Co to jest Pokemon?

Pluszowi zabójcy

JOANNA OLECH

 

„Mamo kuuup!!!” – wyje siedmiolatek w stoisku z zabawkami dużego supermarketu. Jedną ręką ciągnie płaszcz matki, a drugą ściska pręty drucianej klatki wypełnionej pluszowymi Pokemonami. Dwie hostessy przebrane za żółte ni to myszy, ni to króliki Pikachu, obserwują tę scenę z pobłażaniem. Zdenerwowana matka próbuje odciągnąć syna, ale w końcu kapituluje. Kiedy przy kasie płaci haniebną cenę za skrawek wypchanego pluszu – nie domyśla się jeszcze, że to dopiero początek kosztownej pokemonowej manii.

Pod wspólną nazwą Pokemon kryje się ogromne, adresowane do dzieci przedsięwzięcie marketingowe. Składa się na nie produkcja gier typu game-boy (kieszonkowa zabawka elektroniczna) i gier komputerowych, wsparta telewizyjną emisją serialu rysunkowego i animowanych filmów fabularnych. Na rynku zabawek funkcjonują dziesiątki produktów ze znakiem Pokemon – zestawy do gier zręcznościowych, żetony, figurki Pokemon i akcesoria – wyrzutnie żetonów, pokeballe, czyli piłki „chwytające”, breloczki, przytulanki w dziesiątkach rozmiarów i gatunków. W księgarniach i kioskach czekają komiksy, karty, książki i poradniki dla fanów Pokemona, a także pisemka zawierające rebusy i kolorowanki – dla najmłodszych, nie umiejących czytać dzieci. Ponadto albumy z naklejkami, a także „tatuaże”, podkoszulki, plecaki, czapki, puzzle... W sklepie spożywczym natkniemy się na jogurty pokemonowe, lizaki i gumy do żucia. Na wszystkich produktach znajdziemy hasło: „Czy masz już wszystkie?!!!”. Wszystkie – to znaczy 150 sztuk, bo tyle Pokemonów wymyślono. 150 naklejek, 150 kart, 150 żetonów, 150 tatuaży...
Produkty Pokemon są drogie. I tak: zestaw 5 kartonowych żetonów i 5 figurek z plastiku (nie większych od tych, jakie znajdujemy w jajku-niespodziance) kosztuje 67,50 zł, a wyrzutnia żetonów (plastikowe pudełko ze sprężyną plus 3 żetony, plus 3 figurki) – 84,90 zł. Przytulanka Pokemon wielkości grapefruita – 60 zł, wielkości jabłka – 32,50 zł. Tekturowe karty do gry kosztują 1,50 złotych za sztukę, w pakietach co najmniej po 10 sztuk. Wszyscy znani mi gracze mają ich po kilkadziesiąt.


Przysposobienie obronne
Na początku była gra. Japoński producent rzucił na rynek game-boya, który zyskał ogromną popularność. Jak w niemal wszystkich tego rodzaju elektronicznych zabawkach – uczestnik wędruje po labiryncie, napotykając przeszkody i staczając walki z przeciwnikami. Jeśli bez szwanku dociera do celu – ma prawo wejść na kolejny, trudniejszy poziom. W miarę rosnących umiejętności gracza rodzice dokupują mu kolejne, trudniejsze wersje. Gry komputerowe Pokemon oparte są na tej samej zasadzie, z udziałem tych samych postaci. 
Bohaterami gier są dzieci – Ash, Misty, Brock, Gary... Kiedy kończą 10 lat – otrzymują pierwszego Pokemona i odtąd stają się „trenerami”. Mogą też odnajdywać dzikie Pokemony i przysposabiać je do walki. Pokemony to stwory o najróżniejszych kształtach. Niektóre wyglądają jak bryła błota, inne jak wilk, motyl lub jaszczur. Trenerzy przechowują je w biało-czerwonych piłkach, zwanych pokeballami.
Wizytówką całego przedsięwzięcia jest Pikachu – najczęściej reprodukowany wizerunek stworka – coś pośredniego pomiędzy żółtą myszą a królikiem. Ma klapnięte ucho i miły pyszczek ozdobiony parą czerwonych rumieńców. Cienkim głosikiem wypowiada tylko trzy sylaby. Pikachu budzi sympatię i stwarza wrażenie, że mamy do czynienia z niewinną bajeczką. Nic bardziej błędnego. Pokemony mają tylko jeden rodzaj aktywności – walczą na zlecenie dzieci-„trenerów”. Walki te ubrane są w kostium sportowej rywalizacji, ale nie dajmy się zwieść – w niczym nie różnią się od brutalnych naparzanek, stale obecnych w innych japońskich kreskówkach, znanych pod nazwą Anime lub Manga. Pokemony miotają płomienie, ciskają głazami, porażają elektrycznymi ładunkami. Pokonany przeciwnik flaczeje jak szmaciana lalka, po czym znika z pola widzenia. Nie ssie łapy, nie liże ran, nie doczeka się współczucia, nie zasługuje na litość. Mamy go w pogardzie. Jest zły, bo „nie nasz”. Z chwilą, gdy stanie się „nasz”, będzie dobry i pożyteczny. To mi przypomina uczelniane zajęcia z przysposobienia obronnego w latach 70. Prowadzący je oficer polityczny ze śmiertelną powagą dyktował nam do zeszytów podział wojen na sprawiedliwe i niesprawiedliwe. Wojny, które wspierał zbrojnym ramieniem Układ Warszawski, były sprawiedliwe, wszystkie pozostałe znalazły się w kategorii niesprawiedliwych. Taką właśnie nieskomplikowaną wykładnię sprawiedliwości oferują nam twórcy Pokemona. Racja, mądrość i odwaga jest naszą domeną, przeciwnik jest zawsze przemądrzałym, tchórzliwym głupkiem.
Występujący w grze „trenerzy” Pokemonów to dziesięcioletnie dzieci, które pod byle pretekstem prowokują walkę. Ich wzajemne relacje sprowadzają się do bezustannej konfrontacji, zemsty i odwetu. Wysyłają do walki swoich bezrozumnych, podporządkowanych pretorian. – Jesteś Pokemonem, musisz okazywać ludziom szacunek! – poucza Ash swojego podopiecznego. Mamy więc rozdane role niewolników i panów. Do każdego ze stu pięćdziesięciu Pokemonów przypisana jest umiejętność. Przytaczam z katalogu niektóre z nich: „atak rogiem, cios karate, maczuga z kości, rzut kamieniem, uderzenie w głowę, podwójne kopnięcie, błyskawiczne ukąszenie, napad furii, wycie, szał, trujące żądło, rozpruwanie, gilotyna, wysysanie krwi”... Idole naszych dzieci mają osobowość seryjnego mordercy. Drzemią wewnątrz pokeballa, a budzą się jedynie, by walczyć – gilotynować, kąsać, utopić lub wyssać krew.

Zemsta fioletowego kota
Filmowa wersja Pokemonów to Manga – specyficzny, japoński gatunek kreskówki. Mangą nazywany jest komputerowy kanon graficzny, powielany w dziesiątkach filmów animowanych o najróżniejszej treści – od opowieści biblijnych poczynając, a na pornografii kończąc. Amerykanie mają Disneya, Japończycy – Mangę. Można nie lubić wielkookich, zadartonosych postaci Mangi, ale trzeba przyznać, że jest to zręcznie narysowane. Tym gorzej – profesjonalizm Mangi zjednuje zwolenników japońskiej animacji, podczas gdy jest to, w moim głębokim przekonaniu, jadowite zielsko w przydomowym ogródku. Wszechobecna przemoc, szkodliwe stereotypy, schematyczny podział na dobrych i złych (przy czym dobry to ten, który celniej strzela w brzuch przeciwnika), zemsta i odwet jako główna motywacja bohaterów, a wreszcie bezładna akcja pozbawiona emocji, nastroju i psychologicznego tła – to dyżurne grzechy Mangi. Dla porządku dodam, że twórcy japońskiej animacji mają w dorobku także przedsięwzięcia ze wszech miar udane, jednakże trudno je wyłowić spośród wielkiej liczby strasznych knotów.
Pokemon to Manga polukrowana. Śmierci nie nazywa się tu śmiercią, a zgilotynowani otrzymują kolejne życie. Obok drapieżnych monstrów pojawiają się słodkie przytulanki o egzotycznie brzmiących imionach. Pod różowym pluszem drzemie jednak psychopatyczny zabójca. Filmy Pokemon są mieszanką znanych motywów – straszną zupą z Frankensteina, Jurassic Parku, owcy Dolly, Jessie Jamesa, mitologii greckiej, ptaka Feniksa i Wikingów. To bezwstydne kompilowanie wszystkiego ze wszystkim jest zresztą powszechną praktyką w filmach Manga. Jezus Chrystus obok Smerfów i Czerwonego Kapturka? – czemu nie?... japońscy scenarzyści niczego się nie boją. Dyżurnymi figurami są: profesor-naukowiec (czasem rozumny, czasem szalony) i Zły Człowiek (albo demon, albo cyborg), który chce zawładnąć światem. Na koniec zawsze pojawia się uzbrojony po zęby bohater pozytywny i przerabia Złego na krwawy budyń. Fabuła filmów pokemonowych nie odbiega od standardu Mangi. Nieustanne naparzanki Pokemonów okraszone są nieznośnie patetycznymi tekstami. – Kim jestem? Po co istnieję? – zadaje sobie egzystencjalne pytanie fioletowy kot – Odkryję mój cel! Oczyszczę Ziemię ze wszystkich, którzy staną przeciwko mnie, z ludzi i Pokemonów!!! Świat usłyszy moje ostrzeżenie! Inny bohater nawołuje: – Walczcie dzielnie! Rozpalcie żywy ogień w waszych sercach i duszach!!!... I tak dalej i tak dalej... Gesty i dialogi pochodzą jakby z propagandowej agitki, ze skansenu nadętego pustosłowia, gdy w gruncie rzeczy chodzi o to, by jeden Pokemon dał drugiemu... excusez le mot... w ryj.

Nowa świecka tradycja
Stronię od Mangi, odmawiam dzieciom przyzwolenia na jej oglądanie. Nie wpuszczam za próg Pokemona. Niemal wszyscy znajomi rodzice podzielają krytyczny stosunek do produktów z jego znakiem, a jednak ulegają presji dzieci i kupują, kupują, kupują... W siermiężnej peerelowskiej rzeczywistości niewiele było pokus do odparcia. Jesteśmy pierwszym pokoleniem rodziców, które musi zmierzyć się ze zmasowanym atakiem konsumeryzmu. Tymczasem bronimy się ospale i bez przekonania. Wystarczy przyjrzeć się sobotnim, rytualnym zakupom w supermarketach, które stają się „nową świecką tradycją”. Uczestniczą w nich całe rodziny. Supermarket to znakomity poligon, na którym dzieci trenują najróżniejsze strategie rozmiękczania rodziców i drenażu ich portfeli. Szantaż, łzy, tupanie nogami – kto tego nie zna? Rodzice majętni rzadko odmawiają. – Stać mnie, co będę dziecku żałować... 
Dziecięce pokoje zapełniają się jednosezonowymi gadżetami, które idą w kąt, wypierane przez kolejne mody. Wczoraj Furby, Jo-jo, piesek Poo-chi, hulajnoga, dzisiaj BabyBorn i Pokemony... Odmawiamy dzieciom naszej uwagi, rozmowy, czułości, nie odmawiamy głupiej, kosztownej zabawki. Dziecko, które zażąda od rodziców diety złożonej wyłącznie z chipsów i coca-coli – spotka się z bezwarunkową odmową. Dlaczego więc nie umiemy odmawiać fast-foodów dla ducha? Rodzice często tłumaczą się, że nie chcą, aby ich dziecko poczuło się gorsze w gronie rówieśników-posiadaczy upragnionych gadżetów. Pamiętam dziewczynkę, która jako pierwsza w mojej klasie miała Barbie. Łasiłyśmy się do niej, a ona pozwalała nam czasem (krótko) pobawić się lalką. Zazdrościłyśmy jej, ale czyśmy ją za to polubiły? Z pewnością nie. Natomiast zachwyt wzbudził chłopiec, który przyniósł do szkoły słoik pełen traszek. Sława jest kapryśna...
W dorosłym życiu nasze dzieci będą musiały nieustannie rezygnować, wyrzekać się nieosiągalnych dóbr. Brak, potrzeba, odmowa – towarzyszyć im będzie w samodzielnej egzystencji. Czy są przygotowane na przykrawanie swoich apetytów do możliwości? Będę obstawać przy tym, że sensowna, umotywowana ODMOWA jest elementem wychowania, podobnie jak nakazy i zakazy, jeżeli tylko służą dobru dziecka. Nie pochwalam permisywnej, bezrefleksyjnej hodowli dzieci w pokoju dziecinnym zapełnionym joystickami. Kupno Pokemona (Poo-chi, Furby’ego, itp...) to nie jest akt rodzicielskiej troski. To akces do wielkiej, komercyjnej hecy. Nader często ta pięciominutowa hojność ma zagłuszyć nieczyste sumienie wiecznie zapracowanego rodzica. Zaniedbane emocjonalnie, pozbawione troski dzieci dostają ciągle nowe bawidła. Całymi dniami pozostają z nimi sam na sam. Armia 150 Pokemonów nie rozproszy tej samotności.

Joanna Olech


Joanna Olech jest autorką książek dla dzieci (m.in. „Dynastii Miziołków”), plastyczką, matką trojga dzieci. W „Gazecie Telewizyjnej” przygotowuje cykliczny przewodnik po programach i filmach dla najmłodszych.

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl