Wielcy teologowie współczesności – Karl Barth

Tytan teologii

KS. ALFONS J. SKOWRONEK

 

Karl Barth urodził się w 1886 roku. Nazywany jest protestanckim Ojcem Kościoła XX wieku. Mówi się o nim jako teologu, który w okresie po I wojnie światowej jednym uderzeniem zdruzgotał antropocentryczny zrąb protestantyzmu, kultury oraz przyporządkowaną mu, a wyjałowioną ewangelicką ortodoksję. Z pozycji twórcy „teologii dialektycznej”, „teologii kryzysu”, „teologii słowa Bożego” Barth dokonał kopernikańskiego przewrotu w teologii i Kościele, rzucił fundamenty pod biblijne głoszenie kazań, założył chrystocentryczne podwaliny dla nowej chrześcijańskiej egzystencji. Jego polemiczne pismo „Theologische Existenz heute” (1933) przyjęło nazwę programowego w walce z hitleryzmem manifestu, którego przebojowość zestawiano z 95 Tezami Marcina Lutra. Stał się jednak Barth w pierwszej linii głosicielem słowa Bożego z ambony, której to misji pozostał wierny do końca życia. Sam nazwał siebie „radosnym partyzantem Boga”. Jego teologia nie zrodziła się w sali wykładowej, lecz na kazalnicy. Teologia wywiązuje się ze swego posłannictwa tylko wtedy, gdy służy kazaniu i do kazania prowadzi, zwykł podkreślać. Oto naukowe credo Bartha. Pod tym znakiem niezmiernie szeroki i napięty jest łuk jego teologicznych zainteresowań od pierwszego alarmującego podniesienia batuty w sławnym „Komentarzu Listu do Rzymian”, w którym gwałtownie przerywa koncertowanie ówczesnej teologii liberalnej i ortodoksyjnej, aż po wykrystalizowanie się teologii Bożego humanizmu, jako uzasadnienie dla wszelkich ludzkich postaw humanistycznych. Last but not least – teologia w rozumieniu Bartha nie jest sprawą ekspertów i specjalistów uprawianą w myślowej próżni, lecz jest domeną dla nie-teologów. I jest przy tym rzemiosłem radosnym! W ostatnim wykładzie wprowadzającym uniwersyteckich słuchaczy w teologię ewangelicką, uwagę zwraca swego rodzaju zaproszenie zaadresowane do wszystkich członków chrześcijaństwa: „Teologia ewangelicka ma do czynienia z Immanuelem, Bogiem z nami! Jakżeż nie miałaby być – od strony swego przedmiotu – wiedzą wdzięczną i dlatego radosną?”. Zmarł w 1968 roku.

 

Zarówno silna osobowość, jak i jego olbrzymia twórczość teologiczna wywarły wielki wpływ na zmianę oblicza teologii chrześcijańskiej, a więc częściowo i katolickiej. Obiegowo i od dawna Karl Barth nazywany jest neoortodoksem czy pozytywistą Objawienia, identyfikowano go nawet w rankingu Ojców Kościoła lub kwalifikowano jako stróża kościelnego status quo. Jego zasługi na polu ekumenii oddaje przyznawany mu tytuł „Ekumenicznego Pasterza Pasterzy” (,,Pastor Pastorum Ecumenicus”). Takie i podobne przydomki mówią tylko o trudnościach w uchwyceniu specyfiki jego osiągnięć teologicznych. Niezatarte ślady Barth wycisnął także w życiu politycznym i kulturalnym wielu krajów i to nie tylko europejskich. Jego dzieła tłumaczono na liczne języki europejskie i pozaeuropejskie – istnieją nawet przekłady japońskie.
Przy całym teologiczno-naukowym „kalibrze” refleksji Barth ma ogromne wyczucie dla praktycznych, duszpasterskich potrzeb. Od początków swej twórczości nurtuje go pytanie: jak dzisiejszy człowiek mówić ma o Bogu? Jak głosić kazania? Teologia to nic innego niż głoszenie Ewangelii. Przekonanie to wiąże Barth z kolejnym postulatem, że kazanie nie może być pozbawione elementu profetycznego, czyli musi zajmować określone stanowisko także w sferze polityki. 
Niewątpliwie przekonanie to było wynikiem dramatu I wojny światowej. Z prawdziwym impetem pojawia się ono w pierwszym z teologicznych dokonań, a już docenionym przez krytyków komentarzu Listu do Rzymian św. Pawła. W dziele tym autor zaczyna rozwijać swą „teologię kryzysu”, zwaną później ,,teologią dialektyczną”. W ten sposób (wówczas razem z przyjaciółmi E. Brunnerem, E. Thurneysenem, F. Gogartenem, R. Bultmannem) inicjuje największy w 20. stuleciu przełom w teologii protestanckiej, odrzucając jednocześnie optymizm „teologii liberalnej”. W obliczu kryzysu, załamywania się instytucji, tradycji i wszelkich autorytetów, Barth staje przed wizją nieuniknionego przełomu. Drogę, którą sam wytycza i kroczy, wyznaczają następujące hasła: odwrót od subiektywnego doświadczenia i pobożnego uczucia, a powrót do Biblii; od historii do Objawienia; od religijnych dywagacji na temat pojęcia Boga do przepowiadania słowa Bożego; od religii i religijności do chrześcijańskiej wiary; od religijnych zapotrzebowań człowieka do Boga „z gruntu innego”.


Inny Bóg
W imię owego ,,całkiem innego Boga”, a więc w imię samej boskości Boga, Barth podnosi zdecydowany protest przeciwko „teologii naturalnej” w obu jej ówczesnych kształtach: z jednej strony w wydaniu liberalnego neoprotestantyzmu, który bez reszty jest zorientowany na pobożnego, religijnego człowieka miast kierować się na Boga i Jego Objawienie jako jedyny ośrodek wiary; z drugiej, w postaci rzymskiego katolicyzmu, który związany ze scholastyką i I Soborem Watykańskim niejako zrównywał Boga i człowieka roztrząsając takie zagadnienia jak: współdziałanie człowieka z Bogiem, natury z łaską, rozumu z wiarą, filozofii z teologią. Inaczej mówiąc: Barth protestuje tu także przeciwko tej formie rzymskiego katolicyzmu, który pod wpływem scholastyki i I Soboru Watykańskiego zestawiał na jednej płaszczyźnie Boga i człowieka, ustanawiając tym samym współdziałanie między wymienionymi płaszczyznami teologicznego myślenia. 
Szczególnie fatalne jest, zdaniem Bartha, owo „urągające katolickie »i«”, o czym świadczyć mają przede wszystkim katolickie dogmaty maryjne („Jezus i Maryja”), a także katolickie rozumienie Pisma Świętego i Tradycji, Chrystusa i nieomylnego papieża. „Właśnie w nauczaniu o Maryi i w kulcie maryjnym poglądowo tkwi herezja Kościoła rzymskokatolickiego, w świetle której zrozumiałe stają się wszystkie inne (herezje)”. Owa krytyka Bartha „błądzącego Kościoła papieskiego”, który ostatecznie „sam siebie deklaruje jako identyczny z Bożym Objawieniem” miała charakter radykalny. Wszystko to wiązało się zaś ze zgubnym, w jego oczach, stosowaniu tzw. analogii bytu prowadzącego do katolickiego zrównania Boga i człowieka. Przeciwko temu rzekomemu nadużyciu Barth czuł się zobowiązany do podniesienia kategorycznego protestu. Teologia wtedy wzbija się na szczyty swej subtelności – głosi Barth – uprawiana jest uczciwie i w sposób jedynie właściwy, gdy niesie pomoc w praktyce i staje się społecznie użyteczna. 

Teologia protestu
Teologiczny protest zaobfitował w następstwa polityczne. Dosięga on tutaj także Kościołów ewangelickich. Według Bartha zarówno liberalny neoprotestantyzm, jak i rzymski katolicyzm bezkrytycznie jęły układać swe stosunki z panującymi systemami politycznymi: najpierw z imperialnym cesarstwem i jego wojenną polityką, a następnie z narodowym socjalizmem. Czyż protestancki odłam wewnątrz narodowego socjalizmu pod nazwą „Niemieckich Chrześcijan” (Deutsche Christen) nie jawił się dla tego ugrupowania jako nowe objawienie, a Adolf Hitler jako nowy Luter albo wręcz Chrystus? Czy prominentni przedstawiciele tzw. piętrowej katolickiej teologii nie twierdzili, że narodowy socjalizm w płaszczyźnie naturalnej pragnie tego samego, czego chce chrześcijaństwo w pionie nadprzyrodzonym? Ten nurt reprezentowali m.in. znani wówczas teologowie dogmatycy Karl Adam, Michael Schmaus, jak i znakomity historyk epoki Reformacji Joseph Lortz. 
Barth przykładał palec do rany, gdy z całą ostrością dostrzegał polityczne niebezpieczeństwo kolaboracji „chrześcijańskiej” teologii naturalnej. Z tej ostrej teologicznej intuicji szwajcarski uczony konsekwentnie wysnuwał konkretne wnioski: przeciwko narodowosocjalistycznemu skrzydłu „Niemieckich Chrześcijan” zorganizował po roku 1933 ruch oporu o nazwie „Kościół Wyznający” (Bekennende Kirche) oraz inspirował protestanckie Synody w Barm głosząc, że nie można Chrystusa zastępować żadnymi wydarzeniami, potęgami, osobami i prawdami. W 1935 r. Bartha pozbawiono katedry na uniwersytecie w Bonn zmuszając do wyjazdu z Niemiec.
Wydalony ze swej uniwersyteckiej katedry (1935) wykłada Barth na uniwersytecie w Bazylei swą „Kościelną dogmatykę”, których trzynaście monumentalnych tomów publikuje jeden po drugim, nigdy nie chcąc jej zakończyć. Z jego profetyczno-ekspresjonistycznej teologii Listu do Rzymian wykuwać się zaczyna „nowoortodoksyjna” dogmatyka tego teologa, który – jak przystało na reformowanego myśliciela tradycji kalwińskiej – potrafi zapełniać setki stronic niezrównanymi analizami na temat Bożej predestynacji, a także pisać olbrzymie rozdziały o aniołach i demonach.
Katolików zafascynowała przede wszystkim Bartha nowa interpretacja predestynacji, czyli przeznaczenia ludzi do zbawienia, która przezwycięża augustyńsko-kalwinistyczny dualizm (wedle którego jedną część ludzkości Bóg z góry przeznacza do chwały nieba, a inną część uprzednio na karę wiekuistego potępienia); Barth zbliża się tu do chrześcijańskiego uniwersalizmu w słynnej wersji Orygenesowskiej apokatastazy, ściśle wiążącej odkupieńczy chrystocentryzm z wizją wszechobejmującej jedności zbawienia, która z rodzaju ludzkiego nie wyklucza nikogo. 
Traktatowi o Bożym stworzeniu Barth poświęca cztery potężne tomy swej „Kościelnej dogmatyki”, co oczywiście musiało mieć też swe konsekwencje dla poznawania Boga z dzieł Jego stworzenia (m.in. przez pogan!). W swej nauce o stworzeniu Barth bronił się jeszcze przed taką intuicją, ażeby dopiero w wykładzie o pojednaniu, w ostatnim jeszcze kompletnie opublikowanym tomie swej dogmatyki, powiedzieć – wciąż z wieloma zastrzeżeniami – że obok „jednego światła Jezusa Chrystusa” rozbłyskują też i „inne światła”, obok „jednego słowa” jeszcze „inne słowa”. Zarysowuje się tutaj nowe wartościowanie „teologii naturalnej”, filozofii i ludzkiego doświadczenia, a w sposób pośredni (i milcząco) także pozytywne spojrzenie na wielkie religie świata, które dawniej pod piórem Bartha były dyskwalifikowane jako formy niewiary, bałwochwalstwa i rezultat pomysłów ludzkich.

Ekumeniczny testament
Tutaj rozsadzone zostają, dotąd w zasadzie nieprzekraczalne, granice otwarcia się na bogactwa innych religii. Bardziej interesuje nas jednak w tym miejscu problem ekumeniczny i stosunek Bartha do katolicyzmu. Zwrócenie się ku problematyce Kościoła katolickiego można nazwać ekumenicznym testamentem Karla Bartha. W obliczu tendencji do reform, zarówno w rzymskim jak i protestanckim chrześcijaństwie lat 60. minionego stulecia, teolog ten wzywa swych katolickich i reformowanych słuchaczy – w ostatnim wykładzie swego życia pod hasłem ,,Zryw – Nawrócenie – Wyznanie” – do wspólnej refleksji nad miejscem i zadaniem Kościoła w nowopowstałej sytuacji. Prelekcja jest zwieńczeniem wieloletnich dyskusji wokół ruchu ekumenicznego. Barth podsumowuje swój życiowy trud. Do chrześcijan po obu stronach wyznaniowych barier zwraca się z apelem o wykrzesanie poczucia fundamentalnej wspólnoty, wzywając do wspólnych przemyśleń nad jednym ruchem Kościoła gromadzącym w swych szeregach podzielone wyznania. Wymienione w wykładzie trzy elementy Barth rozpoznaje w obradach Drugiego Soboru Watykańskiego. Wzorzec dla integracji swego trzypunktowego programu ruchu do jedności czerpie ze starotestamentowego wyjścia Izraelitów z Egiptu. Podkreśla najpierw orientację obietnicy i charakter nadziei zrywu w odniesieniu do określonej przyszłości Ziemi Obiecanej.
Daleko zawiodłaby próba kreślenia ekumenicznej sylwetki Bartha w jego kontaktach z wielkimi osobistościami i niezliczonymi odcieniami inicjatyw wielkiej ekumeny. Miejsce takiej uciążliwej próby niech wypełni epizod z kuluarów Vaticanum II, podczas którego do Bartha wystosowano list z uprzejmym zapytaniem, czy nie zechciałby przyjąć zaproszenia do udziału w dwu ostatnich sesjach Soboru jako jego „obserwator”. Ujęty tym gestem adresat nie mógł, z powodu choroby, uczynić zadość zaproszeniu. Po zamknięciu Soboru Paweł VI zaprosił go oddzielnie z osobistą wizytą do Watykanu (1967). Nadzwyczajny gość uhonorowany został niezwykle: m.in. wykładami Rahnera, Ratzingera, Congara, którzy referowali specjalnie dla niego. Po powrocie z Rzymu Barth pisze przeuroczą książeczkę „Ad Limina Apostolorum” (U Progów Apostołów – to nazwa oficjalnych wizyt sprawozdawczych, składanych przez katolickich biskupów papieżowi w pięcioletnich odstępach), gdzie relacjonuje swój tak wyróżniający go galowy pobyt na Watykanie. Pisze m.in.: „Ultra montes spotkałem tak wielu ludzi chrześcijan, z którymi dane mi było rozmawiać ze szczerą powagą, i wśród których serdecznie też mogłem się pośmiać, tak że nie bez żalu pomyślałem sobie o pewnych ogrodowych karzełkach w naszej własnej domowej zagrodzie”. Imperatywem chwili jest „gruntowne mniejsze lub wielkie zamiatanie przed naszymi własnymi drzwiami”. 
Ze wzrokiem skierowanym na przyszłość ekumenizmu Barth śmiało dotyka następnie konwersji, problemu wówczas o wiele bardziej aktualnego niż dzisiaj, czyli przechodzenia wiernych z jednego wyznania na drugie: „Konwersje od nas do Kościoła rzymskokatolickiego, albo na odwrót, jako takie nie mają sensu (peccatur intra muros et extra! – ludzie grzeszą wewnątrz murów i na zewnątrz). Swój sens mogą mieć tylko tam, gdzie zgodnie z sumieniem przybierają nieodzowną postać konwersji nie do innego Kościoła, lecz są nawróceniem do Jezusa Chrystusa, Pana jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego Kościoła. W gruncie rzeczy chodzić może po tej i po tamtej stronie tylko o to, że do wiary w jednego Pana i na Jego służbę każdy pozwoli się wezwać na swoim miejscu w swoim Kościele”. Kryje się tu wielki myślowy ładunek: w każdym Kościele Jezusa Chrystusa biją dostatecznie silnie źródła zbawienia; członkowie tych Kościołów mają zatem uświęcać się u siebie i przez nierozważne kroki konwersji nie osłabiać kościelnych wspólnot, których są członkami. Przejście do innego Kościoła usprawiedliwia jedynie osobista głęboka świadomość, że we własnym Kościele człowiek nie znajduje odpowiednio silnych impulsów do życia w Jezusie Chrystusie.

Usprawiedliwienie przez wiarę
Historia oddziaływania myśli K. Bartha pisana jest po dziś dzień, na ścieżkach nieraz zgoła nie przewidywanych. Nigdy nie przypuszczałby ten uczony, że kilkadziesiąt lat po swej śmierci stanie się prekursorem i wręcz promotorem pierwszego wielkiego ekumenicznego dokumentu wypracowanego przez teologów, a przyjętego przez zwierzchnictwa Kościołów luterańskich i Kościoła katolickiego, mianowicie słynnej Wspólnej Deklaracji o usprawiedliwieniu, podpisanej 31 października 1999 w Augsburgu. 
U początków dziesiątki lat trwającego teologicznego dialogu na ten temat stoi Hans Küng, jeden z najbardziej znanych teologów naszych dni. W swej prawie młodzieńczej, a do dziś wysoko notowanej rozprawie habilitacyjnej pt. „Usprawiedliwienie. Nauka Karla Bartha i katolicka refleksja” (1957 r.) autor wykazuje, że w centralnej, dla naszych podzielonych nauce o usprawiedliwieniu istnieje podstawowa zgodność między nauką Bartha a właściwie rozumianym nauczaniem Kościoła katolickiego (konkretnie: Soboru Trydenckiego), z czego wynika prosty wniosek, że podziałowi Kościołów między protestantami i katolikami brak uzasadnienia. W liście towarzyszącym do Künga, stanowiącym przedmowę do jego dysertacji, Barth pisze: „Jeżeli to, co Ksiądz czerpie z Pisma Świętego, starej i nowej rzymskokatolickiej teologii, a potem jeszcze z »Denzingera«, a więc także z tekstów Tridentinum, jest rzeczywiście nauczaniem Pańskiego Kościoła..., wówczas będę pewnie musiał... – już po dwakroć odwiedziwszy kościół S. Maria Maggiore w Trydencie – udać się tam po raz trzeci: tym razem dla wyznania w skrusze: patres peccavi (Ojcowie soborowi zgrzeszyłem)”. Powiedzmy tu w wielkim skrócie, że chodzi o naukę, że grzesznik usprawiedliwiony zostaje (otrzymuje łaskę zbawienia) mocą darmowej Bożej łaskawości i nie może jej wysłużyć sobie żadnymi ludzkimi uczynkami. Szereg lat później, do żywego poruszony pontyfikatem Jana XXIII, głęboko „ewangelickiego” papieża II Soboru Watykańskiego, Barth powie: „Zaiste, teraz potrafię słyszeć głos Dobrego Pasterza”. 

*
Karl Barth swego dzieła nie dokończył. Mam na myśli jego epokową „Dogmatykę kościelną”. Pozostała symfonią niedokończoną podobnie jak Summa Teologiczna Tomasza z Akwinu, który w sposób zagadkowy przerwał jej pisanie przed swą śmiercią. Kościół zawsze jest zdany na wsłuchiwanie się w wiarę Ojców, pisał Barth w swym ostatnim nie dokończonym szkicu do wykładu: „Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żyjących. Dla niego żyją wszyscy – od apostołów aż po Ojców dnia przedwczorajszego i wczorajszego”. Były to ostatnie słowa 82-letniego wtedy teologa. Następnego dnia, 10 grudnia 1968, jego małżonka znalazła go pogrążonego w spokojnym śnie na zawsze.

Ks. Alfons Skowronek SJ


Autor jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Kard. S. Wyszyńskiego. W Wyższej Szkole Studiów Międzynarodowych w Łodzi kieruje katedrą filozofii (zagadnienia światopoglądowe), a na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych UŁ wykłada tematykę Kościołów Europy Zachodniej.
 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl