Komentarze


Jacek Kubiak
Mapa ludzkiego genomu

Aleksander Klugman z Tel Awiwu Zwycięstwo niezadowolonych

Krzysztof Kozłowski Kłopot z pomocą dla zasłużonych

Bohdan Osadczuk z Monachium i Berlina Ruchy na „wielkiej szachownicy”




  
Mapa ludzkiego genomu

Od poniedziałku każdy może przeczytać przepis Pana Boga na stworzenie człowieka. Zapowiadana od czerwca 2000 mapa genomu człowieka została ogłoszona przez naukowców i opublikowana w Internecie (dostępna będzie też w prestiżowych czasopismach fachowych „Nature” i „Science”). Ale w przepisie tym więcej jest pytań i niejasności niż gotowych informacji.

Okazuje się, że aby być człowiekiem, potrzeba tylko 26 000 genów, a nie, jak sądzono, 150 000. Tyle samo niezbędne jest do życia szympansowi, a zaledwie o 1000 mniej rzodkiewnikowi – chwastowi z naszych pól. Nieco ponad połowę z nich (14 000 genów) wystarcza, by być muchą.

Zmienia to perspektywę człowieka w boskim planie stworzenia i zmusza do kontemplacji. Znajomość naszych 26 000 genów nie wystarczy bowiem, by wytłumaczyć różnice pomiędzy każdym z nas: naszym kolorem skory,

inteligencją, wiarą, zdolnościami, ułomnościami, cechami charakteru, podatnością czy odpornością na choroby. Nawet jeśli większość genów spełnia więcej niż jedną funkcję w organizmie, to większość naszych cech jest

kształtowana poprzez oddziaływanie środowiska. Już w momencie zapłodnienia, w trakcie rozwoju w ciele matki, po narodzeniu, w procesie wychowania,

w rodzinie czy w grupie rówieśników. Składniki pozagenetyczne muszą zastąpić aż 124 000 „brakujących” genów! W gruzach legła zatem popularna teza, że wszystko zapisane jest w naszych genach. Zresztą, że tak nie jest naukowcy wiedzieli od dawna. Tylko 1,1 proc. naszego DNA zawiera informacje w postaci czytelnych genów. Reszta to monotonnie powtarzające się sekwencje nukleotydów (liter kodu genetycznego). Dziś wiadomo, że dopóki nie zrozumiemy znaczenia tych 98, 9 proc. z zapisu naszego genomu, dopóty nie zrozumiemy całego planu stworzenia człowieka.

Ale oczywiście poznanie tego, co jest zapisane w naszych genach, choć nie wyjaśnia do końca wszystkich pytań, jest wielkim krokiem w poznawaniu, czym jest człowiek. Potwierdza się, że nasze życie zależy od harmonii z otaczającą nas przyrodą: całą przyrodą, której jesteśmy częścią. Postarajmy się więc zachować ją jak najdłużej. Dla własnego dobra.

Jacek Kubiak (Wydział Biologii i Genetyki Rozwoju Uniwersytetu w Rennes)

 

 


 

 

 

Zwycięstwo niezadowolonych

Wbrew opiniom niektórych komentatorów, zwycięstwa (62,5 proc.) w wyborach w Izraelu nie odniosła prawica Ariela Szarona, a sromotnej klęski (37,4 proc.) nie odniosła lewica Ehuda Baraka. Oba te pojęcia (prawica i lewica) określają bowiem kierunki polityczno-społeczne, podczas gdy w wyborze premiera izraelscy wyborcy ani nie ustosunkowali się do polityki społecznej Baraka, ani nie poparli programu społecznego Szarona (ten zresztą takowego nie przedłożył). Jedynym tematem wyborów była ocena drogi, którą kroczył dotychczasowy premier w dążeniu do osiągnięcia pokoju z Palestyńczykami – oraz to, czy należy ją kontynuować, czy zmienić.

W opinii obrońców Baraka jego polityka była jedyną możliwą i prowadzącą do pokoju. Krytycy uważali, że wyłącznym kryterium oceny jest tu skuteczność, a droga Baraka zamiast przybliżyć pokój doprowadziła do zaostrzenia konfliktu. W miarę jak Barak wyrażał coraz większą (największą w porównaniu do swych poprzedników) gotowość do ustępstw wobec żądań palestyńskich, wizja pokoju nie przybliżała się, ale przeciwnie – oddalała. Przeciwnicy Baraka wskazywali, że strona palestyńska – widząc gotowość Izraela do ustępstw – za każdym razem podnosiła próg żądań. Gdy zaś Barak nie godził się szybko na te postulaty, Palestyńczycy próbowali dopingować go przy pomocy przemocy. Od kilku miesięcy nie było dnia bez – w najlepszym razie kilkunastu – przypadków ostrzelania izraelskich domów czy samochodów. W wielu wypadkach ujęci na gorącym uczynku Palestyńczycy okazali się funkcjonariuszami różnych palestyńskich (a jest ich siedem) służb bezpieczeństwa. Krytycy domagali się od Baraka oświadczenia, że dopóki słychać strzały, mowy być nie może o kontynuowaniu rozmów. Premier jednak udawał, że strzałów nie słyszy.

Wyborcy wypowiedzieli się przeciw Barakowi – ale to nie oznacza jeszcze, że zdefiniowano jakąś alternatywę wobec jego polityki. Większość, która głosowała na Szarona, składa się bowiem ze zwolenników bardzo różnych politycznie i ideowo ugrupowań. Wyborcy powiedzieli na razie tylko “nie” wobec kontynuowania drogi Baraka – ale nie sprecyzowali jeszcze żadnego “tak” dla jakiejkolwiek innej drogi. A doświadczenie uczy, że sama negacja jest niedostateczną platformą dla ustalenia polityki alternatywnej. Dlatego nowa polityka Izraela, realizowana już przez nowego premiera, zależeć będzie w dużej mierze od tego, czy strony gotowe będą wznowić rozmowy – niezależnie od tego, jak będą one trudne – w spokoju, bez akompaniamentu wystrzałów. Bez tej gotowości pokój okazać się może niemożliwy.

Aleksander Klugman z Tel Awiwu

 

 

 

 


Kłopot z pomocą dla zasłużonych

Urząd do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych ma, jak łatwo zgadnąć, nieść pomoc swoim podopiecznym, szczególnie tym żyjącym w najtrudniejszych warunkach. Na ten cel Urząd ma w tegorocznym budżecie ok. 18 mln zł czyli znacznie za mało. A mało ma głównie dlatego, że aż 95 mln powinien wypłacić Telekomunikacji S.A. tytułem zrefundowania części opłat telefonicznych obciążających kombatantów.

W praktyce kombatant (i to tylko ten, który ma telefon) płaci zaś rachunek niższy o 20 zł miesięcznie. Ta minimalna w skali jednostkowej ulga dla nienajbiedniejszych dramatycznie ogranicza pomoc tym kombatantom i represjonowanym, którzy żyją w autentycznej biedzie. Lecz ewentualna zmiana proporcji w wydatkach Urzędu jest od lat skutecznie blokowana przez wszystkie organizacje kombatanckie (a jest ich ok. stu), które boją się utraty jakiegokolwiek z dotychczasowych przywilejów (chodzi też m.in. o dopłaty do abonamentu telewizyjnego i do ubezpieczenia samochodowego). Co zrobić zatem, jeśli szlachetna idea pomocy kombatantom ulega wypaczeniu, a sami zainteresowani tracą wrażliwość?

Krzysztof Kozłowski

 

 

 



Ruchy na „wielkiej szachownicy” 

W Pakcie Północnoatlantyckim występują tarcia, które świadczą o rosnących napięciach między Ameryką a Europą, zaś trzecią siłą w tej grze chce zostać Rosja, licząca na poparcie Niemiec. Tezę tę potwierdziła na początku lutego tegoroczna konferencja na temat bezpieczeństwa światowego w Monachium. Spotkania te przez lata były jedynie naradami ekspertów. Dopiero gdy ich organizację przejął były doradca byłego kanclerza NIemiec Helmutha Kohla ds. międzynarodowych Horst Teltschik (kiedyś – wspomnę nieskromnie – mój student na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie), do Monachium zaczęto zapraszać polityków z pierwszego szeregu, z Zachodu i Wschodu i konferencje stały się miejscem otwartej dyskusji o najbardziej drażliwych sprawach. Tegoroczna była wydarzeniem także dlatego, że odbyła się tuż po zmianie warty w Waszyngtonie i po ujawnieniu nieporozumień wewnątrz NATO, ambicji Rosji i chwiejnego stanowiska Europy, balansującej między Ameryką a Moskwą. Nic dziwnego, że Amerykanie – w osobie nowego ministra obrony Donalda Rumfelda i wpływowego senatora Johna Mc Caina – oświadczyli w Monachium, iż nie odstąpią od budowy systemu Narodowej Obrony Przeciwrakietowej (National Missile Defense, NMD), nawet gdyby miało to oznaczać zerwanie układu USA-ZSRR z 1972 r. o ograniczeniu systemów obronnych. Skarcili też Europejczyków za „nierozsądne plany” tworzenia europejskich sił zbrojnych.

Oświadczenia te wywołały konsternację, szczególnie wśród polityków niemieckich. Kanclerz Gerhard Schröder, szef MSZ Joschka Fischer i minister obrony Rudolf Scharping wystąpili z mniej lub bardziej ostrą krytyką projektu USA. Wywołało to replikę mistrza Henry’ego Kissingera (popierającego nową strategię Waszyngtonu), że „Niemcy i w ogóle Europejczycy zachowują się obecnie względem USA jak pacjenci w gabinecie dentysty”. Oleju do ognia dolał sekretarz Rady Bezpieczeństwa przy prezydencie Rosji Siergiej Iwanow (wywodzący się, jak jego szef, z KGB), który zmieszał z błotem politykę NATO na Bałkanach, zagroził Ameryce rewizją układów o ograniczeniu potencjału atomowego i odświeżył ofertę Władimira Putina na temat utworzenia odrębnego europejskiego systemu obrony rakietowej.

Monachium pokazało więc, że gra na „wielkiej szachownicy” – by użyć określenia Zbigniewa Brzezińskiego – staje się coraz bardziej skomplikowaną.

Bohdan Osadczuk z Monachium i Berlina




 

 



 

 

 

 

 

Nr 7, 18 lutego 2001

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl