Niemcy, Żydzi, Polacy

Białe nasiona

HALINA BORTNOWSKA

 

Mamy obowiązek walki z zatruciem śmiercią i pogardą. Uznanie siebie za współwinnych (czy obciążonych dziedzictwem winy) nie musi naruszać naszej tożsamości ofiar, znających cierpienie i straszny los. Przeciwnie, powinno tę świadomość uzdrowić – otworzyć na ból współczucia z ofiarami naszych złych czynów.

Birkenau – lata sześćdziesiąte

Nie pamiętam, jakie ruiny przegarnialiśmy łyżeczkami, stojąc i klęcząc w dość głębokim wykopie porośniętym gęstą murawą. Czy to była komora gazowa, czy krematorium? Na pewno miejsce śmierci.
Po raz pierwszy zgodziłam się zobaczyć Auschwitz. Tyle lat bałam się tego. Teraz, koło mnie, w tym samym milczeniu, pracowali młodzi Niemcy z Akcji Znaków Pokuty. Obserwowałam pastora W. Co się kryje za powolnymi ruchami i skupioną twarzą? Co ma wyrazić milczenie? Co on czuje, co oni czują? Czy to w nich po prostu jest, czy wymuszają to na sobie? Pamiętam, że W. wyniósł z tego wykopu młodą żabkę. Zrobił to z ostrożną uwagą, jakby ratował coś cennego.
Potem opowiedziałam o tym koleżance, która dziwiła się mojemu udziałowi w oświęcimskim spotkaniu.
– Oni są sentymentalni. Ale ludziom zrobili to, co zrobili – skwitowała.
– Przecież nie ten pastor! On był wtedy dzieckiem!
– Ale chodzi mu o tamtych. To jest jego naród, jego rodzina. Dla nich czegoś u nas szuka i nie nabieraj się na to.
Z Magdeburga pisali do „Znaku” listy. Najpierw po niemiecku, potem nieporadną polszczyzną. Pisali o znakach pokuty, prosili o kontakt, dialog, o przebaczenie. Długo nie odpowiadaliśmy. Potem, w któreś Boże Narodzenie, a może na Wielkanoc odpisaliśmy, dziękując za życzenia. Tak się zaczęło.
Pojechałam do Oświęcimia. I w inne miejsca. I wreszcie do Drezna, gdzie znów wybieraliśmy trawę i ziemię z ruin Szpitala Diakonisek, zrównanego z ziemią w pamiętnym nalocie dywanowym. Byli tam też Holendrzy i Anglicy. Znów milczeliśmy razem długie godziny, pochyleni nad gruzem i warstwami popiołu.
Nie zrozumiałam tego od razu. Nie rozumiałam bardzo długo, ale zgodziłam się wewnętrznie, że ten proces ma trwać, że mają się we mnie tworzyć pokłady tego doświadczenia. Po latach spotkań byłam już w stanie zdać sobie sprawę, w czym uczestniczyłam i w czym nadal, choć w innej formie, biorę udział.
Z wielu szczególnych względów jest właśnie pora, by o tym przypomnieć.

Droga znaków pokuty

Trzeźwiejący alkoholik stwierdza: „Jestem alkoholikiem”. To jest prosta, materialna prawda, która uzdrawia, jeśli jest uznana rzeczywiście, konkretnie, bez obronnych zastrzeżeń. Tak też chcieli uznawać swoje winy i winy przodków ludzie Znaków Pokuty. Uznanie win przodków mieli za ważne i konieczne po to, by nie wybrać łatwej drogi odcięcia się od nich, wyparcia, zapomnienia, zacierania, zrzucania na innych. To nie czyniłoby zadość potrzebom ofiar i ich potomków (także będących ofiarami, bo krzywdę dziedziczy się na pewno, chociaż zbrodnią i winą nie powinno się obciążać potomków). Nie można się jednak dziwić, że dźwigający krzywdę szukają jej sprawców. Tak było z nami wtedy i bywa aż po dziś. Ludzie Znaków Pokuty przyjmowali oskarżenia, które nie dotyczyły wprost ich samych. Starali się dać nam coś w rodzaju zadośćuczynienia. Pozwalali odreagować krzywdy na sobie. Okazywali manifestacyjny szacunek temu wszystkiemu, co było niszczone w czasach pogardy. Dziękowali nam za ocalenie tego, co ocalało; pomagali. Nie była to łatwa akcja dla obywateli NRD, choć czasem wspomagano ich też z Zachodu.
Jaki był zakres Akcji Znaków Pokuty? Od początku skierowana była ku Polsce i ku gminom żydowskim; szczególnie starano się pracować na terenach dawnych obozów zagłady; nieco później – także na rzecz niepełnosprawnych dzieci i starców. W NRD brakowało rąk do pracy, więc pomoc przy remontach była realnym wkładem w działalność kościelnych instytucji charytatywnych. Z czasem pojawił się jeszcze szerszy horyzont: głód i klęski w Trzecim Świecie, głównie w Afryce. Tak działało naturalne skojarzenie: dawne zbrodnie i ich ofiary – ludzie cierpiący dziś, współcześni wykluczeni.
Nie próbuję tu przedstawić historii Znaków Pokuty, choć na pewno czas już na jej źródłowe poznanie. Naszkicowałam tu model idealny tak, jak go uchwyciłam poprzez fragmentaryczne, osobiste kontakty. Dziś jest dla mnie ważne, że spotkałam środowisko, które umożliwiło mi budowanie takiej, a nie innej własnej postawy. Dzięki temu doświadczeniu wierzę w możliwość i sens pokuty. Minęło wiele lat i okazało się, że praca nad tym doświadczeniem wciąż nie jest dokończona.

Syndrom ofiary

Dwanaście lat temu w związku ze sprawą klasztoru oświęcimskiego pisałam, że świadomość podstawowa Polaków wciąż jest przesycona poczuciem bycia ofiarą: ustawicznie krzywdzoną i zagrożoną krzywdą („Tygodnik Solidarność” nr 18 z września 1989). Taki syndrom dotknął nas i dotknął także Żydów. Niby podobna świadomość, ale też źródło napięć we wzajemnych kontaktach. Wciąż brak pełnej wzajemności współczucia, nawet wtedy, gdy się ono pojawia. Od dawna sądzę, że tak bardzo utrwalony syndrom ofiary jest wielkim ciężarem, który przeszkadza nam żyć i blokuje rozwój solidarności z ludźmi, uznawanymi za „innych niż my”. Wiąże się to z przeświadczeniem o własnej, z góry gwarantowanej zupełnej niewinności, o zwolnieniu z odpowiedzialności za własną postawę wobec innych. To zaś pociąga za sobą odrzucenie potrzeby pokuty. W człowieku owiniętym wokół własnej krzywdy i nie zagojonej rany nie ma miejsca na pokutę. Wzywanie do niej jest odbierane jako niestosowne: my, ofiary, dość już cierpimy.

Droga zemsty i droga pokuty

Auschwitz. Drezdeński szpital w gruzach. Dwa milczenia. Uznać fakt, że dwie zbrodnie nie wymazują się nawzajem, chociaż jest pokusa, by tak myśleć, by porównywać, tłumaczyć, usprawiedliwiać... Zły czyn jest tym czynem, nie innym, każda zbrodnia jest osobną otchłanią.
Wobec złych czynów, własnych albo stanowiących cząstkę dziedzictwa – mamy dwa wyjścia: szukać usprawiedliwienia w złych czynach innych, to znaczy uznać drogę zemsty za słuszną; uznać, że w istocie to dzięki zemście porządek świata jest przywracany, a miara sprawiedliwości dochowana.
Alternatywą uświęcenia zemsty jest droga pokuty. Tę drogę wskazują prorocy judaizmu, Chrystus, Budda. Trudna jest ich mowa. Surowo nakazują tu i teraz przerwać łańcuch krzywd i pomsty za krzywdy.
Jak to zrobić? Szansa wiąże się z przełamaniem syndromu ofiary. Ściślej: z uznaniem faktu, że obok doznanych krzywd mamy w swojej historii zbiorowej – czasami i osobistej – także krzywdy wyrządzane innym niewinnym. Bywają one zatrutym owocem, konsekwencją doznanego zła. Ale to nie zwalnia od odpowiedzialności. Mieliśmy i mamy obowiązek walki z zatruciem śmiercią i pogardą. Uznanie siebie za współwinnych (czy obciążonych dziedzictwem winy) nie musi naruszać naszej tożsamości ofiar, znających cierpienie i straszny los. Przeciwnie, powinno tę świadomość uzdrowić – otworzyć na ból współczucia z ofiarami naszych złych czynów.
Pokuta polega na przyjęciu tego bólu; wymaga odwagi, pracy woli i wyobraźni, by odczuć do głębi godność skrzywdzonych przez nas, ich człowieczeństwo – tożsame z naszym – mimo wszelkich różnic, mimo oddalenia w czasie. To było lub powinno było być treścią milczenia w Auschwitz i w Dreźnie i we wszystkich miejscach pamięci o wyrządzonej krzywdzie, w miejscach pokuty.
Trzeba wciąż od nowa myśleć o treści tych miejsc. Sięganie dna warstwy religijnej i filozoficznej nie musi być i nie jest odwracaniem uwagi od poznania konkretnej historii i stosowania procedur prawnych. Jestem przekonana, że to duchowa praca nad pamięcią, jej odblokowaniem przez decyzję pokuty oczyszcza motywację i wzmacnia wiarygodność badań. Auschwitz i Drezno; teraz również prostokąt, ślad pogorzeliska w Jedwabnem. To konkretne miejsca, ale też symbole. Tam koncentruje się przeżywanie losu, jaki ludzie zgotowali ludziom w niezliczonych miejscach ziemi; nasza ludzka rodzina wydawała sprawców takiego losu. To za łatwe powiedzieć, że ci sprawcy „nie byli ludźmi”. Trzeba raczej pytać, jak mogło dojść do tego, że ci ludzie odrzucili, przekreślili człowieczeństwo swoich ofiar, a tym samym własne. W tych miejscach mamy pokutować za to, do czego doszła ludzkość. Pokutować, łącząc się z bólem ofiar i ostatecznym zawstydzeniem sprawców, będących hańbą ludzkiego gatunku.

Wątki sięgające daleko

Są sprawcy bezpośredni, historia niekiedy pozwala ustalić ich tożsamość. Jest też rozległe sprawstwo pośrednie, wątki zbrodniczej gry sięgające bardzo daleko. Pośrednim sprawcą zła można też być przez obojętność wobec głoszenia przekonań zagrażających poczuciu jedności rodzaju ludzkiego. Ludzie ludziom zgotowali ten los, więc pokuta jest zadaniem powszechnym. Ale jest też szczególnym zadaniem każdej wspólnoty, która wydała sprawców. Czy związek sprawców strasznych czynów z tą wspólnotą jest czymś realnym? Na ten temat powiedziano już i napisano bardzo dużo, trwa polska debata, którą po części zebrano na użytek zagranicznych partnerów w książce opublikowanej przez „Więź” (,,Thou Shall not Kill”, Warszawa, 2001). Dla mnie oczywistym jest, że nie chodzi o odpowiedzialność zbiorową, tę zasadę odrzucam. Widzę rzecz w kategoriach już wspomnianego sprawstwa pośredniego, rozległego, sięgającego w sposób oczywisty poza Polskę. Obejmuje ono mocarstwa okupujące kraj (tu bezpośrednia, czynna, dominująca odpowiedzialność hitlerowskich Niemiec za całość Zagłady), bierność aliantów i ograniczone możliwości, ale i brak pełnego zaangażowania podziemnego państwa polskiego na rzecz żydowskich obywateli. Coraz wyraźniej okazuje się, jak trudno pisać o „Sprawiedliwych” ocalających Żydów, bo przy tym wychodzi na jaw, jak osamotnieni byli w swojej determinacji. Tu potrzebna jest pokuta. Czy powinni w niej uczestniczyć także ci, których wtedy nie było na świecie?

Także najmłodsi

W moim odczuciu rozległe, pośrednie sprawstwo wciąż się rozszerza; do wspólnoty dołączają nowi, dojrzewający ludzie. W ich obecności trwają dzieje pośmiertne ofiar zbrodni. Ci, co przeżyli, nadal są zranieni i cierpią tamtą krzywdę. Istnieje zatem odpowiedzialność za obecną bierność, za brak pracy nad zadośćuczynieniem i za pojawiającą się pogardę dla ofiar. Dalej trwa wśród nas to rozsiane zło, które wtedy uczyniło zbrodnię możliwą. Wydaje się, że jesteśmy nadal bezbronni i najczęściej obojętni wobec ksenofobicznego tła obecnego życia w Polsce: prywatnego i publicznego. Dlatego również najmłodsi są powołani do pokuty, mają powody, by w niej uczestniczyć.

Zapewnić słowom pokrycie

Czy Akcja Znaków Pokuty byłaby możliwa i pożyteczna w Polsce, czy jest na nią miejsce teraz? Rozległa i tragiczna odpowiedzialność polska za postawę wobec Holocaustu dokonanego przez Niemcy na naszych oczach i za zbrodnie takie, jak w Jedwabnem, jest z gruntu inna niż odpowiedzialność niemiecka za rozpętanie szaleństwa, za zburzenie porządku prawnego w Niemczech i na wielkich połaciach Europy. Zacieranie tej różnicy jest błędem – to krzywda moralna dla Polaków. Niemiecki model Znaków Pokuty z lat sześćdziesiątych należy do historii, nie proponuję naśladowania go. Ale coś z niego wziąć można. Na przykład wspólne milczenie w miejscach pamięci. Manifestacyjny szacunek dla tego, co ocalało, ochronę cmentarzy i zabytków; wszystkiego tego, co upamiętnia i odnawia obecność Żydów. Dla wypracowania aktów pokuty mamy wspólne z Niemcami źródło: kulturę i duchowość chrześcijańską. Wielkie pytanie – czy z tego źródła zdołamy naprawdę zaczerpnąć to, co tam jest ukryte i rzadko bywa głoszone z taką siłą, jak to uczynił Jan Paweł II w pokutnym nurcie Jubileuszu końca tysiąclecia.
Syndrom ofiary powoduje, że polski styl religijności tak często redukuje funkcję wiary do zapewniania pociechy czy ratunku w nieszczęściu.
To niezupełnie to, czego powinniśmy szukać, aby również chrześcijaństwo mogło nam pomóc odnaleźć się w takim miejscu, jak Jedwabne. Potrzebna jest inicjatywa duszpasterska, coś, co można by nazwać odnową duszpasterstwa pokutnego. Powinna to być akcja ekumeniczna, wielkie wspólne błaganie o uleczenie serc.
W ramach dialogu międzyreligijnego usłyszałam niedawno wypowiedź buddyjskiego duchownego, streszczającą tradycję Mahayana na temat pokuty. Czteropunktowy program wydał mi się bardzo praktyczny i odpowiedni także dla chrześcijan, choć nie wyłącznie dla nich:
– Skrucha. Uznać swój zły czyn za zły i ujrzeć siebie jako jego sprawcę (czy współsprawcę). 
– Zapragnąć usilnie uwolnienia od tego czynu, tak, jakby się pragnęło zwymiotować połkniętą truciznę. W ślad za tym decyzja, „ślub”: nigdy więcej!
– Posiać białe nasiona dobrych uczynków wynagradzających; to jest możliwe nawet wtedy, gdyby dla ofiar złego czynu już nic nie można było zrobić. Zawsze można wspomóc siłę dobra.
– Połączyć się z ludźmi czyniącymi dobrze, przywierając do świętych, do świadków dobra i do czyniących pokutę.


Boję się słów, jakie padną w lipcu w Jedwabnem: że będą bez pokrycia. Czy coś takiego, jak te cztery punkty programu pokuty, stanie się rzeczywistością? Czy uczciwie i dość usilnie pracujemy nad tym, by społeczeństwo było gotowe na to, co mogłoby stać się prawdziwym znakiem pokuty w rocznicę zbrodni? Kto się tam uda, by bez zastrzeżeń przyjąć popiół pokuty, upokorzenie, ból? Ile będzie pustosłowia, pozorów i kamuflażu? Czy ksenofobiczne tło zblednie i wyciszy się, czy też stanie się przeciwnie?


Wielki Tydzień 2001


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl