Spór o politykę wschodnią

Wszystkie błędy zostały już popełnione

JERZY POMIANOWSKI

 

Jerzy Giedroyc spoczął na cmentarzu w Le Mesnil-le-Roi dwudziestego 
pierwszego września dwutysięcznego roku. Obeszło się bez przemówień i laudacji. Obecni zdawali sobie sprawę, że chowają nie tylko wydawcę i animatora życia duchowego, jakiego Polska jeszcze nie miała, ale nade wszystko męża stanu in partibus, twórcę dalekowzrocznej koncepcji politycznej. To Giedroyc przewidział zmianę geopolitycznego fatum, które wisiało nad niepodległością Polski i sam przyczynił się do tej zmiany. To Giedroyc, co ważniejsze, określił warunki, pod którymi owa niepodległość może być zachowana. Pierwszym z nich była suwerenność tych krajów, nade wszystko Ukrainy, o dominację nad którymi walczyła całe wieki Rosja z Polską.
Dnia następnego, w oktawę zgonu, odprawiona została, wedle ostatniej woli zmarłego, panichida w prawosławnej katedrze św. Aleksandra Newskiego przy paryskiej ulicy Daru. Obecni na tym obrzędzie świadomi byli, że człowiek, którego żegnają, dobrze życzył Rosjanom i Rosji – i właśnie dlatego chciał końca Obozu. Doczekał się tego. Ale wcale nie był pewien, czy Rosjanie i Polacy potrafią z tej nadzwyczajnej przemiany wysnuć niezbędne dla nich wnioski.
Po śmierci Redaktora i publikacji ostatniego, 637. numeru KULTURY, przez całą niemal prasę polską przetoczyła się wysoka fala solennych nekrologów i wspomnień. Zwracało uwagę, że szczeremu żalowi rzadko towarzyszyła analiza, albo choćby przypomnienie tych koncepcji Giedroycia, które ów żal usprawiedliwiają. Dlatego Maria Janion mogła napisać, że „chociaż niemal wszyscy się mianują uczniami »Kultury« i Giedroycia, nie doszło tak naprawdę do przemyślenia jego koncepcji Rzeczypospolitej”.
Ta okoliczność zdumiewa tym bardziej, że koncepcja Giedroycia – i jego porte parole, albo raczej alter ego, Juliusza Mieroszewskiego – nie miała i nie ma konkurentek; jakoś nie słychać o innych, nowych doktrynach. Ależ tak, alternatywy do programu „Kultury” istnieją. Jego antagoniści odwołują się wszelako do recept nie dość, że zabytkowych i skompromitowanych, ale nadto wcale nie biorących w rachubę nowej sytuacji Polski i niweczących otwarte wreszcie szanse.

Niepodległościowcy od Nowosilcowa 

Niemal nazajutrz po ceremonii w Maisons Laffitte zaczęła się w polskiej prasie krzątanina, nosząca wszystkie cechy przygotowań do drugiego pogrzebu Giedroycia. Tym razem – wespół z jego koncepcją, z wytycznymi polskiej polityki wschodniej, wypracowanymi przez zespół „Kultury”.
Sygnał dał „Nasz Dziennik” już 23 września artykułem „Pomnik Giedroyciowi?”. 
Za spadkobiercą paxowskiego organu ruszyła „Myśl Polska” („Dziedzictwo Księcia Redaktora”), a w ślad za nimi – cała brygada żandarmerii patriotycznej, owi niepodległościowcy od Nowosilcowa, jak ich nazywa Piotr Wierzbicki. Tenorem tych publikacji były od początku oskarżenia Giedroycia i spółki o zaparcie się wschodnich Kresów, o wichrzenie wśród narodów b. ZSSR, a w konsekwencji – o impas w stosunkach polsko-rosyjskich. Rychło kampania zamieniła się w istne larum, gdy tylko zjawił się na tapecie temat drugiej nitki jamalskiego gazociągu.W endeckiej „Myśli Polskiej” można było czytać o „lobby OUN’owskim”, które „rozpętało jątrzącą propagandę przeciwko rosyjskiej propozycji”.
Takie twierdzenia wywodzą się z poglądów, ugruntowanych dawno w domu niewoli. 
Może żywią się tajnym podziwem dla despotii, nie koniecznie bezinteresownym; ale nas tu nie interesują ciemne strony sprawy. Ważniejszy jest fakt oczywisty, potwierdzony przez historię: ta postawa bierze się z przekonania, że Polska z Rosją może dogadać się tylko kosztem Ukraińców, Białorusinów, Litwinów. Przecież tak się stało w 1920 r., po zwycięskiej wojnie z bolszewikami. Naprzekór federalnym marzeniom Piłsudskiego, nacisk prawicowej, posłusznej Dmowskiemu większości sejmowej sprawił, że pokój ryski sprowadził się do rozbioru Białorusi i Ukrainy między Polskę, a sowiecką Rosję. Z Rygi na Wołyń droga była potem krótka i znaczona krwią.
Giedroyc z Mieroszewskim patrzyli z politowaniem na endecką tradycję trzymania się rosyjskiej klamki i mieli po temu bardzo prosty powód. Taktyka Dmowskiego i Koła Polskiego w Dumie brała się z założenia, że głównym wrogiem Polski są Niemcy i że jedynym oparciem jest Rosja, dla pewności – niepodzielna. Stąd wrogość wobec dążeń do niezależności innych poddanych Imperium. Druga Wojna zmieniła zupełnie pozycję, perspektywy i sojusze Niemiec. Konsolidacja NATO, obecność w nim i w Europie Amerykanów, obalenie Muru, wejście do Sojuszu tak Niemiec, jak Polski – wszystko to anulowało dawną groźbę i odebrało pozory racji postawie narodowców. Niemniej, anima naturaliter endeciana dalej pełna jest wrogości do sąsiadów. I, oczywiście, do Giedroycia, który wiele się napracował, aby opisany tu przewrót nam uświadomić.

Opcja Rosyjska

Do tego bractwa pogrzebowego przystąpili także przedstawiciele lewicy.
Zarówno „Przegląd”, jak oficjalny organ SLD „Trybuna” zajęły stanowisko zbieżne z pozycją skrajnej prawicy. Argumenty są odmienne, brane z półki Realpolitik, ale chodzi o to samo – że suwerenność Ukrainy nie ma większej wartości dla Polski. W każdym razie – większej od intraty, obiecywanej Polsce przez Gazprom.
Do tej konkluzji zmierzają wszystkie wywody profesora Łagowskiego, autora serii artykułów w „Przeglądzie”. Już ich tytuły mówią sporo („Strategiczne głupstwo”, „Rasizm gazowy”), wiele więcej mówi jednak dobór twierdzeń, urągających prostej oczywistości. Łagowski pisze o ukraińskim „monopolu na tranzyt rosyjskiego gazu do Europy Zachodniej”, podczas gdy inny tranzytowy gazociąg już biegnie na Zachód przez Białoruś i Polskę. Zapewnia, że Polska zarobi miliardy dolarów za tranzyt gazu, podczas gdy wiceminister gospodarki Karbownik twierdzi, że państwo nic na tranzycie nie zarabia: właściciel polskiej części rury nie płaci podatku dochodowego. Nie obchodzi profesora, że Polska zależy w 70% od jednego dostawcy – Gazpromu i że tak będzie długie lata. Zaprzecza jasnej jak dzień prawdzie, że bez suwerenności energetycznej nie sposób mówić serio o niepodległości. Nie waha się pisać, że Ukraina uzyskała niepodległość „dzięki Jelcynowi i jego białowieskiej intrydze”.Ten epitet stosuje do aktu rozwiązania ZSSR, obrażając zarówno konstytucję Federacji Rosyjskiej, jak tych mieszkańców kolonii i prowincji Imperium, którym ten akt dał wyzwolenie. Twierdzenie profesora zawiera zresztą szkolny błąd: ZSSR rozwiązano 12 grudnia 1991, dwa tygodnie po proklamowaniu przez Ukrainę niepodległości.
Wywody podobne kompromitują tezę wartą skądinąd uwagi – że o tym, co dotyczy korzyści i dochodów, tak potrzebnych naszemu krajowi, należy mówić trzeźwo, bez doktrynerstwa, a najlepiej – językiem ekonomii. Traktując ową tezę jako jedyną regułę, trzeba by wszelako zlikwidować ministerstwa spraw zagranicznych, wystarczą wtedy biura radców handlowych (dziw, że nikt w świecie jeszcze na to nie wpadł). W każdym razie, już teraz wolno – jak to w handlu – oczekiwać od partnera uznawania tych samych zasad gry. Tymczasem – z punktu widzenia czysto gospodarczego – Rosji powinno być doskonale obojętne, czy Rura Ukrainę omija, czy nie. Chodzi zatem o politykę, tu nie ma miejsca na obłudę. I oto wraca pytanie – czy są doraźne korzyści, dla których warto Polsce godzić się na powrót do sytuacji geopolitycznej, która przez wieki okazywała się fatalna? Będzie nią także dla Rosji, co postaramy się wykazać. 
Sądząc z cytowanych wypowiedzi, rozchodzi się o tzw opcję rosyjską. Sprowadza się ona tradycyjnie do postawy subalterna, który jest przekonany, że z większym sąsiadem dojść można do pojednania i zgody jedynie drogą posłusznych ustępstw. Nie jest to tradycja zbytnio w Polsce popularna. Stąd dziwi lekceważenie przez SLD głównego i skutecznego zarzutu, jaki był i będzie ferowany wobec formacji, wywodzącej się z PZPR i nie odrzucającej spadku po PRL. To zarzut zależności od Moskwy. Toż nie posłuszeństwo Heglom i Marxom zarzucano Partii, tylko wierność każdej dyrektywie Centrali i wszystkim jej interesom. Jest zagadką, dlaczego Sojusz wystawia połeć na ten strzał.
Ale to w końcu sprawa tego stronnictwa i jego wyborczych rachub. Gorzej, że wspomniana taktyka podważa zasługi dla państwowej polityki zagranicznej, które niewątpliwie położył Aleksander Kwaśniewski. Pochodzi z tej samej formacji i nie jej, ale krajowi szkodzić będzie cień dwoistości, albo dwuznaczności, który paść może na politykę wschodnią Polski. Kwaśniewski w oczach światowej opinii stał się sygnatariuszem tych jej kroków, które wydawały się skuteczne. Zwłaszcza w stosunku do Ukrainy; nie tylko na salony ją wprowadził; starał się istotnie zdobyć dla niej zaufanie zachodnich inwestorów. Dopiero co, 11 lutego 2001, w telewizyjnej rozmowie z redaktorem „Deutsche Welle”, polski prezydent oświadczył, że skończyły się czasy rosyjskiego dyktatu. Takich oświadczeń, jak sądzę, nie warto podważać.

Szczęście negatywne

W Kongresówce – przed Pierwszą Wojną i podczas niej – mianami passywistów i aktywistów określano dwa główne odłamy polskiej opinii. Passywiści czekali z założonymi rękoma, aktywiści starali się wykorzystać nagłe zmiany sytuacji i mieć na nie wpływ, dla sprawy polskiej korzystny. Po lekturze „Pochwały minimalizmu” Bartłomieja Sienkiewicza sądzę, że warto odkurzyć te pojęcia.
Jego szkic kończy się znamiennym przesłaniem: „Taki minimalizm (...) pozwoli uniknąć rozczarowań, które rodzą się wtedy, gdy rzeczywistość nie chce się poddać naszym marzeniom”. Od razu budzi się w człowieku chęć przypomnienia, że gdyby Giedroyc 55 lat temu wziął sobie do serca tę znaną ogólnie przestrogę, nie było by ani „Kultury”, ani Instytutu, ani setek i setek wydanych przezeń książek zbójeckich, ani tysięcy i tysięcy Polaków, Rosjan, Ukraińców, którzy – po lekturze nieraz jednego z tych tomików – odmieniali swój sposób myślenia, a czasem i sposób bycia. Ale nie będziemy tu bawić się w pochwały wytrwałości, wyobraźni, pracowitości i podobnych romantycznych rekwizytów. Mamy pod ręką prozaiczne i rzeczowe dowody, że główne założenia artykułu są mylne lub naciągnięte, co czyni wątpliwą jego konkluzję. Do takich założeń należy to, co Sienkiewicz pisze o wpływie koncepcji Giedroycia na praktykę polskiej polityki wschodniej, dalej – o potrzebie minimalizmu w niej, a także – prawie wszystko, co pisze o Rosji
Zachodzę w głowę, jak można mówić o powszechnym uznaniu dla koncepcji Giedroycia, jeśli się zna głosy z prawa i z lewa, przypomniane wyżej. Ale w końcu polityką zagraniczną nie sterują czytelnicy cytowanych gazet, co ma swoje dobre strony. Sienkiewicz utrzymuje, że łatwo za to znaleźć „w działaniach kolejnych rządów niepodległej Polski rdzeń idei Giedroycia-
-Mieroszewskiego”. I przytacza z miejsca dowód: „Zaczęło się od śmiałej praktyki tzw »polityki dwutorowości«, gdy nawiązywano kontakty na szczeblu oficjalnym z republikami związkowymi sypiącego się, ale wciąż jeszcze istniejącego ZSSR...” Znawca tematu, profesor Osadczuk, nieco inaczej ocenił charakter i efekty tej praktyki („Kultura” nr 11 z 1993 r.): „Ukraina trzyma się teraz z daleka od Warszawy. Doświadczenia ostatnich miesięcy wykazały, że dewiza prezydenta Krawczuka o priorytecie stosunków z Polską była politycznym niewypałem i błędem. Polska uznała za zasadę swej polityki wschodniej pasywną neutralność względem Kijowa i Moskwy, a kiedy Ukraina znalazła się w opałach w Jałcie, większość komentarzy polskich uznała to za wielki sukces, leżący w interesie Warszawy...” 
Przykładów takich przybyło z czasem – stąd gniewne monity i nieskrywany pesymizm Giedroycia; toć właśnie polskich polityków i publicystów poszturchiwał, nie do rosyjskich decydentów miał pretensje; ich działania uważał za konsekwentne. „Notatki redaktora”, publikowane od października 1993, wcale nie zawierają dowodów zadowolenia z mitycznego zwycięstwa jego koncepcji. Ani nawet z dobrego jej użycia.
Owszem, pozawierano traktaty z sąsiadami, uszanowano granice. Dyplomaci działali sprawnie i robili co mogli, a czasem i więcej. Ach tak, z Rosją mamy pokój dosyć zimny, z Białorusią jesteśmy w przedpokoju, z Ukrainą dzieje się to, co gazeta moskiewska „Siewodnia” przepowiedziała już 25.lipca 2000: „Polsza Ukrainu nie spasjot”. Ba, powie Sienkiewicz – przecież mogło być gorzej! Toć nasze kraje uniknęły losu Bośni. Jest to stan, który Boy nazywał szczęściem negatywnym.
Może Bartłomiej Sienkiewicz ma rację, opisując słabość polskiej pozycji, i opór materii: brak środków, tradycji, instytucji demokratycznych itd. u naszych sąsiadów. Ale Giedroyc świetnie zdawał sobie sprawę z tego stanu rzeczy. Ten stan jest także dowodem naszego passywizmu, nie zaś skutkiem zmęczenia materiału jego koncepcji. Toż jest ona pomysłem na wyjście z historycznej zapadni w jedyny możliwy sposób: w dobrym towarzystwie. Czy nasz autor uważa, że inaczej sobie wyobrażał Mieroszewski rozumienie tezy o Ukraińcach i Litwinach jako pierwszych naszych sojusznikach? Bez których pozycja Polski się nie zmieni? Czy wizja Giedroycia to był plan kwartalny, czy ten człowiek nie widział ani dalszych perspektyw, ani bliskich przeszkód? Wreszcie – czy osiągnięte minimum wystarcza do uczynienia nieodwracalną naszej niezależności?

Gra o rurę

I oto sedno sprawy: do minimalizmu nikogo u nas namawiać nie potrzeba. Dawno już go praktykujemy. Chwiejność i połowiczność cechują większość oficjalnych kroków polskich na Najbliższym Wschodzie. Cymeliami w tej kolekcji są zdarzenia takie, jak deklaracja prezydenta Wałęsy o nienaruszalności granic ZSSR, ogłoszona nazajutrz po depeszy naszego ministra SZ o uznaniu niepodległości Ukrainy. Albo – ociąganie się z uznaniem niepodległości Litwy. Albo suma wszystkich polskich inwestycji na Ukrainie – koło 50 mln dolarów – mizerna, nawet jak na nasze skromne możliwości. Albo deklaracje o magistrali paliwowej Odessa-Brody-
-Gdańsk, powtarzane latami, a nie poparte konkretnymi działaniami. Zwieńczeniem tej serii było pewne twierdzenie premiera Buzka: w dobroci swojej oświadczył, że nie potrzeba nam jakiejś osobnej polityki wschodniej. Ponoć zreflektował się ostatnio, ale już po ptokach, jak mówią na jego Śląsku.
Dodajmy do tych zaniedbań przykłady zaniechania kroków, niezbędnych dla dania mniejszościom – ukraińskiej, białoruskiej, litewskiej – poczucia pełni praw i dla naprawy krzywd. Zwłaszcza tych, które usprawiedliwić miała przeklęta idea odpowiedzialności zbiorowej. Starczy przypomnieć Przemyśl i sprawę unickiej katedry, gorszące spory w Supraślu, czy Puńsku, brak rewindykacji dla Łemków, kwestię godnego uczczenia pamięci i roli metropolity Szeptyckiego, autora wezwania „Ne ubyj!”. Jakiż pragmatysta zaprzeczy, że ma to wpływ na orientacje sąsiadów zza kordonu? Politykę zagraniczną warto uprawiać także wewnątrz kraju.
Wszystkie te przykłady dowodzą, że Sienkiewicz jest w błędzie: Polska miała i wciąż jeszcze ma możność wpływu na sytuację ,,na wschód od Przemyśla”. Nie wykorzystała wielu okazji jedynie przez brak jasnego programu politycznego. A już na pewno nie przez gorliwe stosowanie zasad Giedroycia.
Pierwszy wniosek z jego koncepcji, jak wiadomo, postuluje, że niezbędne są nam jak najlepsze stosunki z Rosją, pod jednym wszakże warunkiem – byle nie kosztem niepodległości i życiowych interesów naszych wspólnych sąsiadów, zwłaszcza Ukrainy.
Negujący takie poglądy T. A. Olszański twierdzi, że są historycznie nie uzasadnione i zgoła szkodliwe jako dyrektywa polityczna, bo niepodległość Ukrainy nie jest dla niezależności i bezpieczeństwa Polski potrzebna, a jej obrona naraża nas na „nieunikniony konflikt z Rosją”. Jest to teza skażona fatalistycznym pojęciem o Rosji i dziwacznym przekonaniem, że ewentualne konflikty będą niemożliwe i niegroźne, gdy będziemy wzdłuż całej ściany wschodniej sąsiadować nie z Rosją i Ukrainą, tylko z Imperium, którego reanimację pragmatycznie ułatwimy. Co do historycznego uzasadnienia, to warto, aby autor artykułu „Po pierwsze: interes państwa” przypomniał sobie czym skończyły się dzieje Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdy nie zadbała o porozumienie i sojusz z Trzecim, zostawiając Ukrainę na łasce losu. Wystarczy, że przeczyta uważnie ostatnie zdanie „Ogniem i mieczem”.
Skądinąd nasz Sienkiewicz, Bartłomiej, lojalnie dostarcza dowodu, jak ważne byłoby dla polityki polskiej stosowanie przytoczonej zasady Giedroycia nawet tam, gdzie wydaje się sprzeczna z doraźną korzyścią. Wraca mianowicie do Rury, do żądania Gazpromu, by jej druga nitka omijała Ukrainę i pisze, że jest to „pierwszy moment w dziesięcioletniej historii sąsiedztwa polsko-ukraińskiego, gdzie od decyzji rządu w Warszawie w istotny sposób coś zależy w sprawach ukraińskich. Jeśli w tym momencie Polski nie będzie stać na wypracowanie takiej formuły wobec rosyjskiej propozycji, która połączy polskie interesy z interesami ukraińskimi (...) to obawiam się, że podważymy wszystkie nasze deklaracje o »strategicznym partnerstwie« składane podczas ostatniej dekady”.
Sienkiewicz pisze, że chodzi o „jedyny element”, który daje Polsce praktyczną możność wpływu na sytuację, ale nie mówi, że to element kluczowy i sprawczy wobec kolejnych ogniw procesu, ogarniającego coś więcej, niż Ukrainę. Już widać, że decyduje o jej niezależności. Sienkiewicz, jak ufam, rozumie, że gra toczy się o taką stawkę i że Polska na przebieg gry ma (czy mogła mieć) decydujący wpływ: istotnie, jest krajem najprostszego, więc najtańszego tranzytu i to ona miała prawo stawiać warunki. Jeśli wśród tych warunków już w chwili zawarcia feralnego, tak jest, kontraktu z 1993 nie było punktu, chroniącego interesy Ukrainy, to mieliśmy do czynienia z błędem o ciężkich konsekwencjach. Co więcej, błędu tego mogła Polska uniknąć: wystarczyło (zawczasu, nie post factum!...) pertraktować nie tylko z dostawcą, ale z odbiorcami , tj. z krajami UE. Nic nie wiadomo, aby ktoś tego próbował, a rad bym się mylić. Pan Wiachiriew pomyślał o tym w porę i ugodę zawarto nad naszą głową, co dla Unii wcale nie było konieczne.
Dla Ukrainy konsekwencje oznaczały możliwość zamknięcia przez Gazprom jej kurków, skoro tylko otwarta była by inna, omijająca ją nitka. Rezultatem mogła być jedynie utrata suwerenności energetycznej na rzecz dostawcy i jego rządu. Jeśli chodzi o konsekwencje dla Polski, to Sienkiewicz mówi skromnie o „podważeniu deklaracji”, ale dopowiedzmy za niego, co rysuje się na horyzoncie. Polska traci w tym wypadku nie tylko niezależnego sąsiada i zaufanie jego narodu (które z trudem próbujemy pozyskać). Owszem, pobierać będzie w zamian gazowe myto, ale żegna się z wartością wymiernie cenniejszą: bezpieczną pozycją geopolityczną. Nie w kij dmuchał. Tym bardziej, że klamka pono już zapadła. Teraz można – w razie czego – spodziewać się tylko opieki NATO. Tyle, że właśnie takiej konieczności NATO wolało by uniknąć – i to przed nią nas przestrzega. Niepodległość Ukrainy tę konieczność czyni iluzoryczną, z pożytkiem dla wszystkich. 
Zgoda, powie Sienkiewicz, załóżmy, że program „Kultury” został zaniedbany, ale sęk w tym, że niema dla niego zastosowania. Z trzech co najmniej powodów.
Po pierwsze – Ukraina sama nie chce niezależności. Od Zachodu dzieli ją rozziew cywilizacyjny, wiara, tradycje, czyli to, co zbliża ją do Rosji. Dodajmy ścisłe więzy gospodarcze. „Ani Ukraina, ani Białoruś nie są w stanie i nie chcą wyrwać się ze wschodnio-europejskiego kręgu cywilizacyjnego” – dorzuci Olszański. Od Polski dzieli nadto Ukrainę rzeka niedawno przelanej krwi.
Po drugie – Sienkiewicz mówi o „niezdolności elit” Ukrainy do „udźwignięcia ciężaru suwerenności”.
Po trzecie – przewód myślowy w obronie programu Giedroycia zasadza się na straszaku rosyjskim, podczas gdy „problemy, które stoją przed Rosjanami wykluczają w dającej się przewidzieć przyszłości agresywną politykę imperialną, której skutkiem mogłoby być wchłonięcie na przykład Ukrainy”.
Otóż wszystkie te trzy tezy są dęte i oparte na błogim przeświadczeniu o niezmienności faktów, znanych dysputantowi akurat w dniu bieżącym. Aby tym przeświadczeniem zachwiać, starczy może paru napomknień.
Co do rozziewu cywilizacyjnego, kręgów kulturowych itd. przypomnę, że taką Turcję wiele więcej dzieli od chrześcijańskiej Europy, niż Ukrainę. Od sąsiadki –Grecji dzieli ją nie rzeka, ale morze krwi. Mimo to, lgnie do Zachodu i nawet Huntington jej nie przekona, że musi przystąpić do dżihadu przeciw niewiernym wespół z Irakiem i Syrią. Widocznie polityczne związki więcej znaczą, niż względy historiozoficzne, o których piszą nasi pragmatyści. To samo z grubsza dotyczy feudalnej Arabii Saudyjskiej, choć powinien ją krępować brak wszelkich instytucji demokratycznych. Japonię pomińmy, bo demokratyczna, choć i rozziew kulturowy, i sąsiedztwo z Rosją powinny odpychać ją od Zachodu. 
Co do kłopotów z niepodległością, zaznaczę, że 1 XII 1991 głosowało za nią 92% Ukraińców. Jesienią zaś 1994 już 82% wołało o integrację z WSP. Główny, acz nie jedyny, powód zmian był prosty: w końcu 1992. Gazprom podniósł ceny za gaz, a w marcu 1993 przykręcił kurki o połowę. Skutkiem był ziąb i mrok w mieszkaniach i szpitalach, przestoje i strajki w fabrykach. Dziś nawet Olszański mówi, że tendencje są fifty-fifty, ale to zależy. Może i od nas. 
Skądinąd Kadrówkę Piłsudskiego w sierpniu 1914 powitały w Kielcach zatrzaśnięte okiennice. Kongresówka modliła się za cara. Na szczęście nastroje są zmienne.
Związki gospodarcze? To jasne, Ukraina i Rosja są sobie wzajem potrzebne. Ale tu wolno przypomnieć, że Róża Luxemburg, osoba więcej niż inteligentna, uważała, że Polsce nie opłaci się niepodległość, bo Rosja jest naturalnym rynkiem zbytu dla łódzkich bławatów. Nawet Łódź, moje rodzinne miasto, nie przyznało jej racji.

Równość partnerów

Marcin Król pisał parę lat temu: „...uważam, że Ukraina jest kluczem do polskiej polityki rosyjskiej i stanowi sedno polskiej racji stanu”. Wniosek, wysnuty z tez Giedroycia, każe dziś iść dalej. Polska wstąpiła do NATO nie dla konfrontacji z Rosją, ale po to, aby rozstrzygać z nią wspólne problemy – nareszcie na równej stopie. Najważniejszym z tych problemów jest zapewne udział Rosji we wspólnocie państw europejskich. Myli się jednak, ten, kto sądzi, że czynnikiem integracji równych stanie się odbudowane Imperium. Nie może ono brać udziału w sławetnym koncercie państw kontynentu nie tyle ze względu na swój ogrom i pamiętne tradycje, ile z uwagi na fakt, prosty jak drut: racją bytu imperiów jest ekspansja terytorialna, nieuchronnie prowadząca do wyścigu zbrojeń i konfrontacji. 
Podobnie, jak klasycznym głupstwem jest dzisiaj straszenie Rosją i jej rzekomą gotowością do niezwłocznych zaborów, tak samo głupstwem neoklasycznym jest lekceważenie możliwości przewagi w Rosji tendencji imperialnych „w dającej się przewidzieć przyszłości”. Głosuje za tym ponad 30% wyborców, zwłaszcza z KPRF.
Rosja stoi na rozdrożu. Wciąż jeszcze ma do wyboru dwie drogi. Jedną jest szlak rozwoju gospodarki intensywnej, nie potrzebującej żadnych podbojów, ale wymagającej słuchania rad zgrai jajogłowych. A także wyrzeczeń i wysiłków, drogich technologii i ogromnych nakładów na szkolenie nowych pokoleń. Drugą – jest stara droga gospodarki nakazowej i ekstensywnej, żądającej rozbudowy aparatu przemocy i prowadzącej do ekspansji, do zagarniania cudzych ziem i bogactw naturalnych, Ta droga wydaje się łatwiejsza, bo znana. Już się okazała fatalną dla ZSSR. Dlatego nikt z prawdziwych przyjaciół Rosji nie życzy jej powrotu na ten szlak. Ale eksploatacja surowców, zwłaszcza paliw, przynosi teraz Federacji największe zyski, co odbiera chęć szukania zawilszych sposobów i skłania do powrotu na stare tory. Pierwszą i główną przeszkodą na szlaku powrotnym jest 
Ukraina – z jej surowcami, przemysłem zbrojeniowym, jej zasobami ludzkimi. I z jej niezależnością. Pokonanie tej przeszkody i wchłonięcie Ukrainy spowodowałoby efekt lawinowy.
Otóż od Polski zależało powstrzymanie tego procesu. Chodziło o to, aby nie stwarzać pokusy, nie czynić z Ukrainy łatwej zdobyczy. Sądzę, że tylko w ten sposób można było pomóc Rosji i dowieść że jest tylko jedna droga do jej rozwoju i naszego spokoju. Kto sądzi, że osiągnie ten efekt, uprawiając minimalizm i passywizm, ten źle się bawi. Za sprawą takiej zachęty straszak rosyjski łatwo zmieni się w nagan. A wcale nie musi. 
Prezydent Putin niedawno taką dał radę swoim dyplomatom: „Ważne jest, byśmy się nauczyli twardo obstawać przy swoich interesach, nie mówiąc przy tym językiem konfrontacji”. Jest to jedna z tych rad, których warto posłuchać. A jeszcze prościej – wrócić do Giedroycia, który był pewien, że porozumieć się z Rosją i trzeba, i można jedynie, jeśli nie jest się jej wasalem. 
Louis A. Thiers tak zakończył mowę w Zgromadzeniu Ustawodawczym Francji 14 marca 1867: „Błagam panów dla dobra waszego i dobra kraju, abyście powrócili bez wahań do polityki zdrowego rozsądku, bo zapewniam was, że popełniliście już wszystkie błędy”.

Jerzy Pomianowski

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl