Komentarze

 


Anna Husarska Miloszević za kratami

Józefa Hennelowa Niepokój

Michał Okoński Wszyscy ludzie prezydenta

Krzysztof Burnetko Jawność na każdym szczeblu

Jacek Kubiak z (Rennes) Francja Klonowanie „zrób to sam” 


 

 




  
Miloszević za kratami

Brzydko się chwytał, gdy ręka sprawiedliwości zapukała w końcu do drzwi jego willi na Dedinje w Belgradzie. Ale ważne jest, że Slobodan Miloszević znalazł się w końcu za kratami. Z tego co wiemy, zarzuty wobec niego będą „na użytek wewnętrzny”: korupcja, nadużycie władzy itp. No i jasne jest, że to nie chęć zadośćuczynienia ofiarom ludobójstwa, lecz perspektywa utraty 50 mln dolarów pomocy amerykańskiej i – co ważniejsze – brak poparcia Waszyngtonu dla przyznania kredytów dla Serbii z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego poruszyły umysły organów sprawiedliwości w Belgradzie. Oburza oczywiście, że sprawca kilku wojen będzie sądzony (chwilowo?) tylko za przewinienia finansowe, ale Serbowie widzą to inaczej niż my, z zewnątrz. Zresztą wcale nie jest wykluczone, że potem „Slobo” nie zostanie odtransportowany przed Trybunał w Hadze. Pamiętajmy jednak, co działo się w Belgradzie: przez trzy miesiące zimą 1996/97 roku opozycja protestowała na ulicach przeciw Miloszewiciowi, bo... oszukiwał w wyborach, podczas gdy jego łapska ociekały już wtedy krwią po zbrodniach w Vukovarze i Srebrenicy. Zapewne nie byłoby rzezi w Kosowie, gdyby protesty w Serbii zmusiły Miloszewicia do ustąpienia wcześniej i gdyby spotkała go kara za tamte zbrodnie. Ale skoro u nas, w Polsce, nie wszyscy potrafią przyjąć do wiadomości, że 60 lat temu w Jedwabnem Polacy spalili Żydów w stodole, to czy można wymagać od narodu serbskiego, aby w parę miesięcy po obaleniu 13-letniej dyktatury „rzeźnika Bałkanów” rozliczył się sam ze sobą – i ze swymi rodakami, odpowiedzialnymi za ludobójstwo w byłej Jugosławii?

Anna Husarska

 

Autorka jest analitykiem politycznym Międzynarodowej Grupy Kryzysowej;

w latach 90. była korespondentem podczas wojen na Bałkanach; stale

współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

Niepokój

Holenderska ustawa legalizująca związki homoseksualne od minionej soboty funkcjonuje w praktyce. Przy aplauzie otoczenia cztery pary zawarły pierwsze uroczyste śluby cywilne, a niebawem ma ich być ponoć 15 proc. wśród wszystkich małżeństw zawieranych w Holandii. Sztafaż wydarzenia – stroje, obrączki, obrzędy – naśladował tradycyjny kształt zaślubin.

Zwolennicy takiej legalizacji związków homoseksualnych (szeroko w Europie postulowanej) argumentują, że jest to tylko likwidowanie dyskryminacji i ułatwianie życia obywatelom (kwestie spadkowe itp.). Otóż nie jest to tylko „ułatwianie życia”, a nawet nie przede wszystkim. Homoseksualizm nie jest przecież zjawiskiem dopiero naszych czasów, znają go najstarsze kultury. Dziś jednak jego zwolennicy (bądź uczestnicy) domagają się zrównania praw swojej orientacji w wymiarze ustawowym i obyczajowym – na zasadzie, że nie ma żadnej różnicy między związkami hetero- i homoseksualnymi. Innymi słowy (czego już się nie dopowiada) ma być wszystko jedno, czy jest to małżeństwo czy nie, rodzina naturalna czy nie. Żeby złudzenie było pełne, dopominano się – i uzyskano – prawo do posiadania dzieci: przez adopcję, lub w wypadku związku dwóch kobiet przez sztuczne zapłodnienie. Ta decyzja ustawodawców najdrastyczniej ukazuje groźne perspektywy zupełnego rozchwiania dotychczasowych norm społecznych. Wystarczy pomyśleć o języku, którym w stosunku do dzieci operować będą tak poślubione pary – jak trzeba będzie zniekształcić i zakłamać wszystkie pojęcia ojcostwa, macierzyństwa, rodzicielstwa, związku pokoleń. Coś bardzo niedobrego pojawia się na horyzoncie Europy.

Józefa Hennelowa

 

 

 


Wszyscy ludzie prezydenta

Coraz trudniej się w tym wszystkim połapać. Prezydent Aleksander Kwaśniewski wielokrotnie potępia wszelkie przejawy antysemityzmu, a w ostatnich dniach zapowiada, że w rocznicę mordu w Jedwabnem pojedzie do tej miejscowości i przeprosi naród żydowski za winy Polaków. „Gazeta Polska” ujawnia, że dwaj współpracownicy prezydenta w marcu ’68 uczestniczyli w antysemickiej nagonce. Jeden – ten ważniejszy i z wieloletnią karierą w aparacie partyjnym, przyparty przez dziennikarzy do muru oświadcza, że wstydzi się dawnych wypowiedzi, ale nie zamierza podawać się do dymisji. Drugi – ten mniej ważny, bez partyjnej przeszłości, za to z biografią „katolika koncesjonowanego” przez władze PRL, oddaje się do dyspozycji prezydenta, który przyjmuje dymisję.

Czym różni się przypadek Andrzeja Majkowskiego od przypadku Kazimierza Morawskiego? Dlaczego w jednym przypadku antysemickie wypowiedzi nie są przeszkodą do dalszego uprawiania polityki, i to na szczeblu międzynarodowym (Majkowski odpowiada w Kancelarii Prezydenta za sprawy zagraniczne), a w drugim powodują wysłanie na emeryturę? Nie sposób przyznać racji tym, którzy uważają, że obecne przeprosiny Majkowskiego są zadowalające: w końcu, gdyby sprawa się nie wydała, minister nikogo za nic by nie przepraszał...

Coraz trudniej się w tym wszystkim połapać, ale jedno jest pewne: minister Marek Siwiec w marcu 1968 roku obchodził trzynaste urodziny.

Michał Okoński

 

 

 

 

 

 

Jawność na każdym szczeblu

Dziennikarze mają prawo żądać udostępnienia dokumentów także z zamkniętych posiedzeń organów publicznych, o ile materiały te nie zawierają informacji niejawnych – werdykt taki wydał w ubiegłym tygodniu Naczelny Sąd Administracyjny.

Nie jest to stanowisko zaskakujące. Od kilku już lat polskie sądy, z Sądem Najwyższym włącznie, skłaniają się do rozszerzania zakresu obywatelskiego prawa do informacji. Zapewne dziś nie powtórzyłaby się sytuacja z 1993 roku, kiedy to właśnie NSA odrzucił skargę tygodnika „Nie” na brak reakcji rządu na zarzuty wobec jednego z ministrów, któremu pismo zarzucało nepotyzm i prywatę. Sąd uznał wtedy, że odmowy odpowiedzi na krytykę nie można potraktować jako odmowy udzielenia informacji. Wielu obserwatorów sugerowało, że źródłem tej decyzji była niechęć sędziów do pisma Jerzego Urbana, a efektem werdyktu może być zwiększenie w organach administracji – także terenowej – odporności na krytykę prasową.

W zakończonej właśnie sprawie przed NSA najistotniejsze jest to, że skargę złożył dziennik regionalny – i że nie ustąpił, kiedy zrazu NSA zajmował przeciwne stanowisko. „Słowo Podlasia” – bo to ono jest zwycięzcą – udowodniło, że nawet małe, lokalne media mogą nie tylko wygrać spór z administracją, ale i kształtować generalne relacje między władzą a mediami. Tak, jak dzieje się w starych demokracjach, gdzie rządzący wszelkiego szczebla muszą dbać o opinię nie tylko wielkich, lecz także lokalnych tytułów.

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

Klonowanie: „zrób to sam”

Dwaj znani biolodzy – Ian Wilmut i Rudolf Jaenisch – wezwali na łamach renomowanego czasopisma „Science” do zaniechania prób sklonowania człowieka. Jest to reakcja na ogłoszenie kilku specjalistów od rozrodczości, którzy chcą w ciągu roku sklonować człowieka i twierdzą, że dokonają tego wbrew powszechnej dezaprobacie środowiska naukowców, polityków i opinii publicznej. Z technicznego punktu widzenia ma to nastąpić w jednym z tych krajów, w których nie zakazano jeszcze manipulacji na zarodkach ludzkich (tyle że ich liczba szybko się kurczy). Inna sprawa, że poza uczonymi, których uwiódł pomysł klonowania ludzi, mamy już całą plejadę tragikomicznych postaci, zaangażowanych w tworzenie „lepszego świata”; kilka lat temu sławę zdobył niejaki dr Seed, który chciał sklonować własną żonę.

O ile jednak prowokację Seeda można było skwitować wzruszeniem ramion, to wysiłki pewnych sekt mrożą krew w żyłach. Kongres USA, szykujący się do wprowadzenia zakazu prób klonowania człowieka, przesłuchał niedawno guru sekty raelianów – byłego dziennikarza francuskiego Claude’a Vorilhon’a, znanego jako „Rael”, którego sekta chce przy pomocy zwerbowanych naukowców sklonować dziecko bogatej pary wyznawców (sekta wierzy, że ludzie pochodzą od przybyszy z kosmosu, rozmnażających się przez klonowanie).

Nie ulega wątpliwości, że Kongres i prezydent Bush podpiszą zakaz klonowania ludzi – dając sygnał światu. „Rael” już zaciera ręce, twierdząc, że walcząc z zakazem dotrze aż do Sądu Najwyższego USA – tak ogromnej i darmowej reklamy nie mógł oczekiwać nawet w snach. Jego sekta może dopiąć swego, bo ma dość i pieniędzy, i fanatyzmu wyznawców. A do sklonowania człowieka wystarczy dziś dobrze wyposażone laboratorium, grupa specjalistów, duża liczba ludzkich embrionów, kobiety gotowe donosić ciążę – i tupet.

Jacek Kubiak z Rennes (Francja)

 

 

 

 

 

 




 

 



 

 

 

 

 

Nr 14, 8 kwietnia 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

 

Rekolekcje Wielkopostne

 

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl