Komentarze

 


Marek Orzechowski z Brukseli Polska – UE: przed nami schody

Jarosław Makowski „Historyczna hipoteka”

Krzysztof Burnetko Lustracja: rzecznik się żali

Janusz A. Majcherek Gorzki cukier


 

 




  
Polska – UE: przed nami schody

Bilans półmetka rokowań z Unią Europejską nie jest dla Polski satysfakcjonujący. Zamknęliśmy – tymczasowo – 15 rozdziałów, dotyczących różnych sfer prawa europejskiego, pozostało jeszcze 14, a doliczając dwa obszary „polityczne” (ich zamknięcie nie powinno być jednak trudne) – 16. Dla jednych to mało, dla innych sporo. Tymczasem liczba zamkniętych obszarów jest ważna: informuje o tym, że z punktu widzenia unijnych reguł w zamkniętych obszarach „już” jesteśmy członkami wspólnoty. To dlatego rząd Jerzego Buzka zapowiedział – jednostronnie – zamknięcie w pierwszym półroczu 11, a do końca roku wszystkich obszarów negocjacji. Wzbudził wprawdzie wiele niepotrzebnych nadziei, ale nie do końca można mieć o to do premiera pretensje: bez tego aż nazbyt ambitnego celu byłoby jeszcze gorzej. Pretensje można mieć natomiast o skutki tych założeń dla procesu negocjacyjnego. Polskie ambicje uruchomiły wśród innych kandydatów reakcje „obronne”: stanęli do wyścigu i biegną szybciej, bo mają mniej „bagażu”. Brukselscy biurokraci baczniej pilnują, aby „rozpędzona” Polska przestrzegała zasad i na mecie nie porozbijała widowni... Jeżeli więc ubolewamy, że Litwa czy Słowacja po roku negocjacji zamknęły niemal tyle obszarów co Polska po trzech latach, to uderzmy się we własne piersi, nie cudze.

Przed nami rokowania w najtrudniejszych sprawach: dostępu do rynku pracy, rolnictwa, funduszy, ochrony środowiska. Warto nie stracić z oczu kilku rzeczy: do Unii nie wchodzi obecny rząd, ale Polska, potrzebne jest więc współdziałanie rządu z partiami, organizacjami, ekspertami. Potrzebne jest wspólne wypracowanie strategii i porozumienie w sprawie kompromisów – które są konieczne, i dla których musi być przyzwolenie nie tylko ze strony rządu i negocjatorów. A przede wszystkim nie wolno zapomnieć, po co do Unii wchodzimy: by było nam lepiej, a nie gorzej.

Marek Orzechowski z Brukseli

 

 

 

 

 

 

„Historyczna hipoteka”

Problemy, których nie rozwiązuje się szybko i zdecydowanie, często przybierają postać, mówiąc oględnie, niepożądaną. Tak dzieje się w kwestii seksualnego wykorzystywania sióstr zakonnych przez księży, o czym mówił słynny już raport amerykańskiego tygodnika katolickiego „National Catholic Reporter”, potwierdzony następnie przez Watykan. Od ukazania się raportu – który dotyczył głównie 23 państw Afryki, ale także Irlandii i Włoch – mnożą się kolejne publikacje na ten temat, Parlament Europejski zaś przyjął kilka dni temu uchwałę, w której obciąża Stolicę Apostolską odpowiedzialnością za “przypatrywanie się łamaniu praw człowieka przez duchownych”. Co jest powodem takich reakcji – czasami przesadnych, jak w przypadku Parlamentu? Autorzy raportu twierdzą, że wykroczenia seksualne przeniosły się z prostytutek i „innych kobiet” na zakonnice ze strachu przed AIDS, który w Afryce ma już charakter epidemii. Niektórzy duchowni – czytamy – nakłaniają siostry do brania środków antykoncepcyjnych; lekarze zatrudnieni w katolickich szpitalach twierdzą, że nieodosobnione są przypadki nakłaniania zakonnic do aborcji.

Rzecznik Stolicy Apostolskiej Joaquin Navarro-Valls przyznał, że „takie wypadki są znane”. Pierwsze oficjalne sprawozdanie na ten temat zostało przedłożone Watykanowi w 1995 r., potem podobne raporty sporządzono jeszcze trzykrotnie. Po lekturze „National Catholic Reporter” trudno nie zgodzić się z emerytowanym arcybiskupem Wiednia kardynałem Franzem Königiem, który mówił, że „w sferze seksualnej na Kościele ciąży historyczna hipoteka”.

Jarosław Makowski

 

 

 

 


Lustracja: rzecznik się żali

W przedstawionej Sejmowi przez Bogusława Nizieńskiego „Informacji o działalności Rzecznika Interesu Publicznego w 2000 r.” uderzają najpierw ostre słowa wobec „tzw. mass mediów”. Oprócz niekompetencji Nizieński zarzuca dziennikarzom „agresywny ton” w publikacjach „potępiających ustawę, sędziów i Rzecznika” oraz pisze o „kampanii antylustracyjnej, prowadzonej przez niektóre organy prasowe z naruszeniem prawa i dobrych obyczajów”. Oczywiście, media można krytykować tak jak wszelkie inne podmioty życia publicznego i może to czynić również urzędnik państwowy – tylko musi zarazem pogodzić się z myślą, że i on sam może być krytykowany. Teza, że taka krytyka to zaplanowana przez kogoś „kampania” zdaje się dowodzić, że Bogusławowi Nizieńskiemu przychodzi to z trudnością.

Ważniejsze wydają się jednak inne żale, przebijające ze sprawozdania rzecznika. Oto pisze on, że „ze względu na niewystarczające w tym zakresie dowody i wykładnię pojęcia »współpraca«, jakiej dokonał Trybunał Konstytucyjny (...), wystąpienie z wnioskiem nie mogło nastąpić w odniesieniu do wielu osób, co do których pozostały jedynie zapisy kartoteczne lub rejestracyjne, świadczące o ich powiązaniach konfidencjonalnych z b. służbami specjalnymi PRL, a zniszczone zostały ich teczki personalne i teczki pracy”. Rzecznik wylicza, że w 1999 r. takich osób było 56, a w roku 2000 – 100 i precyzyjnie podaje, że jest wśród nich „91 adwokatów, 27 parlamentarzystów, 14 sędziów” itd. Nizieński wyjaśnia też, że w 2000 r. złożył do Sądu Lustracyjnego 25 wniosków o wszczęcie postępowania lustracyjnego, o 5 mniej niż w roku poprzednim. Tu aktywność rzecznika skrępowały – wedle niego samego – do spółki sądy: Apelacyjny i Najwyższy. Uznały one bowiem, że zasada domniemania niewinności (iż nie dające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego) obowiązuje także w postępowaniu lustracyjnym. Dlatego sądy postanowiły, by w przypadkach niejednoznacznych uznawać osoby oskarżane o kłamstwo lustracyjne za oczyszczone z zarzutów, nie zaś jedynie umarzać postępowanie. Na liczbie złożonych przez rzecznika wniosków miało zaważyć też zastrzeżenie Sądu Apelacyjnego co do wartości dowodowej tzw. zapisów rejestracyjnych i kartotecznych służb PRL z lat 1944-

-90, nawet jeśli byłyby one wsparte zeznaniami świadków. Sąd Apelacyjny oparł się tu na stanowisku Sądu Najwyższego, który zwrócił uwagę na możliwość manipulacji aktami oraz nierzetelnych praktyk ubeków. Tamą dla rzecznika był wreszcie ustanowiony przez Sąd Najwyższy wymóg, że postępowanie lustracyjne można wszcząć tylko wtedy, gdy informacje przekazywane przez tajnego współpracownika były dla służb specjalnych „przydatne i pomocne”.

Podając te przykłady, Bogusław Nizieński zdaje się sugerować, że jego pełna dobrej woli aktywność została skrępowana. W efekcie – dopowiedzmy – po Polsce krążą wciąż agenci, chronieni przez parasol najwyższych organów sądowniczych, uparcie domagających się respektowania reguł prawa, uczciwości i zdrowego rozsądku...

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

Gorzki cukier

Posłowie AWS przyzwyczaili nas już do głosowania przeciw projektom własnego rządu, więc powołanie – na przekór prośbom premiera – Krajowej Spółki Cukrowej byłoby tylko jednym z epizodów tej autodestrukcyjnej serii. Zasługuje on jednak na osobną uwagę, bo jest szczególnie tragikomiczny – oraz wyjątkowo kosztowny. Głównym inicjatorem i orędownikiem pomysłu wyłączenia cukrowni z prywatyzacji, połączenia w jeden holding i zapewnienia kontroli nad nim producentom buraków cukrowych był poseł Gabriel Janowski. Walczył o to metodami dalekimi od standardów demokratycznych czy po prostu cywilizowanych, i wielu parlamentarzystów, także AWS, publicznie dzieliło się wątpliwościami co do jego poczynań. Lecz to właśnie racje Janowskiego posłowie uznali za bardziej przekonujące niż racje premiera.

Powołanie quasimonopolistycznego holdingu będzie nas wiele kosztować. Po pierwsze, jako konsumenci zapłacimy więcej za cukier, wyjęty spod rynkowego obrotu. Po drugie, jako podatnicy będziemy dopłacać do funkcjonowania molocha, którego drobni hodowcy buraków nie będą w stanie utrzymać i doinwestować. Jeszcze przed jego powołaniem kilka cukrowni może zbankrutować, a niewykluczone, że trzeba będzie zapłacić odszkodowania za ewentualne zerwanie zawartych już umów prywatyzacyjnych. Nie mówiąc o utraconych wpływach z tych prywatyzacji (za same cukrownie śląskie Francuzi mieli zapłacić ok. 600 mln zł). Świadomość, że poseł Janowski śmieje nam się w twarz, też nie uczyni cukru słodszym.

Po raz kolejny partykularny interes jednej grupy społeczno-zawodowej został uznany za ważniejszy od interesu państwa i ogółu konsumentów, a sprawiły to także zbliżające się wybory. I można się obawiać, że im bliższy ich termin, tym więcej czeka nas podobnych poczynań.

Janusz A. Majcherek

 

 

 

 

 

 




 

 



 

 

 

 

 

Nr 16, 22 kwietnia 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

 

Rekolekcje Wielkopostne

 

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl