Seria nieszczęść w przemyśle i rolnictwie spożywczym krajów UE

Krajobraz po bitwie

JACEK KUBIAK z Rennes (Francja)

 

„Wejdą, nie wejdą?” – to zdanie oddaje najlepiej atmosferę we Francji w ostatnich tygodniach. Nie chodzi o wojska ościennego mocarstwa, lecz wirusy – niechętnie atakujące ludzi, za to nagminnie zwierzęta hodowlane.


Od pojawienia się pryszczycy w Wielkiej Brytanii strach przed przeniesieniem się choroby na kontynent spędza sen z oczu francuskim politykom i rolnikom. Przeciętnego Francuza nic już nie dziwi: szalone krowy, kury nadziewane dioksynami, radioaktywne grzyby (po Czarnobylu), Coca-cola zaprawiona środkiem grzybobójczym powodującym wymioty, sery naszpikowane listerią ani nawet pryszczate świnie i owce... 
Seria nieszczęść, która nawiedza rolnictwo i przemysł spożywczy – najpierw Wielkiej Brytanii, potem Francji i reszty krajów Unii Europejskiej – wydaje się nie mieć końca. Epidemia pryszczycy – choroby „starej jak świat” (pierwszy zachowany jej opis pochodzi z 1546 r.) – wydaje się być kroplą przepełniającą kielich goryczy europejskiego konsumenta. I biada nam wszystkim, jeśli ta lekcja nie przysłuży się do zmiany polityki rolnej w całej Europie.

CHOROBA EKONOMICZNA


Pryszczyca jest chorobą wirusową parzystokopytnych: świń, owiec, bydła, kóz, jeleni, żubrów, łosi, saren, wielbłądów. U człowieka wywołuje objawy zbliżone do przeziębienia, wysypkę, afty w jamie ustnej i wokół paznokci, i po kilku dniach mija bez śladu. U zwierząt przejawia się gorączką, osłabieniem, ślinieniem się, aftami na języku, dziąsłach, pysku i na nogach w okolicach racic (stąd angielska nazwa foot-and-mouth disease – choroba racic i pyska, a francuska fičvre aphteuse – gorączka z aftami). 
Dla hodowców oznacza katastrofę. Nie ma na nią lekarstwa, chore zwierzęta tracą wartość, spada mleczność krów, kóz i owiec. Nie można eksportować mięsa z krajów, w których ją stwierdzono, a wirus przenosi się nie tylko wraz z zakażonymi zwierzętami. Mogą go rozsiewać odporne na chorobę konie, koty, psy, ptaki; przenosimy go na odzieży i na oponach samochodów. Wirus rozsiewany jest też z wiatrem: im niższa temperatura i wyższa wilgotność, tym dalej, nawet do 300 km. Jest tak zakaźny, że każdy kontakt z nim wywołuje chorobę, choć nie zabija; padają sztuki najsłabsze i młode. Nie jest to zatem dżuma czy cholera. To po prostu – choroba ekonomiczna.
Od początku lat 90. w całej Europie zaprzestano szczepień przeciwko pryszczycy, gdyż były nieopłacalne. Nie można bowiem odróżnić mięsa zwierząt szczepionych od mięsa chorych – w równym stopniu posiadają one antywirusowe przeciwciała. Dlatego w krajach, w których uporano się z pryszczycą (np. w USA i do lutego w Europie), obowiązuje zakaz importu mięsa z regionów, w których zwierzęta wytwarzają te przeciwciała. Szczepienie przynosi zatem identyczny efekt ekonomiczny, co choroba. W przypadku ataku wirusa jedynym wyjściem jest eliminowanie całych stad – nie tylko zwierząt chorych, ale też podejrzanych o zakażenie. Szczątki pali się na terenie fermy, dezynfekuje okolicę w promieniu 3 km i odcina kontakt ze światem zewnętrznym.
Taką strategię przyjęto we Francji, Belgii i Niemczech, od początku epidemii w Anglii, czyli od połowy lutego. We Francji uznano, że lepiej stracić część zwierząt niż wszystkie – i zaszlachtowano oraz spalono 50 tys. sztuk. Oczywiście takie postępowanie jest szokiem dla rolników i przypatrującej się tej rzezi opinii publicznej. Rolnicy, których fermy brane są w jasyr przez policję i służby weterynaryjne, a cały żywy dobytek eliminowany, nie mogą pojąć tak drastycznych metod. Tym bardziej, że po kilku dniach dowiadują się, że ich stado wcale nie było zakażone... Jednak zwłoka może skończyć się tu epidemią o rozmiarach jeszcze większych niż brytyjska; rolnikom ofiaruje się więc w zamian pomoc medyczną, psychologiczną i materialną. 


WINIEN I MA


Przyczyną wszystkich tych nieszczęść jest absurdalna hodowla intensywna – i globalizacja przemysłu spożywczego. Pogoń za zyskiem przesłoniła zdrowy rozsądek. Bardziej opłaca się przewozić zwierzęta dziesiątki kilometrów na ubój do centralnych rzeźni, niż do lokalnych, małych i niewydajnych. Pozwala to na szybkie i tanie rozsyłanie mięsa na cały świat. W rezultacie Francuzi tylko w niewielkim stopniu zjadają francuskie mięso. A przykładowo Portugalczycy zjadają mięso brytyjskie, a Brytyjczycy – portugalskie. 
Ten szalony obieg produktów spożywczych sprawia, że przy najmniejszym uchybieniu lokalny problem zdrowotny staje się problemem kontynentu. Tak było z pryszczycą, która dotarła do Wielkiej Brytanii najprawdopodobniej z Indii w mięsie podawanym w samolotach lub przemyconym do Anglii. Wirus indyjski jest szczególnie zjadliwy i epidemia rozprzestrzenia się szybko: w 10 dni opanowała Wielką Brytanię i przeniosła się do Belfastu, zagrażając Irlandii. Kraje ościenne (Irlandia, Belgia, Francja) nie mają żadnych szans ustrzec się zarazy. Ich władzom chodzi już tylko o to, by jak najszybciej opanować epidemię, gdy już przekroczy granice.
Katastrofalnej sytuacji w Wielkiej Brytanii sprzyjała polityka kolejnych rządów. Najpierw konserwatyści ograniczali do minimum wszelkie inwestycje centralne (od lat nie przekraczają one 2 proc. PKB, podczas gdy we Francji nie schodzą poniżej 3 proc.). W efekcie drastycznie zredukowano personel nadzoru weterynaryjnego. Funkcjonowanie brytyjskiego systemu opieki weterynaryjnej ilustruje fakt, że pierwszy przypadek pryszczycy wykryto nie na fermie, lecz dopiero w rzeźni. Ile chorych zwierząt poszło w świat, zanim wszczęto alarm? 
Skutkiem takiej polityki jest również choroba szalonych krów (BSE). Raport brytyjskiego ministerstwa rolnictwa z 8 marca ujawnia, że 2 proc. krów jest nosicielem prionów wywołujących BSE i chorobę Creutzfeldta-Jakoba u ludzi. We Francji zakażone są dwie krowy na 1000 – czyli 10 razy mniej. To kolejny dowód na zaniedbania brytyjskiej klasy politycznej. Dzisiejszy kryzys jedynie zwraca uwagę na to, co było wiadome od dawna.

POCZĄTEK KOŃCA GLOBALIZACJI W EUROPIE?


Niezależnie od tego, jak dalej potoczy się cała sprawa, konieczne będzie ustalenie na nowo priorytetów w hodowli i rolnictwie. Chyba tylko promocja naturalnych sposobów hodowli i zaopatrzenie przez lokalnych rolników może przywrócić zaufanie konsumenta do produktów. Następstwem ostatnich wydarzeń będzie również ostateczna klęska promotorów roślin i zwierząt zmodyfikowanych genetycznie, bo konsumenci mają dość ryzyka związanego z szaloną industrializacją rolnictwa, nawet jeśli obiecuje ono góry pieniędzy. Zresztą pieniędzy znów dla koncernów, znów kosztem ludzi i zwierząt. 
We Francji przywódcą walki z globalizacją jest José Bové – rolnik z Langwedocji. Ten charyzmatyczny szef Federacji Rolników uczestniczył w niszczeniu pól zmodyfikowanego genetycznie rzepaku i organizował demonstracje przeciw restauracjom McDonald’sa. Niedawno odbył się proces, w którym groziło mu 16 miesięcy więzienia. Dostał 11 miesięcy w zawieszeniu – wyrok skazujący byłby politycznym samobójstwem, bo każdy Francuz widzi, że to właśnie José miał rację. Politycy proszą go więc teraz o radę, a on sam oświadcza z uroczym uśmiechem, że skłonny jest zająć się polityką, ale dopiero gdy będzie mieć pewność, że zostanie wybrany... prezydentem republiki już w pierwszej turze. Wybory prezydenckie za rok, a na razie, w pierwszej turze wyborów lokalnych, wspierana przez Bové lista uzyskała ponad 8 proc. głosów w Rennes i aż 12 proc. w Tuluzie, stając się języczkiem u wagi w wyborach burmistrza tego czwartego co do wielkości miasta Francji. 
A druga tura rozegra się już w innych warunkach, bo wirus pryszczycy właśnie przekroczył kanał La Manche i zaatakował francuskie stada bydła: władze weterynaryjne potwierdziły już pierwsze przypadki pryszczycy w La Baroche-Gonduin, w północno-zachodniej Francji. Zapewne przysporzy to zwolenników przyjaciołom José...

Jacek Kubiak

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl