włoskiego. Arcybiskup lubił do notatek wtrącać włoskie słowa i czytelnikowi prawdziwą przyjemność sprawia rzadko napotykany włoski wtręt napisany poprawnie, bez śmiesznych błędów wynikających z trudności odczytania rękopisu.
Jedna piąta książki to autorskie opracowanie Rainy, który w 15 paragrafach stara się syntetycznie przedstawić przebieg wydarzeń, opierając się w znacznej mierze na zawartych w tej książce, posiadanych przez siebie i opublikowanych gdzie indziej dokumentach. Panoramiczny obraz całości ma ułatwić lekturę czynionych ad hoc zapisków arcybiskupa, które wypełniają resztę tomu.
Zapiski, czasem bardzo podniosłe, w tonacji oficjalnej, z tytułami kościelnymi rozmówców, miejscami są prostsze, rozbrajająco szczere i spontaniczne. Obracają się wokół trzech wielkich tematów: ustanowienia przez Stolicę Apostolską administracji kościelnej na tzw. Ziemiach Odzyskanych, starań Watykanu o umieszczenie w Polsce swego przedstawiciela (nie chodziło wtedy jeszcze o nuncjusza) i – już za pontyfikatu Jana Pawła II – pierwszej papieskiej podróży do Polski oraz innych spraw na styku PRL–Kościół, zwłaszcza w okresie stanu wojennego.
Arcybiskup nie charakteryzuje rozmówców, ogranicza się do odnotowania ich nastroju, życzliwości, zmęczenia, gniewu itd. Rozmówcy niemal zawsze są dla arcybiskupa życzliwi, Papieże witają go z otwartymi ramionami, wszyscy darzą go życzliwością i szacunkiem. Raz tylko arcybiskup Benelli zadbał o „chłód” na przyjęcie biskupa Dąbrowskiego, który nie został przyjęty ani przez sekretarza stanu Villota, ani przez Papieża.
Nie brak w książce „smaczków”, jak choćby zapis rozmowy z Dominikiem Morawskim, który w Rzymie stara się poderwać zaufanie sekretarza Konferencji Episkopatu Polski do „Więzi”, „Tygodnika Powszechnego”, Turowicza, podbudować zaś zaufanie do grupy „neo-Znaku” Janusza Zabłockiego, sięgając zresztą po niezbyt mądre argumenty (s.175).
Nie brak i elementów dramatycznych. Do nich zaliczyłbym „walkę” Prymasa Wyszyńskiego o partycypację Episkopatu Polski, czy raczej Prymasa, we wszystkich działaniach Stolicy Apostolskiej dotyczących Polski. Punktem zapalnym stała się wizyta arcybiskupa Poggi w Polsce, w charakterze delegata na odbywający się w Warszawie zjazd UNESCO. Arcybiskup przy okazji prowadził rozmowy z władzami, Watykan zaś naiwnie sądził, że bez Prymasa i w tajemnicy przed nim będzie z władzami PRL mógł coś uzgodnić. Reakcja Księdza Prymasa była ostra. Skierował do sekretarza stanu kard. Villot list podpisany przez wszystkich ordynariuszy – tak mocny, że kard. Villot w odpowiedzi przypominał polskim biskupom prerogatywę Papieża, który w całym Kościele jest najwyższym autorytetem wyposażonym w powszechną jurysdykcję. Wtedy właśnie miało miejsce owo „chłodne przyjęcie”. Prymas nie chciał papieskiego delegata w Warszawie, bo się obawiał, że władze dogadają się z nim ze szkodą dla Kościoła. Jednocześnie wielokrotnie zapewniał, że delegata pragnie, że przygotowuje dla niego rezydencję, jednak obecność jego nie jest potrzebna teraz, ale kiedyś, później.
Zapiski abpa Dąbrowskiego są niezwykle ciekawe, a ich opublikowanie niewątpliwie oznacza otwarcie dostępu do ważnego historycznego źródła. Korzystając z nich trzeba jednak pamiętać, że nie jest to opracowanie krytyczne. Wydarzenia są tak przedstawiane, jak były oglądane oczami kościelnych protagonistów. Peter Raina zrezygnował z porównania notatek arcybiskupa z treścią innych źródeł.
Tak jest np. z przedstawieniem sprawy polskiego wydania „L’Osservatore Romano”, którą znam dobrze, jako pierwszy – przez 11 lat – redaktor tego pisma. Arcybiskup Dąbrowski rzeczywiście bardzo się troszczył o polskie wydanie OR i robił wszystko, by mogło ono do Polski docierać, co było w bloku komunistycznych państw wydarzeniem bez precedensu. Do mnie zawsze odnosił się życzliwie. Mimo kontrowersji, której ślady znajdują się kilkakrotnie w zapiskach i w autorskiej części Petera Rainy, życzliwej postawy wobec mnie nie zmienił. Ja zaś, choć czasem nie mogłem akceptować strategii Księdza Arcybiskupa i swego stanowiska uparcie broniłem, nigdy nie miałem do niego pretensji, rozumiejąc racje, którymi jako negocjator w sprawach między PRL a Kościołem się kierował. Wiem, że sprawiałem mu kłopot. W zapiskach czytamy m.in.: „słuchał mnie (ks. Boniecki) z dwuznacznym uśmiechem, deklarował, że wdzięczny mi jest za szczerość, ale na zakończenie rozmowy oświadczył: No cóż, jestem taki i nie mogę obiecać, że na przyszłość nie będę sprawiał nowych kłopotów” (str. 213).
Raina jasno i dobitnie przytacza opinie o mojej pracy, panujące podobno wśród niektórych dostojników kościelnych zarówno w Polsce, jak i w Watykanie: „Redaktorem polskiej edycji mianowany został współpracownik »Tygodnika Powszechnego« ks. Adam Boniecki. Wybór ten okazał się nieszczęśliwy. Wierny tradycji i ideologii krakowskiego tygodnika ks. Boniecki zamierzał nie tyle służyć interesom Kościoła w Polsce, ile przemycać na łamy »L’Osservatore Romano« antyprymasowską politykę Komitetu Obrony Robotników (KOR). Edytorska praca ks. Bonieckiego polegała na dokonaniu takiej selekcji tekstów, by przekazać polskim czytelnikom, że to Jan Paweł II właściwie broni interesów narodu, a hierarchia kościelna w Polsce poszła na ugodę z władzami polskimi. Celem księdza Bonieckiego było wbijanie klina między Jana Pawła II a Prymasa Polski. Był to właściwie ten sam cel, do jakiego zdążali redaktor Jerzy Giedroyc i jego współpracownicy, pisarz Gustaw Herling-Grudziński oraz emigranci z lat 60. Krzysztof Pomian i Leopold Unger. Ich rzecznikiem w Watykanie stał się ks. Boniecki”. (Opinii tych, jak zaznacza w przypisie, Raina nie podziela.)
Charakterystyka, która w książce jest jeszcze wzbogacona podaną w przypisie opinią o mnie ministra Adama Łopatki (z innej książki wydanej przez Petera Rainę), wyraźnie przecenia moje możliwości. Pole manewru miałem bowiem dość ograniczone, gdyż Episkopat podpisał 8 czerwca 1980 r. z Rządem umowę, na mocy której „L’Osservatore Romano” było wpuszczane do Polski pod warunkiem, że zawierać będzie wyłącznie: nauczanie Ojca Świętego, informacje o jego działalności, decyzje i dyspozycje Stolicy Apostolskiej oraz dokumenty i programy duszpasterskie Episkopatu Polski. Mając do dyspozycji miesięcznik, nie – jak inne wydania językowe – tygodnik, nie mogłem drukować przekładów wszystkich papieskich wystąpień i dokumentów Stolicy Apostolskiej, byłem więc zmuszony wybierać teksty do druku. To, czego się nie dało zmieścić, było sygnalizowane w sui generis kronice redagowanej nieco na wzór tygodnikowego „obrazu tygodnia”. Do realizowania perwersyjnych planów knutych przez redaktora Giedroycia z Ungerem pozostawały tytuły i podpisy pod zdjęciami.
Jakie więc kłopoty sprawiałem księdzu biskupowi (wtedy) Dąbrowskiemu? Tego ani w zapiskach, ani w autorskim tekście Petera Rainy nie ma.
W 1984 roku, na kolacji w papieskim apartamencie zasiedli przy stole z Janem Pawłem II zastępca sekretarza stanu abp Martinez Somalo, biskup Bronisław Dąbrowski i wicedyrektor „L’Osservatore Romano” Gian Franco Svidercoschi (nazwisko to w indeksie osób w książce Rainy jest, oczywiście, przekręcone). W zapiskach tego spotkania nie ma. Biskup Dąbrowski i sostituto Martinez starali się przekonać Papieża, że należy polecić redaktorowi polskiego „L’Osservatore Romano” ostrożność w dobieraniu papieskich tekstów do publikacji. Wystąpienia Papieża (jak to wygłoszone w 1984 roku w Korei) lub jego przedstawicieli (np. 16 listopada w Madrycie w sprawie legalizacji „Solidarności”) powodują bowiem konfiskatę całego nakładu (skonfiskowano numery 11-12/1982, 5/1984 – 120 tys. egzemplarzy każdy), co przynosi wielkie straty. Lepiej pominąć to, co może drażnić władze PRL i mieć spokój, niż tracić kolejne numery. Arcybiskup Martinez posłużył się przykładem człowieka na deszczu: ma płaszcz i parasol. Zabierzemy mu parasol, będzie miał przynajmniej płaszcz. Jeśli chcemy ocalić płaszcz i parasol – w efekcie zostaje pozbawiony płaszcza i parasola. Tu wtrącił się Gian Franco Svidercoschi, znający dość dobrze obyczaje władców PRL. Powiedział: ,,Jeśli sami oddamy parasol, jutro i tak zażądają płaszcza”. Ustępstwo otworzy drogę do dalszych żądań.
Na tym wtedy stanęło. Jednak biskup Dąbrowski nieustannie musiał być nękany z powodu papieskich wypowiedzi. Wiem np., że kością w gardle dla władz była zamieszczana przez nas w każdym numerze na pierwszej stronie papieska „Modlitwa stanu wojennego”. Trzymaliśmy się żelaznej zasady: zgodnie z przepisami ogólnymi „L’Osservatore Romano” wybieramy jako priorytetowe te papieskie teksty, które się odnoszą do regionu, do którego kierowane jest nasze językowe wydanie. Regionem był w naszym rozumieniu cały blok krajów socjalistycznych. Nie wyobrażałem sobie wydawania „L’Osservatore Romano” bez tych tekstów: ich eliminacja byłaby cenzurowaniem Papieża, który z myślą o tych właśnie krajach mówi. Ponieważ władzom trudno było atakować Papieża, podejmowały kilka niezbyt eleganckich prób wyeliminowania mnie z pełnionej funkcji. Wreszcie biskup Dąbrowski poinformował, że decyzja została podjęta i papieskich tekstów nieprzyjemnych dla władz mam nie drukować. Jako podległy Sekretariatowi Stanu powiedziałem, że będę czekał na instrukcje stamtąd. Po kilku dniach zatelefonował arcybiskup Poggi, powtarzając mniej więcej to samo, co mówił biskup Dąbrowski. Polecenie nie było jasne, zresztą w Watykanie nie istnieje to, czego nie ma w dokumentach, poprosiłem więc o polecenie i instrukcję na piśmie z silnym postanowieniem złożenia prośby o dymisję po ich otrzymaniu. Arcybiskup zapewnił, że niebawem pismo nadejdzie. Nigdy nie nadeszło. 
Wtedy sięgnięto po środek ostateczny. Minister Adam Łopatka skierował do Sekretariatu Stanu kuriozalną listę zarzutów pod moim adresem i żądaniem zmiany na stanowisku redaktora polskiego „L’Osservatore Romano”. Sekretariat Stanu polecił mi przygotować materiał do opracowania odpowiedzi. Oba teksty zachowałem w moim archiwum i dziś podaję do druku.
Tę przydługą historię przytaczam jako ostrzeżenie czytelników książki Petera Rainy. Arcybiskup Dąbrowski był znakomitym dyplomatą. Wiedział, że sukcesy czasem trzeba okupić kompromisem. Wtedy nasze poglądy na granice dopuszczalnego kompromisu były różne. Tego dotyczył „dwuznaczny uśmiech”, zanotowany pod datą 19 maja 1980 roku o godz. 17, nie zaś wywiadu dla brazylijskiego „Globo”, w którym, bez autoryzacji, podopisywano różne bzdury.

Ks. Adam Boniecki

1 Peter Raina „Arcybiskup Dąbrowski – rozmowy watykańskie”, Instytut Wydawniczy Pax. Warszawa 2001

 


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl