Ja myślałam, że wszyscy są razem

Z EMILKĄ „MARYLKĄ” ROZENCWAJG (SZOSZANĄ KOSSOWER), łączniczką żydowskiego i polskiego podziemia, rozmawia Anka Grupińska

 

Poza murami getta, w polskiej Warszawie, ukrywali się Żydzi. Nikt nie zna liczb. Przypuszcza się, że na przestrzeni kilku okupacyjnych lat to miasto w mieście liczyło 20–25 tysięcy ludzi. Częstochowianie, jak o sobie mówili, bo w ukryciu, bo schowani. Emilka była jedną z nich. W przeciwieństwie do wielu zmieniła tylko swoją tożsamość, ale nie musiała ukrywać się za drugimi drzwiami. Poruszała się po mieście śmiało i odważnie. Nie musiała nawet nosić żałóbki, jak wówczas mówiono, czyli zasłaniać twarzy woalką. Miała „dobry wygląd”, bezbłędnie mówiła po polsku, no i miała tę chucpę patrzenia prosto w oczy. Emilka była podwójną łączniczką: do getta nosiła broń pod płaszczem dla chłopców z żydowskiego podziemia, powielała prasę akowską, ratowała żydowskich więźniów z obozów pracy, przekazywała polecenia majora Rudnickiego jego polskim żołnierzom, przechowywała Żydów z getta... Pracowała dla Armii Krajowej i dla Żydowskiego Komitetu Narodowego. Jak powiada po latach, myślała, że wszyscy są razem. W literaturze na temat getta warszawskiego nazwisko Emilki pojawia się najczęściej w dwóch kontekstach. We wspomnieniach dotyczących Żydowskiego Związku Wojskowego Emilka wymieniana jest jako łączniczka ŻZW. W historii Emanuela Ringelbluma, archiwisty i historyka getta warszawskiego, jej nazwisko występuje obok nazwiska Polaka, Teodora Pajewskiego, z którym wyprowadziła Ringelbluma z obozu w Trawnikach. Emilka była podwójną łączniczką, bo tak się złożyło i, jak powiada, tak było bezpieczniej. Była bliżej tych drugich, którzy żyli obok, i bliżej tamtych za murami. 

 

 

Anka Grupińska: – Była Pani łączniczką AK i łączniczką podziemia żydowskiego. Jak się Pani z tymi dwiema rolami czuła? 
Emilka Rozencwajg: – Hmm, właściwie to mi dawało poczucie bezpieczeństwa. AK było dla mnie legitymacją na moją „aryjskość”. Wie pani, ja byłam młoda i bardzo chciałam coś robić. 
Czy to prawda, że pracowała Pani i z ŻOB-em, i z ŻZW? 
– Proszę pani, ja pani powiem. Będąc po aryjskiej stronie nie zdawałam sobie sprawy, czy to ŻOB, czy ŻZW – ja chciałam pracować, robić coś. Ja nie wyobrażałam sobie, że są jakieś organizacje. Ja myślałam, że wszyscy razem pracują.


Ja pochodzę z Radzymina. Wyszłam z getta w Radzyminie na kilka dni przed likwidacją [koniec marca 1942]. Ale przez cały czas jak byłam w getcie, ja jeździłam do Warszawy. Wie pani, trzeba było utrzymać rodzinę, ja byłam najmłodsza i od razu zrobiłam się opiekunką, bo wszyscy mówili, że ten wygląd, że mam pewność siebie. Mój ojciec spotkał po latach w Radzyminie swojego przyjaciela, z którym robił maturę w Rosji. On nie był Żydem, nazywał się Oskar Olgierd Rudnicki. I w Radzyminie Rudnicki był, proszę pani, głównym inżynierem drogowym. A potem był dowódcą grupy AK i cały czas namawiał mnie, żebym wyszła z getta. I jak wyszłam, to pierwsze kroki skierowałam do niego. Ja przecież nie wiedziałam, że on pracuje w podziemiu, ale spotkałam u niego w domu tylu ludzi, że zorientowałam się, co oni robią. I poprosiłam Rudnickiego, żeby i mnie wziął do tej pracy. 
Kiedy pierwszy raz weszła Pani do getta warszawskiego? 
– Ja już wchodziłam do getta, kiedy ono jeszcze nie było zamknięte. 
Z Radzymina Pani przyjeżdżała? 
– Tak. Ale potem Radzymina już nie było. Już było po akcji. Wszystkich zagnali na stację kolejową i od razu ich zlikwidowali. Kolejarze radzymińscy, których potem spotkałam, powiedzieli mi, że ci ludzie mieli szczęście – w ogóle nie widzieli obozu, bo piece były puste i oni od razu poszli do pieca. Kilka tysięcy ludzi. 
Pani rodzina? 
– Moi bracia też wyszli z getta. Ja wyszłam z siostrą, bo też niepodobna była – jasna blondynka. Pomógł nam jakiś zaprzyjaźniony Polak. Myśmy byli w bardzo dobrych stosunkach z Polakami w mieście, bo ojciec miał biuro próśb i podań i wszyscy go znali. 
Więc dlaczego do getta? 
– Myśmy z bratem należeli do organizacji Bejtar. Ja właściwie przez tę organizację zostałam wychowana. A w getcie warszawskim był nasz przywódca, Feldszu Ben Szem. I ja do niego poszłam, i u niego spotkałam Rachelę Auerbach [pisarka, współpracownica Archiwum Ringelbluma], bo ona była jego kuzynką. U nas na prowincji było trochę lżej z jedzeniem, to im nosiłam. Jak już nie można było wchodzić do getta, to się wyskakiwało z tramwaju, który przechodził przez dzielnicę zamkniętą. Później nawiązałam kontakt z innymi z Bejtaru w getcie; ale dla mnie to nie miało znaczenia, kto gdzie należy, ja myślałam, że wszyscy są razem. A potem trzeba już było ratować tych, co chcieli wyjść. To zabrałam Ben Szema z żoną i córeczką, która miała wielki talent pianistyczny (Rachela Auerbach o niej pisze). Ale dziewczynka umarła na płuca po aryjskiej stronie i ja ją sama pochowałam, tam gdzie mieszkaliśmy. 
Gdzie to było? 
– Na Pustelniku, koło Marek, w drodze do Radzymina. Później szwagierka Teodora Pajewskiego znalazła nam mieszkanie na Radzymińskiej 1. A potem przeczytałam ogłoszenie w gazecie, że jest domek do wynajęcia koło Radości w Borkowie. Powiedziałam właścicielce, że moja siostra jest chora na płuca. Inżynier Rudnicki z AK wyrobił mi zaświadczenie ze szpitala i dostaliśmy taką kartkę, którą trzeba było na drzwiach powiesić, a wtedy Niemcy uciekali jak od zarazy. I ten domek – to było zbawienie, bo on stał na uboczu, i był tam ogromny ogród, i my zasadziliśmy warzywa. 
Kto mieszkał w tym domku? 
– Siostra, dwaj bracia, Feldszu z żoną, mój późniejszy szwagier Mietek Szpiro, i jeszcze ktoś z getta... Siostra była legalnie, a bracia byli schowani, pod podłogą.
Czy Polacy mieszkali w tym domu? 
– Nie, w drugim domku, obok. 
I ci Polacy nie wiedzieli, kim jesteście? 
– Nie, oni wiedzieli, tego nie powiem, wiedzieli, że jesteśmy Żydzi. 
Jak się nazywali, pamięta Pani? 
– Kalata. Rodzina Kalatów. Moim braciom pomógł później niejaki Turchetti. On nam wszystkim bardzo pomógł. I to on nam załatwił to mieszkanie na Pustelniku. I zaraz potem się okazało, że Turchetti pracuje z Niemcami i w końcu AK go zabiło. Przy okazji zabili jego narzeczoną, córkę Kalatów, Polę, z którą ja byłam bardzo zaprzyjaźniona. To była wielka tragedia. 
Skąd Pani miała pieniądze? 
– Jak wyszliśmy z Radzymina, to mieliśmy trochę pieniędzy, no i jeździło się za szmuglem. W Rzeszy było tanie mięso i za igły można było dostać dużo kiełbasy i szynki. Handlowałam. Na szmugiel jeździłam z taką miłą żoną oficera polskiego, który zaginął w wojnie. Kiedyś chłopka podała nam talerze pełne mleka, a w środku skwary tłuste i wielkie jak pół mojego palca. U nas w domu była koszerna kuchnia, to ja takich rzeczy nie widziałam, ale ta oficerowa też była zdziwiona. Co można zrobić? Głodne byłyśmy, spałaszowałyśmy wszystko i jeszcze prosiłyśmy o dokładkę. 

Jak Pani nawiązała kontakt z Basią i Adolfem Bermanami [działacze ŻKN]? 
– De facto to oni nawiązali kontakt ze mną przez Rachelę Auerbach, która też była lewicowa i miała z nimi stosunki. 
Pamięta Pani, jak wyprowadziła Rachelę Auerbach z getta? 
– Nie pamiętam. Mnie się zdaje, że przez Sądy, tak jak Feldszu, ale nie – chyba przez wachę. Byli tacy Niemcy, którzy za pieniądze przepuszczali. I ja tak też wchodziłam do getta. 
A skąd znajomość z Teodorem Pajewskim? 
– Na Pradze pracował taki jeden, który potem był moim szwagrem, ten Mietek Szpiro, i on miał kontakt z Pajewskim, który pracował na kolei. (Ja tam też niby pracowałam, miałam legitymację kolejową.) To był żelazny papier. I ja poznałam tego Pajewskiego, który mieszkał na Pradze na Brukowej ulicy, miał żonę i dwoje dzieci i on zaczął ze mną pracować w tym Komitecie Bermana (ŻKN). To Bermanowie nas wysłali do Trawnik po Ringelbluma i do Poniatowej po Polę Elster [łączniczka żydowskiego podziemia]. 
Nigdzie nie czytałam relacji o tym, w jaki sposób wydostaliście z Pajewskim Emanuela Ringelbluma z Trawnik. 
– To był obóz pracy. W sąsiedztwie tego obozu była polska piekarnia. Pajewski wszedł do tej piekarni, ten piekarz był wcześniej umówiony (Berman to załatwił), a ja czekałam na zewnątrz. Plan był taki, że jak grupa będzie szła do pracy, to Ringelblum się odłączy i przyjdzie do piekarni, a my go stamtąd zabierzemy. Pajewski był w mundurze kolejarza. Drugi mundur mieliśmy dla Ringelbluma. Spotkaliśmy go w piekarni, tam on się przebrał i ruszyliśmy. W odwrotnym kierunku niż droga do Warszawy. On mnie tak mocno trzymał pod rękę, że potem miałam krwiaki na ramieniu. Jak szliśmy, zaraz na początku, jak mijaliśmy obóz, to dwóch esesmanów do nas krzyczało: – Co ty panna z takimi starymi idziesz?! Chodź z nami! Ja im pomachałam ręką, posłałam całusa i poszliśmy dalej. Szliśmy kilka godzin, potem siedzieliśmy w lesie, mieliśmy jakieś jedzenie. Jak Ringelblum się trochę uspokoił, poszliśmy na stację i jakoś szczęśliwie dotarliśmy pociągiem do Warszawy. Wtedy moja rodzina była koło Śródborowa, więc tam się zatrzymaliśmy. A potem zawieźliśmy go do Warszawy, na Pragę, do domu Pajewskiego. Przyszedł Berman i go zabrał. 
Czy widziała Pani Ringelbluma później? 
– Nie. Dostałam piękny list od jego synka z podziękowaniami za uratowanie ojca. Ale to wszystko długo nie trwało. Od Rudnickiego dowiedziałam się, co się stało w bunkrze na Grójeckiej [tzw. bunkier „Krysia”; ukrywających się tam Żydów i ich polskich opiekunów wydał 18-letni Polak Jan Łakiński, wszyscy zostali zamordowani przez Gestapo]. Jak się dowiedziałam szczegółów, to uważałam, że to było bardzo lekkomyślne, co Bermanowie zrobili: jak można było trzymać trzydzieści kilka osób na jednym miejscu?! Jak my przyjechaliśmy do Warszawy, to Ringelblum mówił, że on się tak bezpiecznie przy nas czuje. I ja go chciałam zatrzymać, ale Bermanowie się nie zgodzili.
Czy Pajewski kiedykolwiek dostawał pieniądze od Bermanów za swoją współpracę z ŻKN-em? 
– No, tak! Przecież on musiał utrzymać rodzinę, nie chodził do pracy, a miał żonę i dwoje dzieci. 
Co się stało z Pajewskim? 
– On był razem ze mną w powstaniu warszawskim, właściwie ja go wciągnęłam do AK. Po powstaniu byliśmy w obozach w Niemczech – ja wróciłam do Polski, a on został gdzieś przy granicy holenderskiej. Właściwie nie wiem, czy przeżył. 
Ile Pani osób wyprowadziła z getta, z obozów? 
– Chyba nie pamiętam. Wyprowadziliśmy też z lasu dwóch żobowców. Jak oni się nazywali? Nie pamiętam. Sprowadziliśmy ich do Warszawy i oni wszyscy zginęli na Żoliborzu w jakiejś kryjówce. 
Czy nie mówi Pani o Herszu Berlińskim? 
– Tak, Berliński właśnie! A ten drugi Erlich [Eliahu] chyba się nazywał [zginęli z Polą Elster we wrześniu 43]. 


Gdzie Pani była w czasie powstania kwietniowego? 
– Po aryjskiej stronie. Stałam pod murem i patrzałam, jak się getto pali. 
Czy tuż przed powstaniem wchodziła Pani do getta? 
– Tak. Tydzień przed powstaniem byłam w getcie. 
I u kogo Pani wtedy była? 
– U tych z organizacji Bejtar. 
W książkach wspominana jest Pani jako łączniczka ŻZW. 
– Ja taka czynna u nich nie byłam. Ze dwa razy zaniosłam broń do getta. Kupiłam ją po aryjskiej stronie i zaniosłam. Dałam ją komuś, ale nie pamiętam, jak on się nazywał. Nawet radziłam mu, żeby wyszedł z getta, bo on nie wyglądał jak Żyd. Ale nie chciał, został tam. 
Chaim Lazar w swojej monografii o Żydowskim Związku Wojskowym „Muranowska 7” pisze, że broń przekazywała Pani Gedalii Zilbermanowi. 
– Możliwe, ja jego imienia nie znałam. Proszę pani, ja nawet nie wiedziałam, że jest jakaś organizacja ŻZW. Żydzi prosili mnie o broń, udało mi się ją kupić, to im zaniosłam. Mnie nie było ważne, kto gdzie należy, wiedziałam, że broń jest przeciw Niemcom i to wszystko. 
Jak Pani tę broń kupiła? 
– Rudnicki, ten z AK, mi pomógł. 
A skąd pieniądze na broń? 
– Od nich, od tych z getta. 
Jak Pani wniosła broń do getta? 
– A tak!!! 
Na brzuchu. Pod płaszczem. Przez wachę Pani weszła? 
– Tak. Przekupiona była wacha. Ale kiedy indziej weszłam do getta z Polą Kalata, narzeczoną tego Turchettiego. I ja nie zwróciłam uwagi, że ona jest w kapeluszu. A kto wtedy chodził w getcie w kapeluszu?! Chodzili obdarci, a nie w kapeluszach. To było bardzo niebezpieczne. 
Czemu Pola chciała wejść do getta? 
– Nie wiem: chciała zobaczyć, może chciała sobie coś kupić. I jak wchodziłyśmy, to zatrzymali nas Niemcy. Ja wiem, że mam broń przy sobie. Wskoczyłam do jakiejś bramy, tam natknęłam się na jakiegoś pana i tę broń mu do ręki wepchnęłam, i pobiegłam do tego Niemca z powrotem. To on mnie tak uderzył, że cztery zęby mi wyleciały: nie wiem, czy miał coś w ręku, czy to tylko palce, ale uderzenie było mocne. Potem jakiś znajomy Turchettiego zapłacił i Niemcy nas zwolnili.


Pani miała kontakt z Basią Bermanową, czy z Adolfem? 
– Oni zawsze razem byli. 
Lubiła ich Pani? 
– Moim zdaniem, Basia była najodważniejsza z nas wszystkich. Ja nie wiem, proszę pani, skąd ona miała tę odwagę, żeby z tym nosem?! Ona zawsze chodziła w żałóbce [woalce]. Bardzo była aktywna. Bo my – ja, Wanda [Bela Elster, łączniczka], my byłyśmy młode dziewczyny i świetnie wyglądałyśmy, nam było łatwiej. Basia była urocza. Ona naprawdę była wyjątkowa: delikatna i odważna. 
Jak Bermanowie się z Panią kontaktowali? 
– Wszystko szło przez tego Pajewskiego, a ja byłam u niego prawie codziennie. Musiałam przyjeżdżać do Warszawy, bo przecież miałam w domu tyle osób. Jedzenie musiałam przywozić, bo bałam się sąsiadów i nie kupowałam w okolicy. A pranie? Brałam to wszystko do teczki, prałam i suszyłam w Warszawie. Wie pani, ja byłam bardzo szybka i pewna siebie po aryjskiej stronie. Nabrałam takiego tupetu, ja się nauczyłam tak brudno mówić, że ja się siebie wstydziłam. Ale wszyscy wtedy tak mówili. Kiedyś stałam na Lesznie, czekałam na kogoś, byłam bardzo zdenerwowana. A na balkon domu naprzeciwko wyszła taka czarna dziewczyna. Koło mnie stanął nagle jakiś starszy pan, może miał 40 lat. A ja, wie pani, najbardziej się bałam szmalcownika-inteligenta, który to robi dla Jezusa – bo tak oni mówili. I ten pan, ja od razu się zorientowałam, że to jest szmalcownik, do mnie mówi: – O, jak mnie jest żal tych Żydów. To ja mu z miejsca brudno odpowiedziałam: – Gówno mnie to obchodzi. – A pani wie, po co ja tu przyszedłem? – Odpieprz się pan. – Moja żona prosiła, żebym jakąś Żydówkę przyprowadził, bo my moglibyśmy kogoś uratować. We mnie krew zakipiała. Ja jego zameldowałam od pradziada! A obserwował to granatowy policjant: – Ty kutasie, co ty się przypieprzyłeś do niej?! Możliwe, że ja się tego wyrażania na szmuglu nauczyłam. Bo kto jeździł za szmuglem? Takie bandzioraki. Ja jeździłam z tą żoną oficera i w pociągu spotykałyśmy takich chłopaków. Raz jeden wracamy z naszymi paczkami całą grupą. A myśmy wiedzieli, że jak pociąg zwalnia, to są Niemcy. Kolejarze, proszę pani, zdali egzamin na 102 w czasie wojny. Więc pociąg zwalnia i my wszyscy oknem wyskakujemy. Oni zostawili paczki w pociągu, a ja swoją zabrałam. Co ja potem z tego powodu miałam! Siedzieliśmy w rowie, oni skubali słoninę z mojej paczki i popijali wódką. A jeden z nich do mnie mówi: – Wiesz co, Marylka, ja ci powiem, twoja matka to się z Żydem skurwiła, bo ty masz żydowski łeb! Ja strasznie zaczęłam płakać, ale to miał być przecież komplement, że ja taka zaradna jestem. 


Porozmawiajmy jeszcze o Pani współpracy z AK przed powstaniem. 
– Ja przede wszystkim byłam łączniczką tego Rudnickiego, który mnie wciągnął. Odbijałam gazety, informacje z Londynu, i roznosiłam je po różnych miejscach. Do dziś jestem w przyjaźni z koleżanką z tamtych czasów, Marysią Orlikowską z Warszawy, z którą byłyśmy razem w powstaniu na Starówce [Batalion „Łukasiński”] i myśmy ją z kolegami na rękach stamtąd wynieśli, bo ona była ranna w nogę. 
Przysięgę Pani składała? 
– Tak, był u nas taki sympatyczny ksiądz i on mnie zaprzysięgał. 
Nie miała Pani z tym kłopotu? 
– Nie, żadnego! Ale opowiem pani coś o przysiędze. Jeszcze przed powstaniem, na Pradze, w jakimś domu, młodzi ludzie mieli złożyć przysięgę. I ten ksiądz powiedział, że Marylka, to znaczy ja, ma go tam zaprowadzić. Weszliśmy do mieszkania, tam byli sami mężczyźni, chłopcy raczej. I w tym momencie zajechała pod dom buda. I proszę pani, ta właścicielka mieszkania tak się przestraszyła, i ja się przestraszyłam. Co będzie? Zobaczą tyle ludzi! Wie pani, wtedy umysł tak szybko pracował. Tam była matka właścicielki, staruszka. To ja powiedziałam: włóżcie ją do łóżka, ksiądz usiądzie obok, a my powiemy, że staruszka kona, a to ostatnia spowiedź. I oni pukają do drzwi, wchodzą, staruszka z różańcem w łóżku, ksiądz nad nią pochylony, młodzieńcy smutni bardzo, Niemcy przeprosili uprzejmie i wyszli. Ale ja już do tego mieszkania więcej wejść nie mogłam. Ta staruszka mnie znienawidziła, nazwała imieniem na „k” i powiedziała, że ja śmierć na nią ściągnąć chciałam. To nas naprawdę uratowało. Ja bardzo to przeżyłam, że ona tak mnie przeklęła. Teraz to rozumiem, że starszy człowiek jest bardzo uczulony na temat śmierci, a ja ją przecież prawie pochowałam. 
Chaim Lazar napisał, że była Pani dowódcą grupy kobiecej w powstaniu. 
– To była grupa łączniczek i sanitariuszek. Myśmy mieli dowództwo w Hotelu Polskim na Długiej. I tam właśnie zginął Rudnicki i jego zastępca. Do tej piwnicy, w której oni byli, wpadła bomba. 
Czy poza Rudnickim ktoś jeszcze wiedział w AK, że Pani jest Żydówką? 
– Nikt nie wiedział. Pani kochana, ja byłam tyle czasu w obozie, codziennie się modliłyśmy i ja na jednej pryczy spałam z dziewczynami. Jak ja tę moją Marysię spotkałam po wojnie i powiedziałam jej, kim jestem – ona o mało nie zemdlała. – Jak to możliwe, żebym ja niczego nie podejrzewała?! Ona jest bardzo wierzącą katoliczką. 
A Pani jest wierząca? 
– Nie. Nie, teraz już nie. Ja jestem rozżalona – jeżeli jest Bóg, to on jest wszechmocny. To jaki on jest Bóg, jeśli mógł patrzeć, że się spaliło milion dzieci?! Ja już nie umiem wierzyć. Ale ja nie jestem kompletna ateistka – we mnie się ciągle wszystko buntuje, ja jestem skłócona z sobą. Czasami bardzo chcę wierzyć. Przede wszystkim nie lubię, jak się mówi „ich Bóg, nasz Bóg”, albo jest, albo go nie ma i jeśli jest, to jest jeden. Jak się go zaczyna rozmieniać, to jest początek tragedii. Kiedyś, w getcie warszawskim, ja się pytałam jednego rabina: powiedz mi pan, jeżeli ten Bóg wybrał nas na męki, to dlaczego ja, która nie jestem podobna do jego wybrańców, mam większą szansę uratowania, a moje dwie siostry, wspaniałe kobiety, ale ciemne – nie miały żadnych szans. Mój ojciec też nie miał szans. I ten rabin zaczął strasznie płakać i powiedział mi: moje dziecko, ja nie mam dla ciebie odpowiedzi. Do dziś żałuję, że tak tego rabina skrzywdziłam tym pytaniem, że doprowadziłam go do takiego lamentu. 


Czy Pani jakoś łączyła te dwie konspiracje: polską i żydowską? Czy przez AK załatwiała Pani coś dla ukrywających się Żydów? 
– Nie. Bermanowie mieli większe możliwości ode mnie. Ja byłam tylko łączniczką w AK. Chcę pani coś powiedzieć. Ja w AK słyszałam dużo złych rzeczy o Żydach, ale słyszałam też i dobre rzeczy. Bo ludzie są różni. Ja bardzo się buntuję, jak ktoś mówi: bo Żydzi tacy są albo Polacy tacy są. Nie ma czegoś takiego. Ludzie są różni. Moja mądra mama mówiła: widzicie dzieci, każden palec, choć z tej samej ręki, jest inny. A co dopiero ludzie należący do jednego narodu. I co do Polaków: ja nie mam żalu, że wielu się nie chciało dla nas narażać, ja nie wiem, jakbyśmy my postąpili. Ale za szmalcowników mam wielki żal! A z drugiej strony: każdy z nas, który się uratował, nie mógłby się uratować, gdyby nie pomoc Polaków. 
Czy Pani miała do czynienia ze szmalcownikami? 
– Tak, proszę pani. Miałam kolegę w Radzyminie, razem do szkoły chodziliśmy, a nasi rodzice byli zaprzyjaźnieni; to była wyjątkowo przyzwoita rodzina. Jak po wojnie pojechałam do naszego miasta i opowiedziałam jego ojcu, co mi się przydarzyło – on się strasznie rozpłakał. Ta rodzina nic nie wiedziała o tym, co syn robił w Warszawie, oni myśleli, że on tam żyje z handlu. 
A co się Pani przydarzyło? 
– Szłam w Warszawie ulicą z Pajewskim, a za nami szło dwóch, jeden z nich taki rudzielec, to był ten mój kolega z Radzymina. I oni zażądali pieniędzy. Pajewski poszedł po Rudnickiego, a ja z nimi czekałam w kawiarni. Rudnicki przyszedł, zapłacił i oni nas puścili. A potem, jak wybuchło powstanie, to ten rudzielec i jego kolega mieli już wyrok z AK, bo oni nie tylko szantażowali Żydów, ale i wydawali polskich oficerów. I ja musiałam go jeszcze spotkać! I znowu on chciał mnie prowadzić do Niemców i Rudnicki znowu mnie uratował. Kazał mi się odsunąć, chłopaka zabrał gdzieś za róg i go rozstrzelał, bo on już miał wyrok śmierci. 


Kiedy Pani wyjechała z Polski? 
– Pod koniec 1950 roku. Ja w 1946 wróciłam do Polski. Ja zawsze się bałam, że mogą mnie aresztować – byłam przecież podwójną faszystką: przed wojną Bejtar, a potem AK. Ale nie. Zrobiłam jakieś kursy i byłam urzędniczką w komitecie żydowskim na Targowej. Mój brat Michał był przewodniczącym organizacji Jichud. Wyszłam za mąż, urodziłam córkę, chociaż sobie postanowiłam, że jeśli przeżyję, to nie będę miała dzieci po tym, co widziałam... Pojechałam raz do Poniatowa, żeby kogoś wyprowadzić, tośmy trafili z Pajewskim na akcję. Oni tam stale kopali rowy. Ale oni nie wiedzieli, że te rowy są dla nich... 

Czy jeszcze o czymś chciałaby Pani opowiedzieć? 
– Tak. Chciałabym opowiedzieć o pewnym chłopcu. Szłam z nim kiedyś na Moście Kierbedzia, akowiec, on od nas prasę odbierał. A ja miałam ten sam płaszcz zimowy co przed wojną. I za mną ktoś nagle mówi: – Oj Róźka, jak to dobrze, żeś ty nie poszła razem ze wszystkimi. To była moja szkolna koleżanka, Mikołajewska się nazywała. Ona mi nie chciała zrobić krzywdy, ale we mnie krew zastygła. I ona zatraciła się kompletnie. I mówi, taka zmieszana: – Może coś potrzebujesz? Pieniędzy? Ja powiedziałam: – Wszystko mam, i myśmy odeszli. Szliśmy przez most i ust oboje nie otwieraliśmy. Ale ja sobie myślałam: no, cóż, przecież każden z nas chodzi ze śmiercią pod pachą. Ja nie liczyłam, że ja przeżyję, próbuję tylko. I w końcu ten chłopiec się odzywa: – Dlaczego ty nic nie mówisz, ty się mnie boisz?! – Słuchaj, ja ciebie przecież nie znam. Ale to był bardzo przyzwoity chłopak, siedział w gestapo. Chyba zginął, bo po powstaniu rozpytywałam o niego i nikt nic nie wiedział. Ten chłopak pytał mnie o to, o co pani pytała: ty masz tyle na głowie, dlaczego ty jeszcze wstąpiłaś do AK? – Czuję potrzebę być aktywna – powiedziałam jemu – i już. Zaprosił mnie kiedyś do swojej ciotki, urocza kobieta. Po jakimś czasie zorientowałam się, że ona pomaga Żydom. Ale ona nie mówiła, a ja nie wypytywałam; tyle tylko, że wiedziałam, że zawsze, w każdej sytuacji, mogę do niej pójść. 
Jak ona się nazywała? 
– Nie wiem, ja jej nazwiska nie znałam. Pani Barbara. Pamiętam, że mieszkała na Wilczej. On miał pseudonim „Batory”, zginął chyba. To był taki piękny chłopak. 
Piękny? 
– Tak, wysoki, szczupły, taki jasny chłopak o niebieskich oczach. 

Tel Awiw, grudzień 2000

Anka Grupińska wydała ostatnio reportaże o kobietach chasydzkich („Najtrudniej jest spotkać Lilith”) i rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego („Ciągle po kole”). Stale współpracuje z „TP”.


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl