„Niewierzący i Kościół”

Tajemnice niewiary

MICHAŁ OKOŃSKI

 

Przerwany na początku lat 90. „zimną wojną religijną” dialog wierzących i niewierzących, chrześcijan i agnostyków, biskupów i duchowych spadkobierców antyklerykalnej lewicy, wchodzi w nowy etap. Polem spotkania jest już nie polityka, a obrona podstawowych wartości w nauce i kulturze; budowa społeczeństwa opartego na afirmacji wolności, ale także na świadomości, że nie wszystko człowiekowi wolno.

Przed blisko trzynastoma laty, 31 maja 1988, w siedzibie Sekretariatu Episkopatu Polski odbyło się sympozjum „Niewierzący a Kościół”, zorganizowane przez Komisję Episkopatu do spraw Dialogu z Niewierzącymi. Rok później mocno ocenzurowane materiały z tamtego spotkania (referaty ks. Józefa Tischnera i Adama Michnika, oraz wypowiedzi m.in. Marka Edelmana, Bronisława Geremka, bpa Kazimierza Majdańskiego, Tadeusza Mazowieckiego, Artura Międzyrzeckiego, bpa Alfonsa Nossola, kard. Paula Pouparda, o. Jacka Salija, Jana Strzeleckiego i Klemensa Szaniawskiego) opublikował miesięcznik „Znak” (nr 2-3/89). Było to zwieńczenie wieloletniego procesu zbliżania ludzi Kościoła i laickiej inteligencji. Po stronie katolickiej do spotkania dążyły przede wszystkim środowiska skupione wokół „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku”, „Więzi” i Klubów Inteligencji Katolickiej (a najgłośniejszą książką, przygotowującą grunt, były „Rodowody niepokornych” Bohdana Cywińskiego); po stronie „laickiej” przełomowe okazało się opublikowanie przez Adama Michnika „Kościoła, lewicy, dialogu”. „Polski kształt dialogu” formował się w obliczu starcia z komunizmem i przybrał na sile po 1981 r. „W stanie wojennym Kościół bez lęku otwierał się na myślących inaczej – wspomina dzisiaj własne, ale przecież nie tylko, doświadczenia, Andrzej Osęka. – To z jego strony wychodziła inicjatywa dialogu, gotowość rozmowy – a także pewne proste niby, a zdumiewające propozycje strategiczne, prawdy życiowe. Na przykład: »Zło dobrem zwyciężaj«”. Mury kościołów, łamy prasy katolickiej stwarzały przestrzeń dla niezależnego życia kulturalnego. „Raduję się, że intelektualiści, artyści, ludzie kultury znajdują w Kościele przestrzeń wolności, której nieraz brakuje im gdzie indziej – mówił podczas pielgrzymki do Polski w r. 1987 Jan Paweł II. – I że dzięki temu odkrywają istotę i rzeczywistość duchową Kościoła, którą wcześniej widzieli jakby z zewnątrz. Ufam też, że Kościół polski odpowie w pełni na zaufanie tych ludzi przychodzących nieraz z daleka i znajdzie język, który trafi do ich umysłów i serc”.
W takim klimacie odbywało się tamto majowe spotkanie w siedzibie Episkopatu. Otwarta rozmowa, w której brali udział m.in. przyszły premier, przyszły minister spraw zagranicznych czy przyszły redaktor naczelny najważniejszego polskiego dziennika, atmosfera zaufania, by nie rzec – przyjaźni, poczucie, że sam dialog wierzących z niewierzącymi znajduje się w centrum najważniejszych spraw tamtego czasu, a wreszcie – nadzieja na dalsze zbliżenie.
O tym, że w następnych miesiącach i latach ta nadzieja legła w gruzach nie trzeba nikogo przekonywać. Z jednej strony poczucie zagrożenia „państwem wyznaniowym”, z drugiej – obawa przez zepchnięciem do „katolickiego getta”, próby instrumentalizacji religii w kampaniach politycznych, spory o miejsce wartości chrześcijańskich w ustawodawstwie, zmiana tonu publicznej debaty, która historykowi Kościoła ostatniej dekady kazała ukuć sformułowanie „zimna wojna religijna” – wszystko to spowodowało, że dialog wierzących z niewierzącymi (przy całej umowności obu pojęć, o czym będzie jeszcze mowa) znalazł się właściwie w punkcie wyjścia.

SPOTKANIE PO LATACH

Trzynaście lat po tamtym sympozjum, 19 kwietnia 2001, w tym samym miejscu, z inicjatywy tych samych instytucji (miesięcznika „Znak” i, będącego odpowiednikiem dawnej Komisji, Komitetu Episkopatu ds. Dialogu z Niewierzącymi) doszło do ponownego spotkania na temat „Niewierzący a Kościół”. Zaproszeni byli wszyscy żyjący uczestnicy dyskusji sprzed lat, ale mogli (chcieli) przybyć jedynie niektórzy: ks. Michał Czajkowski, ks. bp Bronisław Dembowski, ks. Jan Pałyga, Jarosław Gowin, Marcin Kula, Tadeusz Mazowiecki, o. Jacek Salij. Zamiast dwóch referatów, wygłoszono sześć: podczas pierwszej sesji („O czym rozmawiamy: Wiara i niewiara dzisiaj”) mówili Barbara Skarga i Karol Tarnowski, podczas drugiej („Co nas różni, o co możemy się wzajemnie wzbogacić”) – o. Jacek Salij i Andrzej Osęka, podczas trzeciej („Co możemy wspólnie zrobić”) – Andrzej Paszewski i Łukasz A. Turski. W dyskusji brali udział m.in. Helena Eilstein, ks. Tomasz Węcławski, o. Wacław Hryniewicz, Ryszard Bugaj, Krzysztof Dorosz, Tadeusz Szawiel i Jan Turnau.
Trudno szczegółowo referować przebieg sesji, tym bardziej, że jej zapis znajdzie się wkrótce w miesięczniku „Znak”. Warto wszakże zwrócić uwagę na znamienne różnice obu debat. Przede wszystkim, na niemal całkowitą nieobecność problematyki politycznej wiosną 2001. Padały wprawdzie przykłady sytuacji, w których „stanowiska ideologiczne i polityczne nie dające się pogodzić z wiarą chrześcijańską” sprawiają wrażenie poręczonych przez Kościół (to cytat z Jana Pawła II, przywołany przez o. Salija); mówiono o tym, jak szkodzi Kościołowi brak zdecydowanej reakcji na antysemickie wybryki ks. Jankowskiego („Gdyby powiedział, że popiera antykoncepcję, nie wytrwałby na parafii 24 godzin” – zauważył prof. Andrzej Paszewski) czy kolportowanie w kościołach antysemickiej literatury (Barbara Skarga mówiła o „Protokołach mędrców Syjonu”, które można dziś kupić w sanktuarium w Gierzwałdzie), ale ani na moment podobna tematyka nie zdominowała dyskusji, a niejako dla proporcji o. Jacek Salij mówił o „wręcz fizycznym bólu”, jaki odczuwa, gdy w mediach słyszy, że „wszystko co leniwe, nietolerancyjne, zapyziałe, zaściankowe, głupie, to »Polska parafialna«, albo »Polska narodowo-katolicka«”. Inna rzecz, że – co przypomniał w polemice z Osęką Zbigniew Nosowski – nie ma co idealizować sytuacji lat 80. Już w maju 1988 mówiono o kościele przy ul. Zagórnej, gdzie sprzedawano literaturę antysemicką, o działalności Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”, czy o niechęci, jaka ze strony wielu ludzi Kościoła spotykała członków KOR-u.
Kolejna, choć nienajważniejsza różnica, to obniżenie rangi hierarchicznych przedstawicieli Kościoła w debacie. Po wyjściu (jeszcze w trakcie pierwszej sesji) bpa Stanisława Gądeckiego, na sali pozostał jedynie biskup Dembowski, o którym – co półżartem powiedział ktoś z „drugiej strony” – i tak wiadomo, że z biskupami Pieronkiem, Życińskim i Muszyńskim zalicza się do „frakcji Żydów” w Episkopacie. Szkoda, że organizatorzy nie pomyśleli o innych biskupach: przecież nawet najuważniejsza lektura stenogramu konferencji nie zastąpi spotkania twarzą w twarz, możliwości zadania pytania, wspólnego doprecyzowania odpowiedzi...

OBRONA MYŚLENIA

Dzisiejsza rozmowa wierzących z niewierzącymi, to przede wszystkim zejście do źródeł. Barbara Skarga mówiła o znaczeniu wymiaru metafizycznego w kulturze; przypominała, że historię kultury europejskiej można przedstawić w postaci dziejów metafizycznych tez i ich oddziaływania na ludzi. Heidegger obarczył wprawdzie metafizykę odpowiedzialnością za powstanie cybernetycznego, stechnicyzowanego świata: wszak zrodzone przez metafizykę nauki oderwały się od niej, usamodzielniły, „pozwoliły latać na księżyc, ale jednocześnie zapomniały o swych humanistycznych źródłach, czyniąc z naszego społecznego istnienia wielką poddającą się rachunkom maszynę, całkowicie zorientowaną na materialne potrzeby”. Skarga twierdzi jednak, że wina za taki stan rzeczy nie leży po stronie metafizyki, a przeciwnie: tych, którzy ją odrzucili...
Pierwszy punkt spotkania byłby więc w znalezieniu odpowiedzi na pytanie, czego należy w naszej kulturze bronić, co w niej – zrodzonej z metafizycznego ducha – zawsze było i pozostało cenne. Skarga odpowiadała (co później entuzjastycznie podchwycił ks. Jan Pałyga), że należy bronić myślenia. Myślenie nie jest tożsame z wiarą, ma świadomość swej niezależności, chce „wiedzieć, nie wierzyć”. Ale ponieważ jest bez granic, „z samej swej istoty sięga ku nieskończoności, ku temu, co przekracza obecność otaczającą człowieka, to ludzkie tu i teraz”. Rzecz jasna, myśl jest rozdarta: nieraz wspomaga zło lub wręcz je tworzy i nieustannie usiłuje z nim walczyć – Pani Profesor wypowiadała te słowa w kolejną rocznicę powstania w warszawskim getcie.
O ciężarze XX-wiecznego zła mówił także Karol Tarnowski – nie tylko jako o barierze uniemożliwiającej akt wiary, ale o przyczynie pojawienia się „niewiary w łonie wiary”. Mówiąc o duchowej sytuacji naszego czasu, krakowski filozof wskazywał na utratę pewności jako tradycyjnego rdzenia wiary. Wątpliwości padają przy tym na grunt „mentalności postmodernistycznej”, której główną właściwością jest „relatywizm i nieufność względem pojęcia prawdy jako takiej”. Rozwija się „wiara obojętności” – z jednej strony indyferentyzm doktrynalny, obojętność na treści wierzeń, z drugiej rozziew między zgłaszanym akcesem do wiary, a radykalnym brakiem wrażliwości moralnej: „Jeśli młodociany morderca może natychmiast po morderstwie służyć do mszy i przystępować do komunii św. albo matki nominalnie katolickie katować swoje dzieci – to znaczy, że wkroczyliśmy w nową jakość wiary”. Jedną z reakcji na „wiarę obojętności” jest religijny fundamentalizm.

SPOŁECZEŃSTWO EKUMENICZNE

W czym mogą spotkać się wierzący i niewierzący? Tarnowski mówił o „inicjacji w wyższe wartości, przede wszystkim moralne, prowadzące do rozeznania co dobre, a co złe” – potrzeba wychowania etycznego, zwłaszcza w szkole, jawiła mu się jako bodaj ważniejsza niż szkolne wychowanie religijne. Deklarująca się jako niewierząca Helena Eilstein definiowała moralność jako postulat czynnej solidarności z każdą jednostką mogącą cierpieć. Tymczasem również deklarujący się jako niewierzący (co nie znaczy areligijny) Andrzej Osęka mówił o grze komputerowej, która polega nie tylko na strzelaniu do ludzi, ale i ignorowaniu ludzi więzionych w klatkach (za ich wypuszczenie, a więc gest miłosierdzia, traci się punkty).
To tylko jeden, mniej pewnie groźny, z przykładów wkraczania cywilizacji w rejony „antyewangeliczne”. Najbardziej pesymistyczny uczestnik dyskusji, o. Jacek Salij („Każdy dialog wymaga jakiegoś minimum duchowej wspólnoty. Otóż można się obawiać, że w dzisiejszej sytuacji kulturowej tego minimum między wierzącymi i niewierzącymi już nie ma. Do niedawna łączyła ich aprobata dla moralnych przykazań Dekalogu. Dzisiejszy permisywizm w samej idei jakichś przykazań widzi źródło i przejaw mentalności represyjnej.”) wyliczył katalog kwestii, którym chrześcijanie się sprzeciwiają „jednoznacznie i bez zamiarów szukania konsensu”: legalną aborcję i eutanazję, narastające „tak” dla eugeniki, pornografię i narkotyki, oraz „tendencje do prawnej dyskryminacji tradycyjnej rodziny, zbudowanej na małżeństwie mężczyzny z kobietą”. Sprawa, oczywiście, wywołała kontrowersje (Helena Eilstein pytała np., w czym przyznanie partnerom homoseksualnym prawa do dziedziczenia dyskryminuje tradycyjną rodzinę), choć przecież sprzeciw wobec wymienionych zjawisk nie musi dzielić wierzących i niewierzących.
Najdramatyczniej stanęła sprawa eutanazji. Prof. Eilstein, w bardzo osobistym tonie, mówiła, że samo pojęcie godności zakłada prawo dysponowania swoim życiem aż do śmierci. „Kiedy myślę o tym, że będę w sytuacji, w której nie będę mogła sama zakończyć życia, a ktoś mi nie pomoże, czuję strach”. Z tym stanowiskiem polemizowali przede wszystkim inni przedstawiciele „strony niewierzących”. Andrzej Osęka przypomniał, że jednym z najlepszych artykułów przeciwko prawnej legalizacji eutanazji był opublikowany na łamach „TP” tekst deklarującego się jako agnostyk Romana Zimanda. Prof. Łukasz Turski mówił o eutanazji jako problemie skrajnej samotności człowieka cierpiącego.
Turski opowiadał też o sytuacji we współczesnej nauce. Sam definiując się jako „areligijny”, mówił, że od lat nie obserwuje już sporów między wierzącymi a niewierzącymi naukowcami. „Poważni” naukowcy zgadzają się bowiem, że w naukę i edukację muszą być wbudowane wartości. Wtórował mu prof. Andrzej Paszewski – obaj apelowali o uzgodnienie swoistego „minimum etycznego”, które znalazłoby odzwierciedlenie choćby w legislacji dotyczącej bioetyki czy klonowania. Warto dodać, że przerażenie niekontrolowanym rozwojem eksperymentów biotechnicznych podzielali niedawno uczestnicy niezwykłego dialogu „W co wierzy ten, kto nie wierzy” („Życie duchowe” nr 26/2001) – Stanisław Lem i ks. Stanisław Obirek. „Stoi przed nami prawdopodobieństwo zrujnowania biologicznych podstaw naszego gatunku” – pisał autor „Dzienników gwiazdowych”. „To prawda, że w przypadku np. legalizacji aborcji nie ma wspólnego rozwiązania – dodawał w Warszawie prof. Turski. – Ale możemy chociaż zgodzić się co do tego, że przerywanie ciąży nie jest środkiem antykoncepcyjnym”. „Dla wielu osób niewierzących fakt, że biologia nie dostarcza kryteriów pozwalających na ustalenie, od którego momentu rozwoju embrionalnego stajemy się człowiekiem, jest argumentem przeciw aborcji i instrumentalnemu traktowaniu embrionu” – mówił Paszewski.
Z dyskusji w siedzibie Konferencji Episkopatu wynikało, że wierzącym i niewierzącym łatwo będzie wspólnie stawiać czoło wyzwaniom społeczno-gospodarczym, jak bezrobocie czy zagrożenia ekologiczne. „Wierzący mówią o pokorze wobec Boga i jego praw. Niewierzący też mogą mówić o pokorze – wobec przyrody i jej praw” – mówiła Helena Eilstein, przywołując bezrozumne wycinanie lasów, dziurę ozonową itp. Z kolei Krzysztof Dorosz przypominał, że pojęcie odpowiedzialności, łączone w przypadku wierzących z odpowiedzialnością wobec Boga, nie jest obce współczesnym liberałom: jestem wolny, więc – niejako z definicji – jestem odpowiedzialny.
Podczas spotkania przywołano słowa Tadeusza Mazowieckiego, wypowiedziane na konferencji przed trzynastoma laty. Mówiąc o zacieraniu się we współczesnej cywilizacji i kulturze świadomości granic, jakie – pod groźbą autodestrukcji – muszą być szanowane, przyszły premier apelował nie tyle o budowę społeczeństwa pluralistycznego, ale – używając określenia Richarda von Weizsaeckera – „ekumenicznego”: „Społeczeństwo ekumeniczne, to społeczeństwo różnych rodzin duchowych, które się spotykają; społeczeństwo, w którym istnieją uznawane przez wszystkich wartości podstawowe, zbudowane z jednej strony na głębokiej afirmacji wolności, a z drugiej – na świadomości, że nie wszystko człowiekowi wolno”. Budowniczymi społeczeństwa ekumenicznego byli niewątpliwie, przywoływani przez Andrzeja Osękę, Sprawiedliwi – jak Jan Józef Lipski, agnostyk, postępujący według najlepiej pojmowanych zasad miłości bliźniego. „Sprawiedliwi – mówił krytyk sztuki – znajdują się bowiem także wśród tych, których nie obligują do właściwego postępowania tablice, przekazane przez Boga. Ten fenomen wielu wierzącym wyda się niepojęty, sądzę jednak, że powinni go przyjąć do wiadomości, jako podstawę dalszego dialogu”.
Dziś mamy społeczeństwo pluralistyczne, na trudności w budowie społeczeństwa ekumenicznego wskazywał Ryszard Bugaj. „Znam bardzo wielu ludzi, którzy są skłonni protestować przeciwko kolportowaniu czasopism antysemickich i wielu takich, którzy chcą protestować przeciwko kolportowaniu pornografii. Problem w tym, że oba zbiory niemal się nie pokrywają”. Inny przykład to ci, u których potępianie zbrodni komunizmu nie łączy się z potępianiem zbrodni popełnionych w imię walki z komunizmem (i odwrotnie). „Dwóch dżentelmenów, moich znajomych zresztą, pojechało do Pinocheta z ryngrafem Najświętszej Panienki, Księże Biskupie” – mówił Bugaj (bp Dembowski: „Ja ich o to nie prosiłem”).
Ta ostatnia wymiana zdań świadczy o sile i słabości konferencji „Niewierzący a Kościół”. Z jednej strony można się cieszyć, że są wciąż w Polsce środowiska, które mimo wszystkich różnic chcą ze sobą rozmawiać, nie dają się umieścić za murami Wandei i w okopach Oświecenia. Z drugiej – skład uczestników spotkania zbyt może był przewidywalny... Choć, jak zauważył o. Salij, żeby dialog miał sens, trzeba spełnić kilka warunków – m.in. „szacunek dla partnera, chęć zrozumienia go, rzetelną gotowość do weryfikowania swoich i cudzych poglądów”. Goście sympozjum niewątpliwie spełniali te kryteria, a jego atmosfera, wręcz wzruszenie, które można było zauważyć u niewierzących uczestników dialogu, żegnających się z biskupem Dembowskim, pokazały, że rozmowę trzeba kontynuować.

CO MAM POWIEDZIEĆ

A wiara i niewiara? Wkraczamy w rzeczywistość tajemniczą. Tym bardziej, że – jak mówił Krzysztof Dorosz – napięcie przebiega nie tylko między wierzącymi i niewierzącymi, ale także w głębi duszy każdego człowieka. „Nasza wiara tak często ociera się o niewiarę” – dodawał ks. Wacław Hryniewicz, przywołując Pawłowe „po części bowiem tylko poznajemy”, „teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” (1 Kor 13, 9 i 12). Karol Tarnowski podkreślał, że nawet dojrzała wiara jest nieustannie poddawana próbie i pokusie negacji Absolutu, która może przekształcić się w niewiarę. Zamiast odpowiedzi można więc przytoczyć, zacytowany podczas warszawskiej konferencji przez ks. Tomasza Węcławskiego, wiersz Stanisława Barańczaka „Co mam powiedzieć”:


Który to świat, czy ten? Nie w takt,
niespodziewane
targnięcia wiatru szarpią rozespanym niebem.
Co mam powiedzieć, wie, że będzie powiedziane.

Furkot wróbla. Filc piłki uderza o ścianę
garażu. Szum z odległych szos. Znów,
po raz nie wiem
który: to świat, czytelne „tak”, niespodziewane

przybicie stempla słońca na kolejny ranek,
którego mogło nie być, a jest, cały, jeden.
Co mam powiedzieć? „Wierzę”? Będzie
powiedziane

tak wiele słów, a żadne nie złożą się w zdanie
proste oznajmujące o Wiedzącym Niemym,
który, osiadłszy w tętnie, tka niespodziewane

skrzyżowania przypadków na tej jednej z planet,
w jednym z ciał, między jednym a następnym
mgnieniem.
Co nam w powiewie, w wietrze będzie
powiedziane

na ucho, to się może w głębi krtani stanie
słowem, uwięzłym między podziwem a gniewem,
które będzie trwać, niespodziewane.
Co mam powiedzieć – wierzę – będzie
powiedziane.


Michał Okoński


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl