Trzechsetne urodziny państwa, którego nie ma

Prusy bez legendy

JOACHIM TRENKNER z Berlina

 

Dziedzictwo Prus oblicza się na 35 kilometrów. To łączna długość półek i regałów w Tajnym Archiwum Państwowym Fundacji Kultury Pruskiej, które mieści się w Dahlem, nobliwej dzielnicy Berlina, i jest jednym z największych archiwów Niemiec. 

Półek nie trzeba dostawiać, bo nowe akta nie napływają. Co najwyżej od czasu do czasu spłynie coś od starych pruskich rodzin, ale to „cienki strumyczek”, jak ubolewał niedawno dyrektor archiwum. Niełatwo kierować Archiwum Państwowym, gdy nie ma właściwego dlań państwa.
Dziś jednak Tajne Archiwum nie powinno uskarżać się na brak zainteresowania, bo właśnie w 2001 roku nieistniejące już królestwo Prus – względnie ci, którzy czują się jego spadkobiercami – obchodzi trzechsetne urodziny. W styczniu 1701 roku pruski książę-elektor Fryderyk III wyruszył z wielkim orszakiem z Berlina do Królewca, najbardziej na wschód położonego miasta swego księstwa, by tam nałożyć sobie na perukę – własnymi książęcymi rękoma – masywną złotą koronę, zdobioną 237 perłami i kamieniami szlachetnymi. Prusy stały się królestwem, a Hohenzollernowie wdrapali się do galerii rodzin dynastycznych Europy, których na kontynencie było zaledwie z tuzin. Autokoronacja Fryderyka stała się kamieniem milowym na drodze małych i biednych Prus ku europejskiemu mocarstwu, budzącemu postrach w Europie.


I.


Z państwa Prusaków nic dzisiaj nie pozostało. Miasto koronacyjne, Królewiec, nazywa się Kaliningrad. Hohenzollernowie musieli abdykować pod koniec I wojny światowej; ostatni król pruski i zarazem cesarz niemiecki (po zjednoczeniu Niemiec w 1871 r. państwo pruskie weszło w skład Rzeszy) Wilhelm II zmarł na wygnaniu w Holandii. Prusy, uosobienie militaryzmu i zaślepienia, które poprowadziły Niemcy tak tragiczną w skutkach „osobną drogą” rozwoju w XIX i XX wieku, zniknęły z map. Ich wschodnie ziemie przypadły po wojnie Związkowi Sowieckiemu i Polsce, resztą podzieliły się oba państwa niemieckie. Alianci zaś dokonali w 1947 roku oficjalnej likwidacji państwa pruskiego. Prusy uchodziły, według słów Winstona Churchilla, za „korzeń wszelkiego zła” – i musiały zniknąć.
Tymczasem – jakby to wszystko w ogóle się nie wydarzyło, jakby Prusy nie były postrachem Europy i nie upadły w niesławie – przez cały ten rok w Berlinie i Brandenburgii, historycznym zalążku państwa pruskiego, obchodzony jest w wielkim stylu trzechsetny jubileusz tamtej koronacji w Królewcu. Premier landu Brandenburgia Manfred Stolpe (SPD) – wobec którego co jakiś czas powraca podejrzenie o współpracę z NRD-owską bezpieką – oraz chadecki burmistrz Berlina Eberhard Diepgen – którego partia (CDU) boryka się ze skandalem dotyczącym nielegalnego finansowania – zaprosili w mroźny styczniowy dzień tłum gości na uroczystość do dawnego Teatru Pruskiego przy berlińskim Gendarmenmarkt. Prusy upadły, „ale nie zniknęły”, obwieścił Stolpe, a Diepgen odwołał się do „pruskiego dziedzictwa”, którym mają być tolerancja, efektywność i akuratność. 
Uroczystość, odbywająca się pod mało oryginalnym hasłem „Prusy 2001”, stanowiła wstęp do maratonu imprez, którymi obaj politycy ze zwaśnionych na co dzień partii zamierzają uszczęśliwić Niemców. 25 milionów marek wyasygnowanych z budżetu ma pomóc w sfinansowaniu ponad 600 różnych projektów; ponad sto wystaw ma chwalić świetność i chwałę państwa Hohenzollernów. Stowarzyszenia historyczne już wyruszają w pole, by odgrywać przed publicznością bitwy stoczone przez wojska Prus, a „Towarzystwo Pruskie” rejestruje niespodziewany napływ nowych członków.

II.


Niemcy w „pruskiej gorączce”? Bynajmniej. Pewien stołeczny publicysta pisał w tych dniach: „300 lat to dużo czasu, bardzo dużo. I cały ten »rok pruski«, cała ofensywa wystaw, imprez i publikacji jedynie z tego powodu, że w 1701 r. brandenburski elektor koronował sam siebie, tworząc pruskie królestwo? Czy to naprawdę potrzebne?”. 
Mimo tego prusko-patriotycznego zadęcia chyba nawet władze Berlina nie do końca wierzą własnym słowom. Liczba turystów odwiedzających stolicę Republiki Federalnej bije ostatnio rekordy: Berlin jako pierwsze miasto Niemiec w 2000 r. odnotował ponad 10 mln noclegów. Aby nie zakłócić tej tendencji, „rok pruski” ma być... niemal nieobecny w promocji kierowanej na zewnątrz. Powód: samo słowo „Prusy” budzi „jednoznacznie negatywne skojarzenia”, wywołując zwłaszcza u europejskich sąsiadów „uśpione lęki i animozje” – uważają eksperci od turystyki. 
W innych regionach Niemiec – Bawarii i Badenii-Wirtembergii, Saksonii czy Szlezwiku-Holsztynie – Prusy nie odgrywają dziś żadnej roli. Niemcy z Monachium, Drezna czy Kolonii mogą najwyżej wzruszyć ramionami na hasło „Prusy”. Jedynie w Berlinie i otaczającej go Brandenburgii ta część historii zdaje się dziś pożądana. Politycy wszelkich opcji, artyści i menadżerowie, Wessis i Ossis – wszyscy fantazjują na temat „cnót pruskich”, odmienianych przez wszystkie przypadki. Tak jakby potomni mieli w pamięci jedynie „dobre” Prusy, w których władca – w retoryce Fryderyka II, tzw. Wielkiego – miał być pierwszym sługą swego państwa, a każdy poddany miał prawo do własnego szczęścia, w tym do swobodnie wyznawanej religii. 
Wobec takiego obrazu niewiele pomoże to, o czym pisał jeden z wysokonakładowych magazynów – że „obok Prus dobrych i post factum upiększanych są też inne Prusy, które symbolizuje prowadzona z zimną krwią agresywna polityka siły, znaczona krwią i żelazem, zaprezentowana przez Fryderyka II, a kontynuowana przez jego zdolnego naśladowcę Bismarcka, który dzięki trzem wojnom doprowadził do upragnionego zjednoczenia Niemiec; polityka, która znalazła apogeum w chorobliwym dążeniu do mocarstwowości, wręcz w manii wielkości, w wydaniu cesarza Wilhelma II”.
Inaczej brukowy dziennik „Bild”, wydawany w 4,5-milionowym nakładzie przez konserwatywny koncern Springera, zazwyczaj drukujący fotografie pań w negliżu bądź relacje o aferze rozwodowej Borisa Beckera. Chwaląc stare, dobre czasy, „Bild” przywołał pruskie cnoty – świadomość obowiązku, lojalność, dyscyplinę, pilność, oszczędność i tolerancję – podkreślając, że tego właśnie potrzebujemy w nowym stuleciu. 


III.


Tylko czy cnoty te naprawdę są wyłącznie pruskie? W powszechnym odczuciu bardziej oszczędni i porządniejsi od berlińczyków i mieszkańców Brandenburgii są Niemcy ze Szwabii. Honor i lojalność to ulubione słowa Bawarczyków. Pilni są Saksończycy, a najbardziej bodaj tolerancyjnym regionem Niemiec była Nadrenia. Nie, „pruskimi cnotami” nie da się zaimponować mieszkańcom innych regionów – oni ich nie potrzebują.
„Cnoty” te zostały kiedyś stworzone z myślą o nowoczesnym aparacie urzędniczym i armii Fryderyka II. Tylko czy rzeczywiście zawsze obowiązywały, także tych, którzy się do nich odwoływali? Wielu dumnych generałów, wywodzących się z pruskich rodzin, przyjmowało od Hitlera prezenty – w gotówce albo pod postacią majątków ziemskich; były to w gruncie rzeczy łapówki, które Führerowi zapewniły lojalność części korpusu generalskiego, gdy przyszło ruszać na wojnę. Poza tym, gdyby w Prusach istniało społeczeństwo świadomych obywateli, to przywoływanie tych „cnót” byłoby zbędne. Fair play i autoironia Brytyjczyków czy savoir vivre Francuzów – to były w Prusach pojęcia nieznane. W Prusach śmiech nie był w cenie, bo i nie było się z czego śmiać. W życiu społecznym dominowało wojsko, wszystko inne musiało się mu podporządkować, a wolności obywatelskie miały znaczenie drugorzędne. 
„Kiedy myślimy o Prusach, pierwszym naszym skojarzeniem na pewno nie są żadne cnoty” – mówił Władysław Bartoszewski w wywiadzie prasowym. Nic dziwnego: sąsiedzi Prus wielokrotnie doświadczali, jak „dobre” Prusy zamieniały się w Prusy złe. W 1840 r. Victor Hugo pisał, że Francja jest głową, a Prusy sercem Europy; 30 lat później Prusacy pobili Francuzów, aby potem w Sali Zwierciadlanej pałacu wersalskiego awansować pruskiego króla na cesarza Rzeszy. Było to upokarzające dla Francji i skrajnie antydyplomatyczne osiągnięcie wybitnego ponoć dyplomaty, za jakiego uważa się Bismarcka. 
W roku 1882 Bolesław Prus chwalił pruskie cnoty; trzy lata później ten sam pisarz konstatował, że Prusy to „fałszywość, gwałt, militaryzm i triumfalizm”. Nie, Prusy nie zyskiwały na bliższym poznaniu: im lepiej ktoś je znał, tym mniej lubił.


IV.


Historia Prus otoczona jest legendami. Kim był Fryderyk II? Pięknoduchem, grywającym na flecie? Synem muz? Filozofem, przyjacielem Woltera? Być może także, ale jego państwo przyjazne nie było. Przede wszystkim był budzącym grozę władcą, który wzniecał wojny i wcielał siłą do swego kraju kolejne ziemie. Ocenianie ludzi żyjących kilkaset lat temu wedle współczesnych kryteriów nie jest dobrze widziane przez historyków, ale gdyby oceniać w taki sposób Fryderyka, należałoby postawić go przed trybunałem haskim. 
Także jego reformy, wychwalane przez potomnych, były połowiczne. Tortur nie zniesiono do końca; barbarzyński „bieg przez szpicruty” nagminnie stosowano wobec rekrutów. A przywoływana jako przykład oświeconego charakteru monarchii wolność religijna była zabiegiem polityczno-socjotechnicznym: kraj potrzebował pilnie ludzi utalentowanych. Jednak imigranci-katolicy, a zwłaszcza Żydzi, nigdy nie mieli takich praw jak protestanci. 
Po wojnach napoleońskich fryderycjański twór doczekał się kilku reform. Graf Hardenberg i Freiherr von Stein zliberalizowali państwo i gospodarkę, generałowie Scharnhorst i Gneisenau zmodernizowali armię, Hegel reformował uniwersytety. Żaden z nich nie był Prusakiem: Hardenberg pochodził z Hanoweru, Stein z Nassau, Scharnhorst i Gneisenau byli Sasami, a Hegel, pruski filozof państwowy, był Wirtemberczykiem. Mimo wysiłków reformatorskich umysły wolne nadal nie mogły czuć się w Prusach jak u siebie. „Głęboko odpychające były dla mnie Prusy – notował poeta Heinrich Heine na paryskim bruku – te sztywne, obłudne, świętoszkowate Prusy, ten Tartuffe wśród państw”. 
Kilkadziesiąt lat później Bismarck, niemiecki idol i twórca II Rzeszy, zwalczał katolików i socjaldemokratów, germanizując mniejszość polską. Po jego zwolnieniu ster rządów przejął cesarz Wilhelm II, który marzył o Niemiec „miejscu pod słońcem” i zbroił państwo. Pokój przetrwał 40 lat, by skończyć się w 1914 r. – i choć nie tylko Niemcy odpowiedzialne są za wojnę, to były jednym z głównych winowajców. 
Od tej „europejskiej pra-katastrofy” do III Rzeszy droga była krótka. Austriak Hitler, który wiwatującym tłumom prezentował się jako „prawdziwy Prusak”, nazwał Fryderyka II „pierwszym narodowym socjalistą na królewskim tronie”. Kiedy w marcu 1933 prezydent i pruski bohater wojenny von Hindenburg uścisnął dłoń „Führera”, prusko-niemieckie fatum zaczęło się spełniać. Miesiąc później sturmbannführer SA zameldował, że pierwszy obóz koncentracyjny w pruskim Oranienburgu jest gotów na przyjęcie więźniów.


V.


Wbrew temu, co się dziś głosi, w historii Prus trudno doszukać się rzeczy godnych podziwu. Berliński krytyk teatralny Fryderyk Luft wyznał kiedyś: „Dorastałem w pierwszej niemieckiej republice, wychowywany na surowy pruski sposób. Nie mieliśmy żadnej wolności (...). Szkoła była służbą, udział w nabożeństwie – służbą bożą. Właściwie wszystko, co sprawiało nam radość, musieliśmy wydzierać, za plecami rodziców i przełożonych, potajemnie i prawie zawsze z nieczystym sumieniem. W cenie było jedynie to, co czyniło twardym. Czy to było pruskie?”. Luft był potem świadkiem przemarszów SA i innych formacji nazistowskich, które „równym krokiem paradowały ulicami Berlina, w rytm swoich krwawych pieśni”. I pytał: „Czy to były Prusy? Zapewne nie. Ale oni odwoływali się przecież do Prus i wierzyli, że spełniają pruskie dziedzictwo, w jego najstraszliwszym wydaniu”.
Czy możliwy jest tym razem „rok pruski” bez legend, bez upiększania? Wątpliwe. Warto zauważyć, że 20 lat temu miał już miejsce renesans Prus, w podzielonym wówczas Berlinie. W jego części wschodniej – stolicy komunistycznej NRD – na Unter den Linden odbudowano pomnik Fryderyka II na koniu. W Berlinie Zachodnim wystawa poświęcona historii Prus przyciągnęła setki tysięcy zwiedzających, choć towarzyszył jej publiczny, gwałtowny spór między krytykami i obrońcami nie istniejącego państwa. A kiedy 10 lat później, wkrótce po zjednoczeniu, doczesne szczątki Fryderyka II chowano na powrót w Poczdamie, uroczystość przybrała charakter niemal pogrzebu państwowego – w czym duży udział miał kanclerz Kohl. Była to przygrywka do późniejszego wybielania Prus poprzez ich estetyzację.
Rocznica koronacji w Królewcu to kolejna okazja do upiększania pruskiej historii. Istnieje dziś zapotrzebowanie na „dobre” Prusy. „Pruskie miniatury” – tak nazywa się seria imprez poświęconych literaturze, muzyce, architekturze, a nawet projektowaniu ogrodów. Cóż, stolica Niemiec będzie musiała jakoś przetrzymać ten przypływ pruskiej nostalgii. 
Tym bardziej, że do faktycznego dziedzictwa Prus nikt (poza paroma odmieńcami, którzy są wszędzie) wracać przecież nie chce...


Przełożył Wojciech Pięciak

 

Joachim Trenkner jest berlińskim publicystą. W latach 60. reporter tygodnika „Newsweek” w USA, potem korespondent niemieckiej telewizji SFB w Europie Wschodniej, w latach 90. zastępca jej redaktora naczelnego. Stale współpracuje z „TP”.


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl