Siła i słabość polskiego Kościoła

Z biskupem TADEUSZ PIERONKIEM o II Synodzie Plenarnym rozmawiają Ireneusz Cieślik i Artur Sporniak

 

TYGODNIK POWSZECHNY”: – Skąd wziął się pomysł zorganizowania synodu ogólnopolskiego?
BP TADEUSZ PIERONEK: – Początkowo motyw był dosyć doraźny. W 1987 roku do Polski przyjechał Ojciec Święty. Był to okres trudny i niepewny. Przeżywaliśmy jeszcze wtedy konsekwencje stanu wojennego. Biskupi zastanawiali się (wiem to z relacji), co zrobić, żeby Papież jeszcze raz do Polski przyjechał. Szukano pretekstu i pomyślano o zwołaniu II Synodu Plenarnego (pierwszy odbył się na Jasnej Górze w 1936 r.).
Kardynał Wojtyła był po Soborze wielkim zwolennikiem idei synodów. Kościół krakowski zawdzięcza mu zwołanie na początku lat 70. synodu diecezjalnego. Jak na warunki polskie była to decyzja nowatorska. W swojej pracy duszpasterskiej Wojtyła starał się wszystko przemyśleć i dostosować do współczesnych potrzeb. Chodziło o to, żeby idee Soboru dotarły do ludzi, poruszyły ich.
Pomysł synodu pastoralnego okazał się trafiony. Ludziom to było potrzebne, choć w owych czasach tworzenie licznych grup synodalnych było ryzykowne ze względu na inwigilację przez UB. Kard. Wojtyła liczył się z tym. Okazało się jednak, że obawy się nie sprawdziły. 
Jak Ksiądz Biskup ocenia oba synody: krakowski i ogólnopolski?
– Każdy posiadał inny kontekst, choć oba miały charakter pastoralny, a nie jurydyczny. W Krakowie metoda uczenia się Soboru i tworzenia grup synodalnych bardzo się sprawdziła.
To znaczy, że nie sprawdziła się w ogólnopolskim?
– O wiele mniej.
Dlaczego?
– Zabrakło entuzjazmu. Kard. Wojtyła powtarzał: synod się uda, jeżeli zaangażują się w niego duchowni i świeccy. Początkowy entuzjazm synodu ogólnopolskiego szybko wygasł. Głównie z winy biskupów. Sądzę, że brakowało przekonania, iż warto w tę ideę zainwestować.
Jeżeli zabrakło entuzjazmu podczas pracy synodu, jakie są szanse, że nie zabraknie go podczas popularyzacji wyników jego działania? Tym bardziej, że pomysłem na recepcję synodu ma być powielanie go w mniejszej skali: synody diecezjalne, koła parafialne.
– W niektórych diecezjach synody się już odbyły, albo obywają. Trudno liczyć na to, że wszystkie pójdą równym krokiem. Byłoby to nawet niewskazane, nie wszystkie są równie przygotowane, nie wszystkie mają odpowiedni zastęp ludzi.
Recepcja II Synodu Plenarnego, to recepcja Soboru. W dokumentach posynodalnych znajdziemy naukę soborową. Jest to przypomnienie tego wszystkiego, na co Kościół dzisiaj zwraca uwagę.
Czy teraz nie grozi Kościołowi swoiste samozadowolenie: mamy dokumenty, są owoce – takie ,,papierowe duszpasterstwo”?
– Nigdy nie uważałem, żeby dokumenty synodalne były owocem pierwszorzędnym. Jest to końcowy efekt jakiejś pracy, utrwalenie pewnego procesu. Natomiast to, co się poprzez synod dokonało, dokonało się w ludziach. Synod pastoralny tym się charakteryzuje, że główna praca – kształtowanie świadomości, postaw, odpowiedzialności – odbywa się w trakcie jego trwania.
Można się zastanawiać, czy ta praca udała się na tyle, na ile byśmy chcieli. Uważam, że nie można tak całkiem negować dokonań synodu. Coś jednak się stało. Synod przeszedł przez Polskę. Chociażby pokazał, gdzie jest jakiś potencjał, a gdzie go brak.
Jaki obraz Kościoła ukazał?
– Powiedział dość dużo o jego słabości. Pokazał, że niezmiernie trudno w Kościele doprowadzić do systematycznej, ,,organicznej” pracy. Ten Kościół jest zdolny do chwilowego entuzjazmu podczas papieskich pielgrzymek, do świętowania roku jubileuszowego, do spektakularnych akcji, bardzo zresztą potrzebnych (np. organizowanych przez Caritas). Na ogół polskie parafie lepiej czy gorzej spełniają swoją rolę. Jedne są trochę ,,punktami usługowymi”, inne starają się zrozumieć współczesnego człowieka, zaangażować go. Nie można więc powiedzieć, że nasz Kościół jest całkiem słaby i nic nie robi.
Ale zauważając normalną pracę Kościoła, trzeba jednocześnie sobie uświadomić, że nie jest łatwo skłonić go do pogłębionej refleksji. Młodzież coraz bardziej odchodzi od Kościoła. Mamy problemy z dogadaniem się ze współczesnym światem. Nadal potrzebny jest zbiorowy wysiłek, którym miał być Synod, a był zbyt słabym. On obnażył prawdę, że nas na to nie stać, że chcemy ,,świętego spokoju”.
Dokumenty synodalne stanowią prawo partykularne. W jakim sensie obowiązują katolików?
– Nie chodzi o to, by traktować zalecenia synodu jak przykazania. Pierwotnie każdy dokument miał zawierać część jurydyczną z konkretnymi przepisami prawnymi. Zrezygnowano z tego, by niczego nie wprowadzać na siłę. Synod na ogół powtarza prawo powszechne, przypomina to, co jest obowiązujące czy zalecane.
Jeżeli mówimy o prawie kościelnym, to w jego zakres wchodzą nie tylko ścisłe obowiązki, ale także pewne idee duszpasterskie, kierunki rozwoju Kościoła. Prawo partykularne jest wyrazem samoświadomości miejscowego Kościoła. Jest przekładem i dostosowaniem prawa powszechnego do warunków miejscowych.
W dokumentach synodalnych wyraźnie widać troskę o zachowanie tradycji charakterystycznej dla Kościoła w Polsce. Dzisiaj, po wielu latach doświadczeń, już wiemy, że nie wolno nam z tego rezygnować, bo tradycja stanowi jak gdyby warstwę ochronną. 
Mówi się: katolicyzm polski jest katolicyzmem tradycyjnym, i to jest jego słabość. Ja bym raczej powiedział: to jego siła. Nieprawdziwe okazały się prognozy, że ze względu na swoją słabość intelektualną, powierzchowność, specyficzną obyczajowość katolicyzm polski zostanie zmieciony wraz z nastaniem wolności. Wolność nastała, a katolicyzm w Polsce trwa.
Jest to także minus katolicyzmu polskiego, ponieważ zbyt przywiązany do tradycji nie wybiega myślą w przyszłość…
– To też prawda.
Każdy dokument synodalny podzielony jest na trzy części: doktrynalną, opisową i praktyczną. Pierwsza – zwykle jest antologią tekstów z nauczania Kościoła, opracowaną pod kątem tego, co jest ważne dla nas w Polsce. Nie znaleźliśmy m.in. potępienia przez Papieża grzechu antysemityzmu. Czy oznacza to, iż ten problem biskupi uznali za nieistotny?
– Nie ma tego zagadnienia, nie ma także planowanego pierwotnie dokumentu o ekumenizmie. Braki te wynikły z tego, że w pewnym momencie Episkopat zorientował się, iż synod trzeba wreszcie skończyć, a tego nie da się zrobić z dnia na dzień. I kiedy się zdecydowano, żeby skończyć, nie starczyło już czasu na dokument o ekumenizmie, choć upominał się o to abp Nossol.
Nie bardzo rozumiemy. W Polsce, po aferach z Karmelem w Oświęcimiu, ze Żwirowiskiem, z Supraślem i katedrą greckokatolicką w Przemyślu, nie starczyło czasu na dokument omawiający sprawy związane ze stosunkiem do innych wspólnot i religii?
– Ja też tego nie rozumiem. Ekumenizm jest w Polsce wciąż postrzegany jako nie nasz problem. Na co dzień właściwie nie spotykamy ludzi innych wyznań. A jeżeli spotykamy, to na płaszczyźnie kontaktów oficjalnych. Jest ekumenizm od święta, ekumenizm na pokaz. Problem ekumenizmu spycha się na specjalistów. Podam przykład: z okazji rocznicy wyboru Ojca Świętego w kościele św. Krzyża w Warszawie odprawiana była Msza św. Zaproszeni zostali także przedstawiciele innych Kościołów. Podczas przekazywania znaku pokoju do gości z innych Kościołów poszedł specjalista od ekumenizmu w Episkopacie. Ani główny celebrans, ani żaden inny z 80 obecnych na Mszy św. biskupów. To dla mnie pewien symptom.
Są fragmenty w dokumentach synodalnych, z którymi trudno się nam zgodzić. Dotyczy to zwłaszcza opisu rzeczywistości. Np. w dokumencie o ewangelizacji kultury czytamy: ,,Liczne media uprawiają propagandę antykościelną”. Naszym zdaniem rzadko się w mediach mówiło o Kościele tak życzliwie, jak obecnie.
– To prawda, ale Kościół na pewno umiłowanym dzieckiem mediów nie jest. Coś na ten temat mogę powiedzieć.
Księdza Biskupa akurat media lubią. Dlaczego?
– Wielokrotnie mówiłem, że szanuję ludzi mediów. Nie zakładam, że ktoś, kto przychodzi do mnie i prosi o wypowiedź, jest kłamcą i manipulatorem. I dobrze na tym wychodzę. Wydaje mi się, że Kościół też na tym dobrze wychodzi.
Ilekroć mi się noga powinie, np. ostatnio w wypowiedzi dla TVN na temat ,,hucznych zabaw” w Wielkim Poście, nie oskarżam dziennikarza. W tym konkretnym przypadku, gdybym go jeszcze raz spotkał, powiedziałbym po prostu, że program, który zrobił, bardzo zaszkodził. Dlaczego tak się stało? Dlatego, że on chciał czegoś innego, a ja nastawiałem się na mówienie o czymś innym. Potem nastąpił montaż, dodano komentarz i moja wypowiedź stała się banalna i nieprawdziwa. Czy dziennikarz zrobił to celowo? Tego nie zakładam. Wszyscy mówią: zmanipulował, prasa kłamie. Nie, prawdopodobnie nie zrozumieliśmy się.
Nie można wymagać od wszystkich dziennikarzy, że będą znakomitymi teologami…
– W ostatnich latach wiedza dziennikarzy o Kościele rzeczywiście bardzo się poprawiła. Wcześniej nie wiedzieli, jakiego używać języka. Byli bezradni. Dzisiaj takie sytuacje są coraz rzadsze.
Powróćmy do dokumentów synodalnych. W opisie rzeczywistości w kilku miejscach pojawia się myślenie w kategoriach spiskowej teorii dziejów. Np. ,,Nasila się działalność sekt, grup satanistycznych i organizacji o różnym stopniu utajnienia. Niektóre z nich wprowadzają do obiegu społecznego elementy o charakterze antykultury” (dokument o ewangelizacji kultury).
– Dokumenty synodalne zatwierdzone zostały przez ludzi, którzy tak myślą. Można się z takim myśleniem nie zgadzać. Opis sytuacji nie jest obligatoryjny. Ja się też z nim nie zgadzam. Ale co zrobić, jeżeli większość ma taką opinię?
Podczas synodu krakowskiego konsultacje społeczne służyły właśnie temu, aby zmienić nastawienie wobec rzeczywistości: z nastawienia roszczeniowego i pełnego pretensji na świadome swojej odpowiedzialności za rzeczywistość. Np. mówiliśmy, że katecheza napotyka na trudności, bo rządzą komuniści, a ludzie nam odpowiadali: to prawda, ale to nie tyle komuniści są winni za jakość katechezy, tylko sami nie dbamy o to dostatecznie.
Porównując teksty robocze (opublikowane w 1991 roku) z dokumentami końcowymi synodu zauważalna jest m.in. zmiana w rozumieniu roli świeckich w Kościele. W tekstach roboczych mówi się o współodpowiedzialności świeckich za Kościół, z którą łączy się także współdecydowanie i udział w publicznym życiu Kościoła. W dokumentach końcowych świeccy są przede wszystkim traktowani jako „przedłużenie ramienia” Kościoła w świecie. Jak wytłumaczyć tę różnicę?
– Można odpowiedzieć prosto: oba te teksty miały różnych autorów.
Po co w takim razie były potrzebne dokumenty robocze?
– Były punktem wyjścia – tekstem do studiowania, do refleksji.
Bardzo dobry start, finisz słabszy. Czy oznacza to, że dokumenty robocze były za ambitne?
– Dokumenty robocze były wynikiem dwuletniej pracy zespołów, które włożyły w nie rzeczywiście dużo wysiłku. A pracowały w momencie bardzo trudnym, ponieważ był to przełom lat 1990/91 – okres ogromnych przemian w Polsce. Zwłaszcza część opisowa tekstów bardzo szybko się zdezaktualizowała. Synod nie podjął pracy nad dokumentami w oparciu o teksty robocze. W momencie, kiedy spostrzeżono, że synod zaczyna tracić energię, spróbowano innej metody. Episkopat wyznaczył nowe tematy – nie wszystkie pokrywały się z poprzednimi – i przydzielił opracowanie tych tematów zespołom metropolitalnym. Myśl była słuszna: żeby zmobilizować Kościół lokalny, trzeba pracę rozrzucić po Polsce. Okazało się jednak, że dokumenty, które powstały na warsztatach metropolitalnych, wykazały słabość tych zespołów. W momencie, kiedy Synod trzeba było zamknąć, musiała zostać podjęta decyzja, czy zgodzić się na dokumenty w takiej wersji, czy dalej je przerabiać. Zdecydowano, że dokumenty będą udoskonalane. Ksiądz Prymas powołał kilkuosobowy zespół redakcyjny. Owoce jego pracy były publicznie omawiane na czterech sesjach statutowych w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Gnieźnie na przełomie 1998/99 roku. Ostatecznej redakcji dokonał Episkopat i przesłał dokumenty do akceptacji przez Stolicę Apostolską.
Cokolwiek powiedzielibyśmy o utworzonych przez synod zespołach, trzeba przyznać, że tam gdzie działały, dokonały przemiany myślenia o Kościele, uaktywniły świeckich, przełamały bariery dzielące ich od duchownych. W niektórych diecezjach zespoły przekształciły się w systematyczne, kilkuletnie studia teologii i kultury religijnej dla świeckich, w których uczestniczyły setki osób. Był to niewątpliwie udany wysiłek edukacyjny i formacyjny.
Dokumenty synodalne ukazują – w świetle Soboru, trzydziestu kilku lat doświadczeń posoborowych i przemian jakie nastąpiły w świecie, a zwłaszcza w Polsce – współczesny stosunek Kościoła do człowieka i świata. Co więcej, po raz pierwszy w sposób syntetyczny i w miarę kompletny uzupełniają go spojrzeniem Papieża. Wizją synodu jest dynamiczna wspólnota, świadoma odpowiedzialności za pracę duszpasterską Kościoła, otwarta na Boga, świat i człowieka, zwłaszcza zagubionego, zniewolonego i ubogiego. Po raz pierwszy Kościół w Polsce zajmuje w tych dokumentach oficjalne stanowisko w ważnych sprawach społecznych. Kościół nie lęka się świata, ale powinien go zdobywać i przemieniać siłą Ewangelii. Dlatego akceptuje społeczeństwo obywatelskie, demokrację, pluralizm, wolny rynek, konkurencję, integrację europejską, zawsze jednak domaga się uszanowania wartości etycznych, bez których nie jest możliwy integralny rozwój człowieka.
Z dokumentów wyłania się obraz Kościoła w Polsce, jego siła i słabość, a także perspektywa, którą widzi on dla siebie i polskiego społeczeństwa.

Z bp.Tadeusz Pieronkiem rozmawiali Ireneusz Cieślik i Artur Sporniak

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl