Komentarze


Maria Poprzęcka
Galerie pod specjalnym nadzorem

Wojciech Pięciak O politykę rodzinną

Jacek Kubiak z Rennes Jak sklonować Pałac Elizejski?

 




  
Galerie pod specjalnym nadzorem

Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapowiedział, że w dwóch, pozostających od pewnego czasu pod obstrzałem mediów galeriach: Zachęcie i Centrum Sztuki Współczesnej zostaną powołane rady programowe. Zapowiedź ograniczona została do ogólnikowych zapewnień, że w skład rad wejdą przedstawiciele środowisk artystycznych i „autorytety”. Nie byłoby w tej zapowiedzi nic dziwnego, jako że podobne rady działają w większości dużych instytucji muzealnych i wystawienniczych, gdyby nie fakt, że dotychczasowe statuty Zachęty i CSW ich istnienie także zakładały. W Zachęcie stanowiła ją rada kuratorów galerii, w CSW w jej skład wchodziły osoby spoza Centrum, w tym autorytety tej miary co Magdalena Abakanowicz, profesor Maria Janion czy zmarły niedawno Ryszard Stanisławski. Istota zmiany polega na tym, że dotychczasowe rady powoływał dyrektor placówki. Nowe ma powoływać ministerstwo. Nawet jeśli skład nowych rad nie będzie budzić zastrzeżeń, oznacza to objęcie ministerialną kontrolą programów działalności galerii. Ministerialną – to znaczy zależną od aktualnych, często zmieniających się układów personalno-politycznych. Przypomnijmy, że obecny minister jest trzecim w tej kadencji. Ilu ich było w minionym dziesięcioleciu – już się nie pamięta. Zaś ci, którzy zgorszeni tym, co dzieje się w galeriach i w sztuce współczesnej, z satysfakcją przyjęli wiadomość o objęciu ich urzędniczym nadzorem, niech pomyślą, że za niespełna rok będzie inny minister, inne rady, inne autorytety... Może jednak w sprawach sztuki lepiej zawierzać kuratorom, krytykom, artystom czy uczonym niż politykom, którym to ministerstwo przypadnie z partyjnych parytetów.

Maria Poprzęcka

Autorka jest historykiem i krytykiem sztuki,

prezesem Stowarzyszenia Historyków Sztuki.


 

 

 

O politykę rodzinną

Polityka rodzinna, względnie prorodzinna, nie ma w Polsce dobrej opinii. Kojarzona jest z ideologią, bywa mylona z opieką socjalną (tym jest wspieranie rodzin wielodzietnych), a krytykowana jest zgodnie z „prawa” i „lewa” – choć z innych powodów. Tymczasem polityka rodzinna to nie rozdawanie publicznych pieniędzy tym, którzy zafundowali sobie gromadkę dzieci, lecz system podejmowanych świadomie działań państwa, których celem jest stworzenie wszystkim obywatelom przyjaznych warunków nie tylko do posiadania dzieci, ale też ich wychowania i wykształcenia. I to wszystko nie dla jakiejkolwiek ideologii, polityki czy religii, lecz w celu na wskroś pragmatycznym. Bo polityka rodzinna to inwestycja całego społeczeństwa – w tym tych, którzy dzieci nie mają – w przyszłych obywateli, z których podatków utrzymywany będzie kiedyś system emerytur, opieka zdrowotna i socjalna, edukacja itd. To inwestycja tym ważniejsza, że jeśli utrzymałby się dotychczasowy niemal zerowy przyrost i wydłużanie się średniej długości życia, za kilkadziesiąt lat piramida demograficzna stanęłaby na głowie, a systemy społeczne eksplodowałyby (patrz też przegląd prasy na s.6).

Instrumentów jest tu wiele. W krajach Zachodu to, ile kto płaci podatków, zależy nie tylko od dochodów, ale też od ilości dzieci. Rodzice bądź prawni opiekunowie otrzymują również dotacje do wydatków na przedszkola czy szkołę, a rodzice pracujący ulgi itd. (np. w Niemczech wszelkie formy wsparcia rodziny kosztowały państwo w 2000 r. aż 95 mld marek). Argument, że polskie państwo jest tu za biedne, trąci demagogią, skoro to państwo stać np. na reprywatyzację – oznaczającą, że za niektóre krzywdy, wyrządzone w PRL niektórym obywatelom, płacić ma dziś całe społeczeństwo i przyszłe pokolenia (bo reprywatyzacja odbije się np. na niedofinansowej i tak edukacji).

To, że w kraju „po komunie” i „na dorobku” myśli się głównie o teraźniejszości i przeszłości, można wytłumaczyć – ale trudno zaakceptować. W ciągu minionych 10 lat żadna z partii – łącznie z prawicą, która najgłośniej o tym mówi, a w praktyce sprowadziła politykę rodzinną do utrudniania antykoncepcji czy doraźnego aktywizmu – nie zrobiła nic dla stworzenia sensownego i długofalowego systemu polityki prorodzinnej. Tymczasem niezależnie od konkretnych rozwiązań, polityka rodzinna powinna być przedmiotem umowy społecznej – właśnie o charakterze ponadpartyjnym i, na ile to możliwe, ponadideologicznym.

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

 


Jak sklonować Pałac Elizejski?

Możliwości zastosowań osiągnięć nauki do wpływania na organizm człowieka – klonowania, naprawy zużytych czy chorych tkanek, badań przedimplantacyjnych – przybywa tak szybko, że regulacje prawne dotyczące tej trudnej materii trzeba zmieniać jak rękawiczki. Francja, przykładowo, szykuje się do nowelizacji ustawy o bioetyce. To pochodzące z 1994 r. prawo zakazywało badań nad zarodkami ludzkimi i nie wypowiadało się na temat klonowania ludzi. Nowy projekt może to zmienić. Wszyscy zgadzają się, że z przyczyn etycznych należy zakazać klonowania człowieka. Problemem jest za to klonowanie terapeutyczne. Zabieg polega na wyhodowaniu in vitro zarodków ludzkich, genetycznie identycznych z pacjentem-dawcą jądra komórki użytej do klonowania. Tak jak uzyskano owcę Dolly przeszczepiając jądro komórki gruczołu mlecznego dorosłej owcy do pozbawionej własnego jądrowego DNA komórki jajowej innej owcy, tak samo planuje się przeszczepić jądro ludzkich komórek do „wyjądrzonych” kobiecych komórek jajowych. Najważniejsza różnica pomiędzy klonowaniem terapeutycznym i reprodukcyjnym polega na tym, że w tym pierwszym przypadku zarodków nie przeniesie się do organizmu kobiety. Kilkudziesięciokomórkowe zarodki posłużą natomiast do produkcji komórkowych „części zamiennych”, pozwalających zastąpić degenerujące komórki u chorych na Parkinsona, Alzheimera, białaczkę lub zanik mięśni.

Francuska komisja etyki (organ doradczy rządu) opowiedziała się za legalizacją takich badań. Wcześniej opowiedział się za tym także premier Jospin. Legalizacji klonowania terapeutycznego sprzeciwia się natomiast prezydent Chirac. Proponuje skierować wysiłki naukowców na uzyskanie komórkowych „części zamiennych” przez hodowle in vitro tzw. komórek macierzystych, których obecność wykazano w wielu dorosłych tkankach (z mózgiem włącznie). Podobne zdanie mają hierarchowie dwóch największych we Francji religii: katolicyzmu i islamu. Sprawa stanie się jedną z kości niezgody w przyszłorocznych wyborach prezydenckich, w których zmierzą się Jospin i Chirac.

Co na to opinia publiczna? Zaufanie Francuzów wobec fachowości polityków w sferze opieki zdrowotnej zostało nadwyrężone przez kolejne afery: krwi i hormonu wzrostu zakażonych wirusem HIV, szalonych krów, szczepionki przeciwko żółtaczce podejrzanej o prowokowanie stwardnienia rozsianego czy zakażeń legionelozą w nowoczesnym szpitalu im. Pompidou w Paryżu. A parę dni temu wybuchł kolejny spór, dotyczący decyzji rządu o wycofaniu z rynku podrobów baranich, ze względu na możliwość zakażenia prionami krowimi. Chirac, który kilka miesięcy temu ganił Jospina za opieszałość w sprawie „szalonych krów”, teraz twierdzi, że działa on pochopnie, bo nie wiadomo, czy rzeczywiście baranina może być zakażona prionami. Trudne jest życie premiera w „kohabitacyjnym” rządzie... Czy obywateli mogą przekonać więc opinie naukowców w sprawie klonowania? Sondaże wykazują, że naukowcom ufa 84 proc. Francuzów. Jeśli ten trend się utrzyma, to głos świata nauki może po raz pierwszy zaważyć w kampanii wyborczej. Tylko że wśród naukowców nie ma jednomyślności.

Jacek Kubiak z Rennes (Francja)

 

 

 



 




 

 



 

 

 

 

 

Nr 8, 25 lutego 2001

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl