Zrobieni w Wielkiego Brata

Istnieć, znaczy być podglądanym

MICHAŁ NAWROCKI

 

Najpierw były pogłoski: że coś takiego jest. Później, że będzie w Polsce. W końcu jest – przaśny, ale nasz, pierwszy w Polsce reality show. Mijają trzy tygodnie od rozpoczęcia przez TVN emisji programu noszącego nazwę „Wielki Brat” i śmiało można skonstatować, że Polacy program kupili. Oglądalność idzie w miliony (większą miał tylko Małysz, ale zima się skończyła, więc Małysz niestraszny), a o „Wielkim Bracie” mówi się dużo i mówić się będzie coraz więcej.

Mówi się dlatego, że „Wielki Brat” to dla komentatorów samograj. Temat, na który wypowiedzieć się może praktycznie każdy, mówiąc praktycznie wszystko. (Warunek obejrzenia choćby fragmentu nie jest warunkiem koniecznym, bo wtedy mówi się, że się nie obejrzało i mówi się, dlaczego. I – ewentualnie – dlaczego się nie obejrzy, mimo namów.) Mogą mówić tzw. zwykli ludzie, mogą mówić producenci, mogą mówić dziennikarze zaangażowani i nie, mogą mówić psychologowie, socjologowie i moraliści. Można chwalić i można ganić, mówić, że prymitywne albo że złożone, że uwłacza albo że gloryfikuje, że nudne albo że ciekawe... W każdym razie – mówi się. I to mówi się serio. Przez to umyka sprawa fundamentalna.
Otóż przede wszystkim „Wielki Brat” jest produktem. To nie jest – a przynajmniej nie przede wszystkim – eksperyment socjologiczny, bulwersujący happening, czy nowa formuła dokumentu, ale towar wyprodukowany i opakowany tak, żebyśmy go, z najróżniejszych pobudek, kupili. Produkt ten został wymyślony i wyprodukowany przez najlepszych speców od masowej duszy, którzy wiedzą na jakich, nawet i niskich instynktach zagrać, i którzy nie zawahali się, żeby to uczynić. Bo produkt musi się sprzedać. I ten produkt się sprzedał.
Warto zastanowić się nad fizjologią tej transakcji. 

*
Pierwszy chwyt to nazewnictwo, nazwa nowego jakoby gatunku: reality show. Coś, co dzieje się naprawdę. Intrygująca sprawa. Patrzcie państwo: oto zrywamy zasłony bytu. Wreszcie możemy oglądać prawdę w jej najprawdziwszej postaci. O proszę, facet sika. Widzicie? Kopuluje. Widzicie? A on o was nie wie. Widzicie? Widzimy. „Rzeczywistość” to zdradliwe słowo. Ci, których oglądamy, wiedzą, że są oglądani. Wcale nie zapomnieli o kamerach, tylko udają, że je ignorują. Zresztą to, co widzimy, to materiał w najdrobniejszym szczególe spreparowany (po 23 – w wersji z golizną). Ale chwyta.
Tym bardziej, że ci, którzy przekonują nas o „prawdziwości” obrazu i cyklu, zadbali o wiarygodną oprawę. Program prowadzi prezenter „Wiadomości”, a potem „Faktów”, Grzegorz Miecugow (konkurencyjnym „Dwóm światom” w Polsacie wiarygodności dodaje niedawny gospodarz „Tok-Szoku” Piotr Najsztub). Podobną rolę pełni Jacek Santorski, dyżurny psycholog programu.
Drugą zwodniczą nazwą jest „Wielki Brat”. Stworzenie tej postaci było, trzeba przyznać, kapitalnym pomysłem socjotechnicznym. Nazwa bardzo szybko zaczęła żyć własnym życiem; została zręcznie wpleciona w nasz językowy obraz świata – a świat poznaje się przede wszystkim poprzez sferę pojęć. Odmienia się Wielkiego Brata przez przypadki (jakkolwiek często używa się niefleksyjnego ,,Big Brother”); jest więc Wielki Brat, jest „dom Wielkiego Brata”, Wielki Brat żąda, Wielki Brat chwali, Wielki Brat gani. Wielki Brat spełnia życzenia. Wielkiego Brata prosi się. A Wielki Brat godzi się, albo odmawia.
Wielki Brat wyznacza zadania. Najróżniejsze, często absurdalne, jeszcze częściej – co tu gadać – upokarzające. Czasem trzeba coś pomalować, czasem bawić się w wojsko, czasem ułożyć wiersz, a czasem coś zaśpiewać. Raz – nie żartuję – trzeba było pomalować jajko (surowe), a później przez 24 godziny nosić je tak, żeby Wielki Brat widział i nie stłuc. Zadania, co ważne, wykonuje się na rzecz grupy. Od sukcesu zależy ilość marchewki, którą grupa otrzyma. 27 marca (wtorek) mogliśmy oglądać, jak ofiary Wielkiego Brata wykonywały cyrkowe sztuczki. Żonglowały piłeczkami, chodziły na szczudłach, jeździły na jednokołowym rowerze, kręciły talerzykiem na patyczku – a na rozkaz Wielkiego Brata jednocześnie śpiewały.
„Wielki Brat jest pod wrażeniem” – brzmi standardowa pochwała. Standardowa zachęta zaś: „Wielki Brat trzyma kciuki”.
Tyle, że Wielki Brat nie ma kciuków. Bo nie ma Wielkiego Brata. Jest tylko głos; zniekształcony głos wydobywający się z głośników. Głos, który przemawia. Czy może istnieć głos bez osoby? Sam głos? Owszem, może. Najwyraźniej nie tylko w poezji.

*
O ile jednak uczestników programu można zrozumieć (po pierwsze muszą tak mówić, po drugie – jakoś się trzeba do tej kamery w tzw. „pokoju zwierzeń” zwracać), o tyle ciekawsza wydaje się odpowiedź na pytanie, dlaczego my – widzowie – tak łatwo zaakceptowaliśmy jego istnienie? Innymi słowy – dlaczego tak łatwo, mniej lub bardziej świadomie, uwierzyliśmy w jego, tj. Wielkiego Brata istnienie?
Odpowiedź jest prosta – bo się z nim identyfikujemy.
Wielki Brat to podglądacz, a tak naprawdę, to my podglądamy. Więcej: mamy nad uczestnikami programu władzę. Decydując o losach tych, którzy się mają wynieść – decydujemy jako Wielki Brat. Wielki Brat to podglądacz profesjonalny, my – podglądacze amatorzy. Kim są podglądani?

*
Dwanaście osób dało się zamknąć na trzy miesiące w wielkim akwarium w Sękocinie. Polacy ich polubili. Ci, którzy im nie zazdroszczą i nie sympatyzują z nimi – trochę im współczują. Ludzie ci wchodzą w sytuacje, z której konsekwencji nie zdają sobie sprawy. Może się to dla nich źle skończyć, powiadają. Jednak – mówią inni, oni się nie poddają. Jest ciężko, ale dają sobie radę. Pomagają sobie. Dlatego ich lubimy. To, że wcześniej czy później zwrócą się przeciw sobie – taka jest formuła: może zostać tylko jeden – na razie pozostaje na planie drugim. Dlatego ich lubimy.
Na ekranie telewizora promuje ich ciepły głos powtarzający niezupełnie zrozumiały, ale miły refren: ,,Szukasz swego miejsca, bo nie jesteś sam”. (W konkurencyjnym programie „Dwa światy” nikt się nie bawi w takie subtelności. Tam góralska kapela zawodzi: ,,Nie dam ja się, nie dam ja się nikomu, wygram kasę, wezmę kasę do domu”). Zresztą lokatorzy domu Wielkiego Brata sami potrafią śpiewać, co wielokrotnie udowadniają. Nawet, o ile się orientuję, skomponowali coś w rodzaju hymnu. Oto próbka:
Sześć facetów, sześć towara (!- MN)
To żadna dla nas kara
I jeden cel tylko mamy
Wygramy, wygramy, wygramy
Towar w tym kontekście prawdopodobnie oznacza kobiety.
Tak sobie dziarsko podśpiewują lokatorzy domu Wielkiego Brata. I nie zamierzają się wycofywać. Dlaczego, to proste: chcą wygrać. Chcą pieniędzy i chcą sławy. Mają swoje piętnaście minut i chcą, żeby minuty te trwały jak najdłużej. Recepta na sukces jest pozornie prosta: wystarczy być. Zresztą można i nie być. Popularność kobiety, której reszta towarzystwa z kiepsko maskowaną ulgą pozbyła się w pierwszej kolejności, wzięła się właśnie stąd. W każdym razie – przynajmniej na pozór – wystarczy być. Na pozór, bo tu się toczy rywalizacja, zaciekła i bezpardonowa walka o byt.
Spróbujmy się zastanowić, jak kogo lubimy i w jaki sposób nasi pupile istnieją. Albo inaczej i precyzyjniej: w jaki sposób istnieją w naszej świadomości.

*
Ich istnienie sytuowałbym gdzieś w połowie drogi pomiędzy prawdziwym człowiekiem a postacią z jakiejś telenoweli, choć to nie do końca oddaje istotę rzeczy. Porównałbym ich raczej do programu komputerowego symulującego hodowlę psa. Program ów polega na tym, że w komputerze „hodujemy” wirtualną (graficzną i nie tylko) projekcję szczeniaka. Nadajemy mu imię i musimy go pielęgnować (w komputerze). Musimy go karmić i dawać mu wodę (w komputerze), bo (w komputerze) zdechnie. Musimy się z nim bawić. Możemy go uczyć (bo i to komputerowy psiak potrafi). Podobno bardzo łatwo można się do czegoś takiego przywiązać. Tym bardziej, że bydlę za nami tęskni; okazuje nam swoją radość i wdzięczność. Oddziela nas od niego szyba i jest miły. A my traktujemy go tak jak prawdziwego pieska. Tym bardziej, że jest łatwiejszy w obsłudze, bo defekuje wirtualnie, a nie na podłogę w kuchni. Ludzie zamieszkujący dom Wielkiego Brata też są łatwiejsi w obsłudze, niż ludzie prawdziwi. Z tych samych mniej więcej powodów.
Tym bardziej, że ludzie ci istnieją wtedy, gdy włączymy telewizor. Istnieją o tyle, o ile są przez nas podglądani i oglądani. Czy gdy wyłączymy telewizor przestaną istnieć? Nie. Ktoś mógłby powiedzieć, że nigdy nie istnieli i miałby sporo racji. Ktoś jednak mógłby powiedzieć, że to nie takie proste.
Bo ludzie, którzy publice spodobają się szczególnie – w realnym świecie robią karierę. Nagrywają piosenki, piszą książki, zarabiają jako modele. Staje się tak, że postacie fikcyjne zaczynają funkcjonować jako bohaterowie w świecie realnym. Trochę to działa na zasadzie aktorów przebranych za Kaczora Donalda czy Myszkę Miki w Disneylandzie, tylko w trochę poważniejszym wymiarze. Z ich punktu widzenia nie ma w tym nic złego, więcej: o to w końcu chodzi, po to wzięli udział w programie. Jednak czasem te – powiedzmy – interferencje rozgrywają się na innych zasadach.
I czasem robi się to naprawdę nieprzyjemne. Chodzi mi o Monikę z Suchej Beskidzkiej. Monika od kilku miesięcy jest mężatką. Jest jednocześnie dziewczyną – by tak rzec – kontaktową. Lubi się przytulić, pozwala sobie rozmasować kark. W studio Grzegorz Miecugow pyta jej męża, co on na to. On na to, że mu to nie przeszkadza, bo jej ufa. Ale tak jakoś bez przekonania. Tymczasem oglądacze Wielkiego Brata robią zakłady, czy Monika znajdzie sobie bliższego przyjaciela. I czy po wyjściu wróci do męża. Większość jest zdania, że nie wróci. Paskudna to perspektywa.
Gorsze jest jednak co innego. Jeżeli rzeczywiście coś takiego się stanie, okaże się, że ów nieszczęśnik został zdradzony z postacią z telewizora. Z kimś, kto w realnym świecie nie istnieje.

*
Zasada kupna-sprzedaży sprowadza się do tego, czy uwierzymy w Wielkiego Brata. Jeśli uwierzymy, kupimy produkt.
Realność produktu potwierdzają – i podnoszą jego oglądalność – ci, co na niego grzmią i ci, co go chwalą... Ale najgorsza jest chyba wytworna ironia, taki greps z przymrużeniem oka. Mistrzami są tu sielscy prognostycy pogody z ,,Gazety Wyborczej”, którzy relacjonują, co się w ciągu tygodnia w domu „Wielkiego Brata” wydarzyło. I mówią: kochani, my wiemy, że wy też jesteście ludźmi inteligentnymi, a więc wiecie, że tego serio traktować nie można, ale przecież, coś figlarnie trzeba powiedzieć, bo to przecie ciekawe. Wicie rozumicie. No, prawda, fenomen, ale nie taki diabeł straszny. Zresztą nad Grzegorzem i Karoliną świeci słońce, lekkie chmury ocieniają Karola, Stefana i Helę. A Manuela, he he, co do Manueli, to przewidujemy wiatry.

*
Bohaterowie mniej lub bardziej świadomie zdecydowali o swoim losie. Teraz mniej lub bardziej świadomie poniosą konsekwencje. Mają – przynajmniej w swoim mniemaniu – o co walczyć. Ale przecież nie chodzi o nich. Oni są częścią produktu (tak jak sprzedawany w kioskach tygodnik „Big Brother” czy firmowe ubrania „Wielkiego Brata”, które można kupić w sprzedaży wysyłkowej). Brzmi to paskudnie, ale taka jest prawda. Dwanaście osób nie stanowi nawet błędu statystycznego (zresztą akurat oni nie muszą się w telewizji oglądać). A statystyki oglądalności tworzą telewidzowie, czyli – my.
Usprawiedliwiamy się na wiele sposobów. Zarzucamy bohaterom, że są tacy a nie inni. Zarzucamy producentom, że grają na naszych niezbyt wysokich instynktach, do których niechętnie się przyznajemy. Mówimy wreszcie: od tego nie można się oderwać.
Tak, Wielki Brat odwołuje się do naszych niezbyt chlubnych pobudek, ale – to trzeba powiedzieć – na nasze własne żądanie. To my kupiliśmy ten emocjonalny jogurt i próbujemy dorobić do niego ideologię. Nie oszukujmy się: oglądalność to surowa bogini. Gdyby nie hołdy, które jej składamy, ów produkt szybko zniknąłby z półek.
Nie sądzę, żeby Polacy przestali „Wielkiego Brata” oglądać. 

Michał Nawrocki


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl