Komentarze


Janusz A. Majcherek
IPN: wstrząs inauguracyjny

Andrzej Łukowski Lekcja fechtunku

Krzysztof Burnetko Mnóstwo łaski

Józefa Hennelowa W Wilnie i nie tylko

 




  
IPN: wstrząs inauguracyjny

Inauguracja działalności Instytutu Pamięci Narodowej przejawiła się udostępnieniem pierwszych teczek z zasobów SB, ale zbiegła się także z publicznym ujawnieniem zbrodni, popełnianych w trakcie lub tuż po II wojnie światowej przez mieszkańców polskich miasteczek na swoich żydowskich i niemieckich sąsiadach (patrz teksty Aleksandra Klugmana i Jędrzeja Morawieckiego w tym numerze ,,TP”). W ten sposób instytucja powstała z przekształcenia komisji do badania zbrodni przeciw narodowi polskiemu – i z intencją dalszego dokumentowania polskich krzywd – rozpocznie swe prace od śledztw w sprawach krzywd wyrządzonych ludności żydowskiej i niemieckiej przez Polaków.

Z naukowego punktu widzenia (a IPN ma taki status) ta zmiana kierunku badań nie jest wielkim zaskoczeniem, bo rozmaite niegodziwości wyrządzone przez Polaków “obcym” były znane badaczom i udokumentowane. Dla opinii społecznej ich publiczne ujawnienie stanowi jednak szok. Najważniejsze elementy polskiej świadomości historycznej – na czele z przekonaniem o niezawinionych cierpieniach własnego narodu oraz jego niezdolności do zadawania krzywd innym – stanęły w obliczu rewizji. Nie wszyscy potrafią przyjąć wyłaniającą się z przeszłości ponurą prawdę. Już mnożą się zarzuty manipulacji, próby dorabiania relatywizującego kontekstu czy umywania rąk i ograniczania winy (a wraz z nią odpowiedzialności) do konkretnych osób, by samego siebie i tradycję narodu uchronić przed ,,skalaniem”. W sytuacji wstrząsu, jaki odkrywana po latach prawda wywołuje zwłaszcza w lokalnych społecznościach, nie wszędzie potrafią ze swoich duszpasterskich obowiązków wywiązać się księża i hierarchowie. Niewielu podąża drogą wskazaną przez ks. Zdzisława Pawłowskiego, który podczas rekolekcji w Nieszawie złamał tabu milczenia, wyznając grzech okrutnej zbrodni popełnionej w 1945 r. w tamtejszej parafii na niemieckich współmieszkańcach.

Rozpoczął się okres trudnych i bolesnych rozliczeń z haniebnymi – i m. in. dlatego przez dziesięciolecia przemilczanymi – epizodami polskiej historii.

Janusz A. Majcherek


 

 

 

 

 

 

Lekcja fechtunku

Po krótkiej epoce lodowcowej w stosunkach Rosji z NATO, spowodowanej rozbieżnościami wokół interwencji Sojuszu w Jugosławii, zaczyna się odmrażanie kontaktów. Wygląda jednak, że podobnie jak w epoce przedlodowcowej przedstawiciele Moskwy i Paktu wymieniać będą zdania w kwestiach spornych, a nie współpracować na zasadach partnerskich.

Dwie najgłębiej dziś dzielące sprawy to rozszerzenie NATO na wschód (a więc ewentualne przyjęcie państw bałtyckich) i plany zbudowania przez Amerykę nowego systemu obrony przeciwrakietowej. Z Kremla w obu kwestiach rozlega się gromkie “niet”. W koncepcji polityki zagranicznej Rosja określiła państwa postradzieckie jako strefę swoich wpływów i alergicznie reaguje na wszelkie przejawy ich samodzielności, zwłaszcza w kwestiach bezpieczeństwa. Chętnie przywołuje w tym kontekście usytuowanie obwodu kaliningradzkiego: prowincji, która może stać się zarówno lokomotywą integracji Rosji z Europą, jak platformą do wystrzeliwania rakiet dowolnego zasięgu. Jest się zatem o co potargować. Za element przetargowy można też uznać plany rozpięcia parasola antyrakietowego nad Europą, w enigmatyczny sposób przedstawione ostatnio w Moskwie sekretarzowi generalnemu Sojuszu, lordowi Robertsonowi. Bełkotliwe wypowiedzi ministra obrony Rosji, marszałka Igora Siergiejewa na ten temat każą przypuszczać, że rosyjski parasol ma na razie tylko rączkę. Bo na więcej nie ma ani pomysłu, ani pieniędzy. A rączką jest zamiar wzmocnienia samodzielności europejskich partnerów USA – idée fixe rosyjskiej dyplomacji, która wszelkimi sposobami stara się przeciwstawić (ciągle nieskutecznie) hegemonii Stanów Zjednoczonych. Czy jednak europejscy sojusznicy USA byliby w stanie przystać na zamontowanie w bazie pod Paryżem rosyjskich rakiet “Topol” jako gwarancji spokoju, zwłaszcza jeśli guzik miałby znajdować się w Moskwie? Mgliste plany, niekonkretne propozycje.

Amerykanie też zresztą jeszcze nie wiedzą, jak ma wyglądać ich system obrony – czy ma objąć tylko terytorium USA, czy również sojuszników z Europy. Mówią na razie o konieczności asekuracji przed nieobliczalnymi państwami, które mogą się wkrótce dochrapać broni masowej zagłady. A zagrożenie ze strony Rosji widzą nie w jej arsenale jądrowym, ale chęci wspomagania owych nieobliczalnych.

Mamy więc dziś do czynienia nie tyle z prawdziwym pojedynkiem, co z lekcją fechtunku, gdzie rolę szpad i floretów pełnią parasole.

Andrzej Łukowski

 

 

 

 

 

 


Mnóstwo łaski

Podczas swej prezydentury Lech Wałęsa skorzystał z prawa łaski wobec 3177 skazanych (inne źródła podają, że takich przypadków było 3680). Z kolei Aleksander Kwaśniewski podczas pierwszej kadencji ułaskawił 2875 przestępców (wedle innych źródeł: 3252). W obu przypadkach daje to jednak – statystycznie – po kilku przestępców ułaskawianych dziennie. Taka skala ułaskawień świadczy bądź o słabości polskich sądów, bądź o nadzwyczajnej łagodności kolejnych prezydentów – i jest równie istotnym sygnałem stanu państwa, jak podawane ostatnio przez media kolejne nazwiska groźnych przestępców, którzy swego czasu skorzystali z prezydenckiego prawa łaski.

Teoretycy prawa karnego są zgodni: ułaskawienie musi być środkiem wyjątkowym, oznacza bowiem ingerencję władzy wykonawczej (głowy państwa) lub ustawodawczej (parlamentu) w niezawisłe i ostateczne decyzje władzy sądowniczej. Choć więc należy ono do najstarszych instytucji prawa, jest krytykowane jako podważające autorytet sądów i naruszające zasadę równości wobec prawa – nie mówiąc o możliwości podejrzeń o chęć zdobycia poklasku czy uchronienia od kary przestępców powiązanych z władzą. Zwolennicy ułaskawienia odpowiadają, że instytucja taka jest konieczna ze względu na omylność sędziów i zdarzającą się zawodność procedur odwoławczych – czy zwykły wymóg humanitaryzmu.

Trzeba wyjaśnić, kto i dlaczego nakłonił Lecha Wałęsę do podpisania ułaskawień Andrzeja Zielińskiego (ps. Słowik), Zbigniewa K. (ps. Ali) i innych – choć jako szef zawsze odpowiada za działania swych ludzi. A niezależnie od tego, urząd prezydenta musi zerwać z tradycją ułaskawieniowej masówki – aby obywatele poważnie traktowali prawo, sądy i głowę państwa.

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W Wilnie i nie tylko

18 lutego uroczyście otwarto w Wilnie Dom Polski, stanowiący prezent od Wspólnoty Polskiej dla Polaków litewskich. Kosztem 20 milionów złotych wzniesiony ogromny gmach (dwa długie skrzydła czteropiętrowe połączone przewiązką mieszczącą m.in. wielką salę widowiskową) pomieści wszystkie trzydzieści jeden organizacji polskich na Litwie i jeszcze pozostawi dość miejsca na działalność komercyjną. Ta ostatnia jest konieczna, by w ogóle gmach utrzymać (koszty roczne oblicza się na sto tysięcy dolarów). Zarządzać domem będzie osobna fundacja kierowana przez komisję senatu polskiego. Ale czy zastąpi to miejscowego gospodarza – i kto nim ostatecznie będzie? Mankamentem, na który zwraca uwagę prasa polska, jest nie tylko rozmiar inwestycji, ale lokalizacja w mało ciekawej dzielnicy przemysłowej. Możliwości zostały otwarte, teraz wszystko w rękach gospodarzy, którzy oby zdołali stworzyć z tego miejsca placówkę żywą, pulsującą autentycznością i twórczym rozmachem, łączącą i harmonizującą działania.

Nowiną trochę wcześniejszą, ale bardzo ważną była obietnica uzyskana od władz Litwy przez odwiedzającego ją premiera Buzka: Polacy litewscy będą mogli zachowywać w swoich dokumentach polską wersję imion i nazwisk. Jest to decyzja godna podkreślenia, wielkoduszna i niełatwa. Litewski język zachowuje zasadę lituanizowania wszystkich nazw własnych, niezależnie od ich pochodzenia. Także nazwisk historycznych. Stosuje się też w języku litewskim inne znaki diakrytyczne. Wyłom w tej zasadzie oznacza ogromną zmianę, bynajmniej nie tylko formalną. Żeby to docenić, warto sobie uświadomić, że w całym świecie zachodnim praktyką jest upraszczanie nazwisk trudnych i dostosowywanie ich do ortografii danego kraju. Polak o nazwisku typu Chrząszczewski nawet nie oczekuje, że wszystkie meandry zapisu zostaną przez urzędy miejscowe uszanowane. I godzi się z tym. Polacy w Litwie stanowić będą wyjątek.

Józefa Hennelowa

 

 



 




 

 



 

 

 

 

 

Nr 9, 4 marca 2001

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl