Komentarze


Oleg Orłow, Stowarzyszenie Memoriał, Moskwa
Letnisko Śmierć

Marek Orzechowski z Brukseli Miła wizyta

Jacek Kubiak z Francji Po szalonych krowach pryszczate świnie

 




  
Letnisko Śmierć

Na terenie letniska Zdrowie pod Chankałą, nieopodal Groznego, odkryto 53 zmasakrowane ciała Czeczenów. Rosyjska milicja i armia wielokrotnie dotąd zatrzymywały Czeczenów, których później odnajdywano martwych. Jednak pierwszy raz podczas tej wojny odnaleziono zbiorowe cmentarzysko. Letnisko znajduje się niedaleko głównej rosyjskiej bazy wojskowej w Czeczenii.

Kiedy popełniono owe mordy? Trzy ofiary zostały zatrzymane przez Rosjan w grudniu ubiegłego roku i słuch o nich zaginął. Jeden z zaginionych współpracował z promoskiewską milicją czeczeńską, jego krewni zaś pracują w podporządkowanej Moskwie administracji. Jako pierwsi dotarli na letnisko i ujrzeli stos nie pogrzebanych trupów wyrzucanych z ciężarówek wprost na ziemię. Poinformowali prokuraturę. Pod koniec lutego w Chankale pojawiła się komisja złożona z reprezentantów MSW, prokuratury, promoskiewskiej administracji. Wkrótce znaleziono kolejne ciała.

Kiedy przybyłem do Groznego, miejscowy prokurator odmówił mi informacji, odsyłając mnie do prokuratora generalnego, do którego jednak nie może dotrzeć żaden dziennikarz czy obrońca praw człowieka. Wraz ze współpracownikami przesłuchiwałem tych, którzy wywozili ciała i dokonywali wstępnej ekspertyzy. Ofiary miały związane ręce i zasłonięte oczy. Większość rozstrzelano, niektórym poderżnięto gardła, innych oskalpowano albo obcięto im uszy. Zabitych oglądaliśmy w bazie wojskowej w centrum Groznego, dokąd ich przewieziono. Kilka miesięcy temu armia rosyjska zajęła Chankałę i kontroluje teren, wykluczone zatem, by zbrodnię popełnili bojownicy czeczeńscy. Rosjanie jednak do zbrodni się nie przyznają.

Prorosyjski prokurator generalny Czeczenii twierdził, że odnaleziono ciała cudzoziemskich najemników. Dziś sugeruje, że to czeczeńscy bojownicy zamordowali swoich towarzyszy. Być może wśród ofiar są partyzanci, ale Memoriał ma dowody, że niektórzy zabici to cywile zatrzymani podczas czystek czy na posterunkach wojskowych. Są wśród nich trzy kobiety, porwane latem w Groznym przez rosyjskich żołnierzy i poszukiwane przez Memoriał.

Wątpić należy, czy uda się przeprowadzić wiarygodne śledztwo. Eksperci sądowi nie posiadają nic poza rękawiczkami chirurgicznymi i skalpelami. Prokuratura stara się jak najszybciej pochować zabitych. Władze Rosji milczą; wszyscy świętują Dzień Kobiet. Chciałoby się, aby społeczność międzynarodowa wywarła nacisk na Rosję. Kiedy się zaczynała wojna czeczeńska, rosyjscy obrońcy praw człowieka liczyli na solidarność Zachodu. Dziś wątpimy w międzynarodową solidarność, która zmieniłaby politykę Rosji wobec Czeczenii.

Oleg Orłow, Stowarzyszenie Memoriał, Moskwa


 

 

 

 

 

 

Miła wizyta

Sygnały wysyłane z Brukseli do Warszawy przed podróżą przewodniczącego Komisji Europejskiej Romano Prodiego potwierdziły się: jego pierwsza oficjalna wizyta w Polsce przebiegła w harmonii i przyjacielskiej atmosferze, i nie przyniosła żadnych znaczących efektów. Pokazała niemal jak w soczewce charakter obecnych stosunków Polski z Unią: politycy zrobili już swoje, otworzyli i zakotwiczyli proces rozszerzenia wspólnoty, wskazali kierunek, teraz zaś główny ciężar pracy spoczywa na ekspertach, fachowcach, urzędnikach, których mniej interesują polityczne deklaracje, więcej zaś konkrety. Oto podczas odbytej w połowie stycznia wizyty w Brukseli premier Buzek złożył deklarację, że do końca lutego Polska przedstawi plan inwestycji w ekologii, termin minął, zaś jego minister kilka tygodni później oświadcza w Komisji, że premier z pewnością się przejęzyczył. Sprawa stoi teraz w martwym punkcie, i to w dosłownym znaczeniu słowa, bowiem ani Romano Prodi, ani premier Szwecji, która przewodniczy do lipca wspólnocie nie są w stanie wymusić jej przyspieszenia, nawet gdyby chcieli. Najpierw do Komisji w Brukseli dotrzeć musi dokument z Warszawy, i to nie byle jaki, a bardzo konkretny, przejrzysty i solidny.

Brak konkretów wizyty Prodiego – rząd chętnie przyjąłby deklarację, że Bruksela przyklepuje jego kalendarz i zamiar zakończenia negocjacji jeszcze w tym roku, oraz że Polacy będą mogli pracować w całej Unii od pierwszego dnia członkostwa bez ograniczeń – nie oznacza, że Prodi nie pozostawił w Warszawie żadnych sygnałów. Przeciwnie. Po jego wizycie rząd musi zdawać sobie sprawę z tego, że okresy przejściowe w dostępie do rynku pracy będą, i że gdyby nawet Prodiego przypalano ogniami, termin naszego wejścia do Unii nie zależy od jego deklaracji, lecz od nas samych. Od tego jak poważnie traktujemy nasze przygotowania, jaki stosunek mamy do Unii, jak definiujemy naszą odpowiedzialność za jej pomyślność, jaki wkład chcemy wnieść do jej przyszłości. Jednym słowem, na ile sami jesteśmy już naprawdę Europejczykami.

Marek Orzechowski z Brukseli

 

 

 

 

 

 


Po szalonych krowach pryszczate świnie

Brytyjskie rolnictwo jeszcze nie pozbierało się po szoku choroby szalonych krów (BSE) przenoszonej za pośrednictwem prionów na ludzi, a już dotyka go następna plaga – pryszczyca. Ta zakaźna choroba parzystokopytnych (świń, owiec, krów, kóz, ale i dzikich jeleni, danieli, łosi i muflonów) może przenosić się na inne zwierzęta i na człowieka.

Dla organizmu ludzkiego nie jest, na szczeście, zbyt groźna. Oznacza jednak katastrofę dla hodowców: dla powstrzymania choroby konieczne jest bowiem wybicie nie tylko zakażonych, ale i podejrzanych stad.

Brytyjczycy już oglądają na żywo i w TV bulwersujące sceny masowego uboju i całopalenia. Strach padł również na farmerów i polityków pozostałych krajów Unii Europejskiej, zwłaszcza, że Francja, Niemcy i Belgia sprowadziły ostatnio tysiące owiec przeznaczonych na ubój w trakcie obchodzonego w marcu przez licznych tu muzułmanów święta Aid. Teraz wybija się te stada w obawie przed zawleczeniem pryszczycy na kontynent. Dezynfekcją objęto nawet głosujących w pierwszej turze wyborów municypalnych w okręgach podejrzanych o zakażenie wirusem. Z tego samego powodu w całej niemal Europie dokładnie dezynfekowane są samochody przekraczające granice. Ale co z tego, skoro wirus przenosi się... z wiatrem.

Strach to tylko jedna z analogii miedzy epizoocjami pryszczycy i BSE. Podejrzewa się, że wirus pryszczycy został zawleczony do Anglii w daniach serwowanych w samolotach. Resztki tego pożywienia są sterylizowane i używane jako pasza dla trzody chlewnej. W wyniku niedokładnej sterylizacji odpadów, wirus mógł trafić wprost do koryt brytyjskich świń. Śmiercionośne priony dostały się natomiast do używanej do karmienia bydła mączki kostno-mięsnej na skutek obniżenia temperatury przy przerabianiu resztek poubojowych. Oba najbardziej prawdopodobne scenariusze przypominają, że nie wolno lekkomyślnie igrać z naturą. Ekonomiczne i ekologiczne, wydawałoby się, wykorzystanie wszystkich resztek z naszych stołów okazuje się źródłem wielu problemów zdrowotnych ludzi i zwierząt. Konieczna jest poważna korekta polityki ekonomicznej w rolnictwie i przemyśle spożywczym. Zapewne nie tylko w brytyjskim.

Jacek Kubiak (Francja)

 

 

 

 




 

 



 

 

 

 

 

Nr 11, 18 marca 2001

Szczegółowe omówienie


Obraz tygodnia


Kronika religijna


Komentarze

 

Rekolekcje Wielkopostne

 

Medytacja Biblijna

 

Liturgiczne czytania tygodnia

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl