Droga krzyżowa

Na tej drodze ty za blisko, my za daleko

O. WACŁAW OSZAJCA SJ

 

I. Nikt mi życia nie zabiera,sam je oddaję

Przyjmujesz Panie wyrok śmierci, którego mogłeś uniknąć. Znasz przecież ludzkie, i znasz boskie sposoby zabezpieczania się przed najgorszym. Okoliczności ci sprzyjały. A jednak nie ocaliłeś życia ani swego, ani twoich uczniów, ani tych, którzy dzięki ich słowu tobie uwierzyli.
Czy mogło być inaczej? W twoim przypadku nie! Przecież wciąż przemieniasz siebie w wino i poisz nim każdego, kto chce i kto nie chce ucztować na twoich nieustających zaślubinach ze światem. Pokochałeś ten świat bardziej niż siebie samego, skoro pozwalasz, abyśmy ciebie zabili.

II. Nazbyt nas umiłowałeś

Bóg bierze krzyż? Bóg wziął krzyż stwarzając świat. Świat, a w nim my, my, jesteśmy jego krzyżem, nas on dźwiga. Każdego, pokolenie za pokoleniem.
Panie, istniejemy – tylko i aż – dlatego, że ty nie potrafisz rozstać się z nami. Przepędzany, nie odchodzisz i nie dopuszczasz, byśmy ciebie od nas odepchnęli. Skoro teraz pozwalasz nam zniszczyć siebie, znaczy to, że twój los, odwiecznie i na zawsze, związany jest z naszym, oraz z losem wszystkiego, co jest. Nie mogąc nas nie stworzyć – twoim imieniem jest Miłość – nie możesz też nas porzucić. Mimo najstraszniejszych naszych poczynań i my nie potrafimy oderwać się od ciebie.
Przeraża myśl, że mógłbyś mnie pozostawić samotnego z moimi myślami, słowami, czynami i zaniedbaniami.

III. Jak siebie samego

Panie, strzeż nas przed pogardą dla siebie samych. Nie pozwól nam zapomnieć o naszych grzechach, byśmy nie zapomnieli o radości pokutowania; powrotu i pojednania. To prawda, ciężko jest – bywa, że ponad siły – dźwigać ciężar złej przeszłości, ale jeszcze trudniej udźwignąć miłość. Upadamy więc pod ciężarem zła i dobra.
Ty, Panie, wszedłeś i pozostałeś w jednym i drugim. Nakazałeś przecież swoim braciom śpiewać – o błogosławiona wina! Otworzyłeś siebie na Złego, na zło, na grzech. A że twoja gościnność nie zna granic, upadasz pod jej ciężarem.

IV. Błogosławionaś między niewiastami

Błogosławiona, najszczęśliwsza z ludzi, we wszystkim dzieli los najnieszczęśliwszych. Odprowadza swoje dziecko na śmierć. Na czymże więc to szczęście polega? Na tym właśnie, na dźwiganiu ciężarów tych, którym dało się życie. A więc wszystkich. Na dźwiganiu ich bólu, ale i szczęścia. Być może to drugie, ta druga część ludzkiego krzyża, jest po stokroć cięższa od pierwszej?
Maryjo, ty wciąż czekasz, wciąż wyglądasz godziny pełnej radości. Weselnej radości. Nie wszystką jeszcze wodę twój Syn przemienił w wino. Nie wszystko wino przemienione w dającą życie krew. Nie wszystek chleb wypieczono i nie wszystek chleb stał się już twarzą człowieka i twarzą Boga.

V. Błogosławiony przymus

Ślepe fatum, podły los, przypadek, zbieg okoliczności to również nic innego, jak tylko jeden ze sposobów twojej obecności. Przecież na wszystkim spoczywa twój wzrok i twoja ręka. Częściej bowiem odnajdujemy ciebie tam, gdzie się ciebie nie spodziewaliśmy, niż tam, gdzie ponoć miałeś być.
Przychodząc na świat, świata nie zmieniłeś. Po dziś dzień wszystko toczy się po staremu. A jednak. Żołnierze przymusili Szymona do niesienia krzyża. Po latach żona Szymona będzie dla Pawła Apostoła jak matka, a synowie jednymi z pierwszych wierzących Żyjącemu. A więc jednak, jak widać, gwałt też może być szczęśliwą chwilą.

VI. Później opamiętał się

Podobno, Weroniko, ciebie nie było, podobno wymyślili cię ludzie średniowiecza. To dobrze, jeśli tak było. Co prawda po wiekach, a jednak wysłaliśmy kogoś spośród nas, by spróbował ci pomóc. Zmyśliliśmy człowieka, dobrego człowieka, skoro w potrzebie zabrakło prawdziwego. A może, Panie, również zmyślenie: wypowiedziane, wyśpiewane, wytańczone, namalowane, nawet jakoś po części zmierzone i zważone, jest też prawdziwe, skoro tak blisko mu do proroctwa, do prawdziwej ikony twojej twarzy.
Nie wiem, Panie, nie rozumiem, ani ogarnąć sercem nie potrafię tego twojego najpiękniejszego daru, jakim jest czas. Dlaczego każesz nam czekać? A kiedy stajesz na naszej drodze, dlaczego wciąż budzisz w nas, jeśli nie strach, to przynajmniej zażenowanie, onieśmielenie? A może, może to jest już...

VII. Ja jestem pokarmem z nieba

To my, ludzie, jesteśmy dla ciebie krzyżem. Umierasz rozpięty nad ziemią, ale i na ziemi. Umierasz w nas, rozpięty między nami, wciąż rozdzierany, odpychany i przywłaszczany. A ponieważ nie ma takiej potęgi, która by mogła odłączyć ciebie od nas, naszym krzyżem jesteśmy również sami dla siebie. Krzyżem są wszystkie religie i kultury. Krzyżem jest niewiara, ale i twój Kościół. W nim nieustannie śmierć nas pochłania, ale tylko po to, by umocnić w nas nadzieję na przeistoczenie i konsekrację całego stworzenia.
Czasami nie wiem, Panie, dlaczego wciąż boję się śmierci? Może dlatego, że wciąż boję się życia, boję się jego pełni – miłości?

VIII. Najważniejsza jest miłość

To prawda, z naszej winy i z naszego powodu idziesz na śmierć. Idziesz i mało cię obchodzi twoje cierpienie, przynajmniej w tej chwili, kiedy ostrzegasz płaczące nad tobą kobiety przed wiszącym nad nimi nieszczęściem. Płakałeś jednak nad Jeruzalem i nad grobem przyjaciela.
Jedyna zatem pociecha, to twoja obecność w tym, co my, ludzie, nazywamy śmiercią. A właściwie, to obecność śmierci w tobie. Nie można zatem ani na chwilę zaprzestać umierania, jeśli pragnie się żyć.

IX. Kto widzi mnie, widzi również Ojca

Boże, leżysz na ziemi. Depczemy ciebie, potrącamy czubkiem butów, popychamy, kopiemy, miażdżymy obcasami. Bojąc się, byś za wcześnie nie umarł, podnosimy cię z ziemi i zmuszamy do dalszej drogi. Bezsilny-wszechmocny.
Bezlitośnie odzierasz, Panie, nasze wyobrażenie o tobie jako tym, który wszystko może, jeśli tylko zechce. Tymczasem twoją potęgą jest twoja słabość: niewidzialność, kruchość, bezsilność. Twój ból i twoje cierpienie, to jest twoja moc. Wstajesz właśnie dlatego, że nie ma nadziei na ratunek, że u końca drogi czeka na ciebie śmierć.
Boże, we wszystkim podobny do nas oprócz zapatrzenia w siebie...

X. Oddaj mu również płaszcz

Jedynie ty, Panie, nie krępujesz się, nie wstydzisz swojej nagości. Cały jesteś czysty, gdyż nigdy nikogo nie odarłeś z ciała i krwi, czy choćby tylko z ubrania. Całą swoją mocą i wszechmocą stajesz się niewidzialny, by tym mocniej istnieć we wszystkim i ponad wszystkim. Dlatego nam, żądającym twego życia, oddajesz je, byśmy się przekonali, że twoja miłość do nas jest czysta. Czysta, gdyż niczym nieuwarunkowana. Tworząca ciebie i wszystko wokół ciebie.
Ty nie możesz nie kochać, gdyż sam siebie byś unicestwił.
Panie, który niewyobrażalnie przekraczasz wszelkie nasze wyobrażenia i marzenia o tobie, o nas samych, o świecie, nie dozwól, abyśmy uwierzyli w kapryśną, a przez to przerażającą, wszechmoc jakiegokolwiek stworzenia.

XI. Kiedy wykonacie wszystko

Nie wiem, Panie, dlaczego i po co wciąż umierasz, a z tobą my również? Nie wiem, dlaczego wojny, głód, zachłanność naszego ciała i duszy, trzęsienia ziemi i powodzie, najpierw przez całe życie miliardy ludzi trzymają w nędzy, by na koniec uśmiercić, zatrzeć po nich pamięć, i dalej czynić swoje tak, jakby nic się ważnego nie stało? Nie wiem, Panie, po co tobie i nam ta niedola, wspólna niedola, jako że kto raz zaistniał, istnieje wiecznie, kto raz umierał, umiera stale i na wieki? 
Tak więc, Panie, żyję i nie żyję, jestem i nie ma mnie, znam smak rozpaczy, ale znam również smak szczęśliwości. Znam tylko smak. Dlatego wciąż i we wszystkim odnajduję cię istniejącego i nie istniejącego na wszystkie możliwe i niemożliwe sposoby.

XII. Śmiercią śmierć zbawił

Twoja śmierć na krzyżu miała raz na zawsze uwolnić nas od ciebie. Zabijaliśmy ciebie wierząc, że oddajemy przysługę sobie, narodowi i Bogu. Miałeś przestać istnieć. Przyjąłeś od nas ten wyrok. Poddałeś się niesprawiedliwości tych, których pokochałeś przed założeniem świata. Opuszczony przez braci, a przez to samo opuszczony przez Boga, pozostajesz wierny i braciom, i Bogu. Ze śmierci czynisz więc najczystsze wyznanie miłości, któremu trudno będzie zaprzeczyć. Twój strach w Getsemani, twoje rozpaczliwe słowa na krzyżu nie pozwalają wątpić, że do ostatka nas umiłowałeś.
Umierając, zmartwychwstawałeś. Twoja miłość okazała się silniejsza od śmierci, której nie unicestwiłeś, jako że przyszedłeś ratować, ocalać, ale ją przemieniłeś, przeistoczyłeś, konsekrowałeś.

XIII. Niech ziemia się otworzy

Ziemia zrodziła nam ciebie. Przychodząc z łona kobiety, przyszedłeś również z jej łona. I oto teraz wracasz z powrotem do matki. Wydawać by się mogło, że starym zwyczajem czas zatoczył krąg i znowu wszystko wróciło do ustalonego porządku, czyli do początku. Tak jednak nie jest. W godzinie twojej śmierci, w godzinie niepoliczalnej, więcej niż wiecznej, wciąż się pomnażającej, bowiem i czas zbawiłeś ode złego, wszystko nieustannie staje się twoim ciałem i krwią, twoim słowem, twoim istnieniem, twoją wiecznością.

XIV. Większa jest radość w dawaniu, niż w braniu

Znikasz nam z oczu, odchodzisz skąd przyszedłeś, do wnętrza ziemi, do wnętrza materii. Dlatego dzisiaj odnajdujemy ciebie w chlebie i winie, w materii mowy, w widzialności gestu. Wszystko co jest, odsłania nam ciebie. Również piekło, gdyż i ono byłoby niemożliwe bez miłości. W godzinie twojej śmierci zagasło słońce i księżyc, zadrżała ziemia i gwiazdy, zadziwione bliskością twojej w nich obecności i swojej obecności przy tobie. Odchodząc, stajesz się pokarmem, który sycąc, zarazem sprowadza na nas głód. Wciąż bowiem odnajdujemy w sobie przedziwną resztę – większą od całości. Resztę, której nie potrafi zaspokoić ani radość, ani rozpacz, ani obojętność. 

Jak odszedł, tak też i przyjdzie, jak odszedł, tak też pozostał i Jest. Inaczej stać się nie mogło.

O. WACŁAW OSZAJCA SJ


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl