Komentarze

 


Bogumiła Berdychowska Juszczenko

Mateusz Flak Pekin trzyma się mocno?

Józefa Hennelowa Zwierzętom gorzej

Janusz A. Majcherek Mieszanie w cukrze


 

 




  
Juszczenko

Wiktor Juszczenko jest politykiem z ukraińskich marzeń. Urodził się na wschodzie kraju, ale został ukształtowany przez Ukrainę zachodnią, gdzie studiował. Świetny bankowiec, ojciec ukraińskiej waluty – hrywny. Inteligentny, obyty w świecie, znający języki obce. Jego polityka jako prezesa Narodowego Banku Ukrainy przyniosła mu międzynarodowe uznanie. Miał również bardzo mocną pozycję nad Dnieprem. Nie musiał w grudniu 1999 przyjmować oferty Leonida Kuczmy, by stworzyć rząd. Premierów niepodległa Ukraina miała sporo. Szefów Banku Narodowego dwóch: Wadyma Hetmana (przygotował operację wprowadzenia hrywny) i Wiktora Juszczenkę.

Juszczenko podjął wyzwanie i wkrótce stał się ulubionym premierem Ukraińców, we wszystkich rankingach daleko wyprzedzającym swoich konkurentów. Bowiem stał się cud: gospodarka po latach zastoju ruszyła. PKB pierwszy raz od odzyskania niepodległości przez Ukrainę poszedł w górę, zlikwidowano zadłużenie wewnętrzne, zapoczątkowano reformę rolną, uderzono w szarą strefę, szczególnie w sektorze energetycznym, i – co na Ukrainie bardzo ważne – samemu premierowi udało się zachować opinię polityka o czystych rękach, nie uwikłanego w żadne afery. Sukcesy Juszczenki doprowadziły do mobilizacji oligarchiczno-komunistycznej koalicji przeciwko niemu. Pierwsi poczuli się zagrożeni w swoich interesach, dla drugich kamieniem obrazy było samo wprowadzanie reform wolnorynkowych. W ostatecznej rozgrywce zabrakło Juszczence wsparcia ze strony prezydenta. Efekt: 263 deputowanych, przy zaledwie 69 przeciw, opowiedziało się za jego dymisją.

Dymisja gabinetu Juszczenki nie musi oznaczać jego zejścia ze sceny politycznej. Jeżeli będzie w stanie sensownie zagospodarować olbrzymie poparcie społeczne, którym się cieszy (4 mln Ukraińców złożyło podpisy popierające go) może przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi stworzyć obóz na rzecz reform, zmian demokratycznych i prozachodniej opcji. Obóz ten może zasadniczo zmienić układ sił na ukraińskiej scenie politycznej. W sprzyjających okolicznościach stworzy instytucjonalne zaplecze dla zmian demokratycznych i wolnorynkowych, aby reformy nie były uzależnione od dobrej bądź złej woli prezydenta.

Bogumiła Berdychowska

 

 

 

 

 

 

Pekin trzyma się mocno?

Mimo chińskich protestów Waszyngton postanowił sprzedać Tajwanowi nowoczesną broń wartości 4 mld dolarów. Zaś w ubiegłą środę po niefortunnej i sprostowanej potem wypowiedzi prezydenta Busha (“Stany Zjednoczone użyją wszelkich środków, by bronić Tajwanu w razie ataku Chin”), napięte stosunki chińsko-amerykańskie jeszcze się pogorszyły…

Przypomnijmy: 1 kwietnia po kolizji z chińskim myśliwcem amerykański samolot zwiadowczy EP-3 lądował awaryjnie na wyspie Hajnan. Po 11 dniach Chińczycy uwolnili załogę, ale zatrzymali samolot. Waszyngton wyraził ubolewanie z powodu śmierci chińskiego pilota i lądowania bez pozwolenia na terytorium Chin; nie przeprosił jednak za incydent ani nie wziął za niego odpowiedzialności – uznano to za sukces administracji Busha. Dalsze negocjacje utknęły w martwym punkcie, a amerykańskie myśliwce, które w przyszłości mają eskortować samoloty szpiegowskie, rozpoczęły próbne loty wokół wybrzeży Japonii.

Zatem Chiny ze “strategicznego partnera” (określenie Clintona) faktycznie przerodziły się w “strategicznego konkurenta” USA (określenie Busha). Teraz Chińczycy chcą wyprzeć Stany z rejonu Morza Południowochińskiego i uzależniają wydanie samolotu od zaprzestania (legalnych!) lotów zwiadowczych u swoich wybrzeży. Amerykanie z kolei mogą nie przyznać Chinom stałej klauzuli najwyższego uprzywilejowania w handlu z USA i w ten sposób opóźnić ich wejście do Światowej Organizacji Handlu (WTO); mówi się również o zablokowaniu kandydatury Pekinu jako gospodarza olimpiady w 2008 r. i ograniczeniu dostępu do amerykańskiej technologii. Dużą rolę odgrywa narodowa duma i nacjonalizm – opinia publiczna w obu krajach domaga się udzielenia rywalowi surowej lekcji.

Zimna Wojna na Pacyfiku nie przysłuży się żadnej ze stron, ale mniej straci na niej “prawdziwe” mocarstwo – USA. Amerykanie nie ograniczą co prawda wzajemnych kontaktów gospodarczych, ale z pewnością nie ustąpią w kwestii bezpieczeństwa narodowego. Ruch należy teraz do Chin i pora już, by władze w Pekinie, które zatrzymując samolot przekształciły incydent w kryzys, zrozumiały, że wart skromne 80 mln dolarów EP-3 może je kosztować znacznie więcej.

Mateusz Flak

 

 

 

 


Zwierzętom gorzej

49 procent ankietowanych przez CBOS odpowiedziało „tak” na pytanie: „czy lekarze powinni spełniać wolę cierpiących, nieuleczalnie chorych, którzy domagają się podania im środków powodujących śmierć”? Przed 13 laty odpowiedzi twierdzących było tylko 30 proc., dwa lata temu – 47. Równocześnie zmalała liczba odpowiedzi negatywnych: z 47 przez 44 do 37 proc. w bieżącym roku. Tendencja jest więc wyrazista: jest to jednoznaczne opowiedzenie się za eutanazją (i to z ręki lekarza) w kraju tak katolickim jak Polska.

Jest to wybór na rzecz innych, nie siebie (ankietowani nie byli pytani o własne prawo do pomocy lekarza w przyspieszeniu śmierci). Wbrew wielu komentarzom (m.in. ks. Prymasa) nie jest to opcja przeciwko ludziom starym, lecz przeciw stanowi cierpienia nieuleczalnego i nie do zniesienia, co przecież może spotkać człowieka w każdym wieku. Oznacza, że wiara w moc medycyny jest ograniczona. Oznacza wreszcie, że połowa badanych nie ma nic przeciw rozszerzeniu funkcji lekarza na czynność z natury przeciwną lekarskiemu powołaniu. Ale to ciągle analiza powierzchowna. U samego spodu tego wyboru – tak niepokojąco licznego – kryje się lęk najzupełniej osobisty: aby cudze cierpienie nie stało się kiedykolwiek zadaniem nie do udźwignięcia dla nas samych. Odpowiadając „nie” na pytanie ankiety, człowiek zostałby postawiony wobec ewentualności brania udziału w sytuacji ekstremalnej bliźniego, może członka rodziny, może pacjenta, może tylko sąsiada z przeciwka. Cokolwiek by to było: pielęgnacja przerastająca wytrzymałość, ponoszenie kosztów czy tylko niewygoda psychiczna – odpowiedź „tak” manifestuje pragnienie, by samą taką możliwość zdjęto z każdego z nas nawet tylko w teorii. Chcielibyśmy wiedzieć, że przynajmniej tego życie nam oszczędzi. O konsekwencjach takiego świata, usuwającego ze swego kręgu próby człowieczeństwa uznane za zbyt trudne, nie musi się myśleć. Choćby dlatego, że byłby to powód do innego lęku, wcale nie mniejszego, co gorsza, lęku już bez nadziei.

Ale moralista zatroskany o stan świadomości etycznej społeczeństwa musi sobie powiedzieć natychmiast: ten lęk jest faktem, a z faktami nie walczy się oburzeniem. Lęk leczy się obecnością. Nauczając o życiu i śmierci, trzeba o nich świadczyć samemu. Może powinniśmy się udać bodaj na krótkie dni skupienia u pracowników hospicjów...

Józefa Hennelowa

 

 

 

 

 

 

 

Mieszanie w cukrze

Już kilkanaście dni po uchwaleniu przez Sejm ustawy powołującej Krajową Spółkę Cukrową, zwaną Polskim Cukrem, posypały się przeciw niej protesty, a niektórzy z niezadowolonych dali im wyraz w ulicznej manifestacji, zorganizowanej przed budynkiem ministerstwa skarbu. Wygląda na to, że przeciwnicy tego monopolistyczno-protekcjonistycznego molocha znajdują się we wszystkich zainteresowanych środowiskach, od plantatorów buraków, przez pracowników cukrowni, wytwórców słodyczy, aż po konsumentów (reprezentowanych przez krytycznie odnoszącą się do ustawy Krajową Federację Konsumentów Żywności). Opowiadają się oni za rozwiązaniami rynkowymi, prywatyzacją i uczciwą konkurencją. Inicjator i promotor ustawy, poseł Gabriel Janowski nie potrafił tego wytłumaczyć inaczej, jak sugestiami o podburzaniu i oszukiwaniu protestujących przez wrogie siły. Być może jednak się myli i coraz więcej zainteresowanych po prostu rozumie, że hamowanie restrukturyzacji i paraliżowanie przekształceń w tej branży prowadzi do jej zastoju i zacofania, nie gwarantując tego, co jej najbardziej potrzebne dla rozwoju, czyli kapitałów i nowoczesnych technologii. Świadczyłoby to o kurczeniu się społecznej bazy dla antyrynkowej demagogii oraz słabnącym poparciu dla rozwiązań sprzecznych z ekonomiczną racjonalnością. W każdym razie wielu uczestników rynku nie uznało wcale, że poseł Janowski swoim pomysłem im życie osładza.

Powinni to wziąć pod uwagę senatorowie, pod ocenę których trafi sejmowa ustawa oraz prezydent, gdyby sami parlamentarzyści jej nie zaniechali. O tym, że pomysł jest niedorzeczny i szkodliwy z ekonomicznego punktu widzenia, wiadomo było wcześniej. Teraz wygląda także, że nie ma on aż takiego poparcia społecznego, jak sobie posłowie wyobrażali, popierając ustawę.

Co do tego zaś, że wyborcy na podstawie dotychczasowej działalności i pomysłów Gabriela Janowskiego, nie udzielą zgody na ich kontynuowanie w następnej kadencji, to chyba nie ma wątpliwości.

Janusz A. Majcherek

 

 

 




 

 



 

 

 

 

 

Nr 18, 6 maja 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

 

Rekolekcje Wielkopostne

 

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl