Gdzie czytać „Tygodnik”?

JÓZEFA HENNELOWA

 

Odpowiedzmy miejscownikiem: w domu przy biurku albo przy stole, w bibliotece przy pulpicie, w wagonie kolejowym, w tramwaju, na ławce w parku. Nie wszędzie da się? Dlaczego? Podobno z powodu wielkości stron, nieraz od góry do dołu zadrukowanych. Ale czy to aby prawda?
Od dziesiątków lat (pierwszy raz jeszcze u końca lat pięćdziesiątych) format „Tygodnika” stanowi główny znak zapytania, gdy redakcja rozważa, co w nim zmienić i ulepszyć. Że o tym wciąż się myśli, to najnormalniejsza rzecz w każdej redakcji. Tym bardziej, gdy konkurencja rośnie, jak teraz, na wolnym rynku. Zawsze można jeszcze dodatkowo próbować kierować uwagę odbiorcy na to, co dla redagujących najważniejsze, co najbardziej chcą przekazać czytelnikowi. Jest na to setka sposobów i nie wynaleziono jeszcze wszystkich. Ale czy akurat format pisma też do tych najważniejszych sposobów należy? Dla wielu pomysłodawców – jak najbardziej. Dla innych jednak – wręcz przeciwnie. W anonsujących (doprawdy przedwcześnie) nasze ewentualne plany materiałach w poświątecznej „Gazecie Wyborczej” za najważniejsze pożądane zmiany uznane zostały właśnie: format i tzw. przystępność publikacji. Jest to zapewne punkt widzenia głównego rozmówcy autorki artykułu, pana Lindenberga, tyle że wcale nie musi podzielać go cały zespół redakcyjny. Dotyczy to zwłaszcza tej drugiej cechy odnowionego „Tygodnika”: przystępności. Jeśliby to znaczyło tylko, że każdy bez wyjątku materiał pisany będzie jeszcze lepszym stylem, jeszcze bardziej precyzyjnie, a nadto z osobistym autorskim akcentem, pozwalającym czytelnikowi na nawiązanie kontaktu z autorem, a nie tylko z jego tematem – dlaczegóżby nie? Czymże innym porywał Kisiel czy Tadeusz Żychiewicz w najodleglejszej epoce, zawsze Jerzy Turowicz, a aż do ostatka ks. Józef Tischner na przykład? Każdy wie jednak, że przystępność może być celem sama dla siebie i cechować teksty, w których autor do powiedzenia nie ma nic a nic. A wtedy biada nam – przystępny „Tygodnik” piszący o niczym nie miałby żadnej racji bytu. Nawet gdyby dało się go faktycznie czytać (a może raczej przeglądać) nie tylko w pociągu, ale nawet w metrze i na ruchomych schodach. Tak więc doradca podsuwający ciekawe sposoby uwydatniania najcenniejszej zawartości numeru nie musi być wyrocznią, i wolno jego rady odrzucać. W tej mierze trzeba Czytelników, zaniepokojonych przedwczesną sensacją lansowaną w „GW”, zdecydowanie uspokoić. „Tygodnik” nie zamierza być atrakcyjnym magazynem z obrazkami przerywanymi tu i tam linijką „przystępnego” podpisu. Jako dowód niech służy tytuł niniejszego felietonu. Nasz sekretarz stwierdził w „Wyborczej”, iż doradca przekonał redaktorów, by z tytułów usuwać znaki zapytania, mające ponoć świadczyć, że redakcja „nie wie do końca, czy to co pisze, to prawda”. Otóż tytuł ze znakiem zapytania wcale nie musi być hamletyzowaniem albo ostrożną kombinacją. Może być zaproszeniem do myślenia albo nawet oczekiwaniem, że to czytelnicy odpowiedzi udzielą. I stąd taki właśnie tytuł dałam dzisiaj.
Józefa Hennelowa

PS. A czytelnicy już zareagowali. Listy nadchodzące pocztą elektroniczną i zwykłą są wszystkie serdeczne i w swoim niepokoju dające do myślenia. Dotychczas dominuje bowiem teza: odpowiada nam taki „Tygodnik” jaki jest, potrafimy go czytać wszędzie, mimo jego formatu i rozmiaru artykułów. A więc? Jeszcze jeden znak zapytania. J. H.


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl