Wymiar świętości

JÓZEFA HENNELOWA

 

Podczas czwartej podróży do ojczyzny, w czerwcu 1991, Jan Paweł II powiedział w Lubaczowie: „...postulat, ażeby do życia społecznego i państwowego w żaden sposób nie dopuszczać wymiaru świętości, jest postulatem ateizowania państwa i życia społecznego i niewiele ma wspólnego ze światopoglądową neutralnością. (...) bardzo wielu spośród nas czułoby się nieswojo w państwie, z którego struktur wyrzucono by Boga, a to pod pozorem światopoglądowej neutralności”.
Od tamtych słów mija właśnie lat dziesięć. Warto więc przyjrzeć się, jaki skutek odniosły. Tym bardziej, że jest to rok wyborczy i wszystkie poruszone w tych kilku zdaniach przez Jana Pawła II sprawy staną się na nowo przedmiotem i tematem gorącej kampanii wyborczej, w różny sposób wchodząc do programów startujących do parlamentu partii.
Czy Bóg obecny jest teraz w strukturach naszego państwa? I czy jest to równoznaczne z „wymiarem świętości” w życiu państwowym i społecznym? Jak rozumieć jedno i drugie?
Na pierwsze pytanie możemy chyba odpowiedzieć twierdząco. O obecności takiej – strukturalnej właśnie – rozstrzygnął przede wszystkim konkordat, wyznaczając zakres uprawnień instytucji religijnych w Polsce i gwarantując ludziom wierzącym ich prawa. Również w wielu innych ustawach norma religijna została – w pewnym zakresie przynajmniej – uznana za wiążącą. Formuły prawne – np. roty przysiąg – przewidują prawo do użycia imienia Bożego zgodnie z wolą składającego przysięgę, a w przypadku przysięgi wojskowej gwarantują miejsce imieniu Boga w tekście podpisywanym. Obecność religijnego symbolu jest powszechna nie tylko w życiu społecznym, lecz i w wielu instytucjach państwowych, do parlamentu włącznie. Obrzędowość państwowa w praktyce już niemal z reguły wiązana jest z obrzędowością religijną. Przedstawiciele Kościołów, przede wszystkim katolickiego, zapraszani są do udziału we wszystkich ważnych wydarzeniach państwowych, władze świeckie z kolei starają się o zaznaczanie swojej obecności w wydarzeniach religijnych, włącznie z pielgrzymkami. Poszerza się stale zakres sakralizacji życia publicznego przez wprowadzanie nowych instytucji, organizacji, budowli, patronów miejsc publicznych, wspólnotowych symboli itd. Mnożą się uroczystości i wydarzenia na styku kultury i religii: festiwale, konkursy, happeningi. W publicznych środkach masowego przekazu trwałe i szerokie miejsce zajmuje nie tylko informacja z życia Kościołów, lecz także coraz częstszy jest udział przedstawicieli Kościołów w debatach na ważne społecznie tematy.
Od dziesięciu też lat trwa proces stanowienia takich praw, które by życie społeczne porządkowały zgodnie z zasadami etyki religijnej. Jest to już proces o wiele bardziej skomplikowany, zazwyczaj kończący się kompromisami. Dla polityków zaangażowanych gorąco w taką właśnie pracę rysuje się ona jako bardzo daleka od zakończenia. Chcieliby widzieć w ustawach głównego gwaranta porządku etycznego zgodnego z wyznawaną przez siebie skalą wartości. Ostatnio np. mieliśmy w Sejmie debatę o zakazie handlu w niedzielę, która przecież inspirację czerpie z trzeciego przykazania dekalogu, a nadto z przykazań kościelnych. Podobnie było z dążeniem do całkowitego ustawowego zakazu pornografii. Tutaj jednak powstaje już pytanie, czy takie starania o „wymiar świętości” w życiu publicznym nie bywają rozumiane zupełnie formalnie. Dla przykładu: ci sami posłowie, domagający się czczenia dnia świętego przez zakaz handlu w niedzielę, bez żadnego oporu uchwalili zezwolenie na daleko idącą tolerancję dla okrucieństwa wobec zwierząt – i nikt nie podniósł głosu, że także okrucieństwo stoi w sprzeczności z dekalogiem, mianowicie z przykazaniem „nie zabijaj”. Gorący orędownicy polityki „prorodzinnej” konsekwentnie sprzeciwiają się nagłaśnianiu kwestii przemocy w rodzinie, jako ich zdaniem marginalnej. Przy formalnych staraniach zawsze niestety powstaje niebezpieczeństwo wybiórczej wrażliwości etycznej.
Sprawa jest jeszcze głębsza. Etyczny wymiar życia publicznego nie zależy przecież tylko od ilości świętych słów użytych w zapisanych formułach prawnych. Ani tym bardziej od życzeniowego myślenia ustawodawców, nie troszczących się o to, by prawo bylo nie tylko szlachetne i zbożne, ale także mądre i precyzyjne oraz wykonalne. Tymczasem w polskiej praktyce ustawodawczej rozgrzeszanie się z braku fachowości i należytego przygotowania w imię idealistycznych wizji, nie mających żadnych szans na wcielenie w życie, nie jest niestety traktowane jako nieetyczne, jako grzech przeciw cnocie odpowiedzialności. Wiąże się to również ze znanym zjawiskiem usprawiedliwiania wszystkich swoich win formalną postawą „sprawiedliwego”: polityk opowiada się po właściwej stronie więc nieważne, czy cokolwiek umie, działacz daje świadectwo swojej wierze, więc nie podlega ani krytyce, ani sprawdzianowi, deklamator pięknych słów stwarza z nich ochronę przed rozliczaniem go za wątpliwe owoce własnej aktywności lub bierności. Itd., itp. 
Obserwator naszego życia publicznego będzie nazbyt często odczuwał dyskomfort, zestawiając tak liczne zjawiska nieskłamanej przecież obecności Imienia Bożego i przedstawicieli Boga w strukturach państwa i społeczeństwa z jakością tego życia na co dzień. Tym bardziej, gdy są to formy aprobowane, zjawiska nie marginesowe, lecz nagminne i przyjmowane jako oczywiste, a nawet godne aprobaty. Mam tu na myśli chociażby zajadłość wszelkich konfrontacji ideologicznych, język, jakim operuje się w zwarciach z przeciwnikiem, dążenie do sporu, a nie pojednania, tworzenie i umacnianie podziałów, ton oskarżycielski, kategorię wroga, wobec którego nienawiść jest postawą nie tylko dopuszczalną, lecz pożądaną. Ta część społeczeństwa, ale i władzy, która się na Boga powołuje, zgadza się, przynajmniej milcząco, jeśli nie przez czynny udział, na taki właśnie klimat i na takie metody działania. Lektura wielu publikacji, przysłuchiwanie się medialnym programom i dysputom musi rodzić pytanie o to, czym naprawdę ma być w rozumieniu tak bardzo zaangażowanych wyznawców ów postulowany przez Papieża „wymiar świętości” i czy faktycznie odzwierciedla on ducha chrześcijaństwa. Ducha, nie stan posiadania.
Już tylko krótko wspomnieć trzeba o niebezpieczeństwie największym: o pustosłowiu sięgającym do sfery świętości a używanym dla samej gry, dla doraźnej korzyści. O „braniu imienia Pana Boga na daremno”, przed czym przestrzega drugie przykazanie dekalogu. Los szyldu zawsze może okazać się katastrofą, gdy pozostanie on mimo pustki przez siebie przykrywanej. Nie możemy uspokajać się, że to nam na pewno nie grozi.
Twórcy Unii Horodelskiej napisali: „Wiadomo wszystkim, że nie dostąpi łaski zbawienia, kto nie będzie wspierany tajemnicą miłości, która nie działa opacznie, która promienieje własną dobrotą, zwaśnionych godzi, pokłóconych łączy, uśmierza gniewy, daje wszystkim pokarm pokoju, rozproszone zbiera, znękane krzepi, nierówne gładzi, krzywe prostuje, wszystkie cnoty wspomaga a żadnej nie szkodzi, miłuje wszystkie i jeśli kto pod jej skrzydła się schroni, znajdzie bezpieczeństwo i nie będzie nigdy obawiał się znikąd napadu. Przez nią prawa się tworzą, królestwa rządzą, miasta porządkują i stan Rzeczypospolitej do najlepszego końca dochodzi; ona się we wszystkich cnotach wybornie mieści, a kto nią pogardzi, ten wszystko utraci”.
Tak przekładały się kiedyś na język polityczny postawy chrześcijańskie. Potwierdzane decyzjami o wymiarze dziejowym. Próbując odnieść taki tekst do dzisiejszego dnia, trzeba by się poważnie zastanowić: czy możemy już zupełnie spokojnie mówić o „wymiarze świętości”, czyli o prawdziwej obecności Boga w naszej rzeczywistości politycznej i społecznej, i czy o to chodziło Ojcu Świętemu wtedy, w Lubaczowie, przed dziesięciu laty?

JÓZEFA HENNELOWA


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl