Komentarze


Anna Mateja
Więcej plotek niż informacji

Bartłomiej Sienkiewicz Rosja listy pisze

Krzysztof Burnetko Różne twarze korupcji

Józefa Hennelowa Dlaczego razem?




  
Więcej plotek niż informacji?

Ministerstwo Edukacji Narodowej nie zmieniło zdania: nową maturę na początku maja przyszłego roku napisze, jako pierwszy, rocznik 1983. Przypomnijmy: czeka go obowiązkowy egzamin ustny i pisemny z języka polskiego i obcego oraz pisemny z matematyki i przedmiotu dodatkowego. Prace pisemne w formie testów mają oceniać egzaminatorzy spoza szkoły. Syllabusy, z zakresem materiału i zasadami nowej matury, maturzysta miał dostać dwa lata przed egzaminem. Nie dostał. Zobaczył je dopiero jesienią zeszłego roku.

Pouczanie nauczycieli i uczniów, że mieli szukać instrukcji na stronach internetowych MEN jest nieporozumieniem. Dlaczego MEN zakłada, że każda szkoła czy większość uczniów ma dostęp do tego źródła informacji? Resort zapomina także, że Internet nie jest źródłem prawa, a jeśli egzamin maturalny ma nie stracić na doniosłości, to trudno przygotowywać do niego licealistów opierając się na wydruku komputerowym, bo zabrakło oficjalnego dokumentu ministerstwa.

Młodzi ludzie sobie poradzą, może tylko, jako pierwszy rocznik – eksperymentalny, będą bardziej egzaminem przejęci. Ale czego ministerstwo ich uczy, gdy zmienia na półmetku edukacji w szkole średniej reguły gry przy zdawaniu matury? Zaufania do prawa? O nowej maturze mówiono od lat. Czym innym są jednak prognozy, plany czy plotki dotyczące nowej matury, a czym innym rzeczowa informacja przesłana na czas z ministerstwa, którą winien otrzymać uczeń przychodzący do szkoły, a nie licealista z trzeciej klasy.

Więcej: poszerzona matura ma wyeliminować egzaminy wstępne na uczelnie. Tyle że przyszłoroczni egzaminowani raczej z tego dobrodziejstwa nie skorzystają, bo większość uczelni nawet nie zaczęła rozmawiać z Centralnymi Komisjami Egzaminacyjnymi na ten temat. Niektóre, jak Szkoła Główna Handlowa, już zastrzegły, że nie zrezygnują z selekcji.

Reforma edukacji jest ważna, a nowa formuła matury to jej część. Żadna z reform społecznych nie miała chyba większego poparcia. Dziwić może, jak wiele ministerstwo robi, żeby je utracić.
  Anna Mateja

 

 

 

 

Rosja listy pisze

Ujawniony niedawno przez „Rzeczpospolitą” (31.01) list szefa Gazpromu do polskiego premiera stał się powodem powołania kolejnej komisji rządowej – tym razem do zbadania, jak doszło do tej publikacji. Przedstawiciele rządu ubolewali nad ujawnieniem listu twierdząc, że zaszkodzi to delikatnym negocjacjom z Gazpromem. To skądinąd zrozumiałe zaniepokojenie wyciekami z administracji państwowej nie powinno jednak przesłaniać rzeczy zasadniczej: list świadczy o gotowości Rosjan do rewizji ich dotychczas realizowanego „pomysłu na Polskę”. Dzięki licznym publikacjom prasowym ostatnich miesięcy (zaczęła „Gazeta Wyborcza”), a także w efekcie pracy tzw. komisji min. Szyszki w sprawie światłowodu mogliśmy się przekonać, że w ciągu lat, jakie minęły od zawarcia gazowej umowy jamalskiej, państwo polskie stopniowo zaczęło tracić kontrolę nad interesami realizowanymi z rosyjskim monopolistą gazowym.

Swoistą rolę w tym procesie pełnił prywatny kapitał, dopuszczony „na trzeciego” do polsko-rosyjskiego porozumienia międzyrządowego oraz urzędnicy wysokiego szczebla, płynnie przechodzący z pozycji reprezentantów interesu państwa, negocjujących z Rosjanami warunki umów, na pozycje (i stanowiska) w prywatnych firmach działających wokół umowy jamalskiej. Według „Rzeczpospolitej” list szefa Gazpromu zawiera propozycję rozpoczęcia rozmów na wszystkie niepokojące polską stronę tematy, w tym także pozycji „tego trzeciego”. Oznaczać to może, że Rosjanie zrozumieli, iż w sytuacji narastającego zaniepokojenia polskiej opinii publicznej sposobem obecności Gazpromu na naszym rynku oraz wobec działań rządu zmierzających do wyjaśnienia tego problemu, lepiej się porozumieć na nowo niż zacząć tracić grunt pod nogami. Sygnał taki znacznie poszerza pole manewru strony polskiej i jest niewątpliwym sukcesem rządu, od wielu miesięcy próbującego rozwikłać „gazpromowski węzeł”.

Wypada mieć nadzieję, że rządowi premiera Buzka starczy determinacji i przebiegłości w tych działaniach, a także przypomnieć, że opinia publiczna w tej sprawie, może poza „Trybuną”, jest nie tylko rządu życzliwym sekundantem, ale i znaczącym argumentem w negocjacjach z Rosjanami. Może więc warto, Panie Premierze, powołać komisję do rozliczenia tych urzędników, którzy sprzeniewierzyli się interesom państwa polskiego w ramach przedsięwzięć gazowych z Rosjanami, a nie skupiać się na dochodzeniach, kto powiedział długo oczekiwaną prawdę dziennikowi „Rzeczpospolita”?

Bartłomiej Sienkiewicz

 

 

 


Różne twarze korupcji

Wchodzące w życie zmiany przepisów karnych dotyczących łapówkarstwa mają być sposobem na ograniczenie korupcji w Polsce. Z tego punktu widzenia oczywiste jest uzupełnienie luki w polskim prawie przez wprowadzenie kar za przekupstwo obcokrajowców. Można też zaakceptować podwyższenie kar za łapówkarstwo – stało się ono bowiem faktycznie poważnym problemem społecznym, politycznym i gospodarczym III RP, zaś natura tej patologii polega na tym, że zwykle ulegają jej nie pospolici przestępcy, lecz ludzie, na których zagrożenie wysoką karą rzeczywiście może podziałać odstraszająco. Wątpliwości budzi za to zrównanie pozycji prawnej (czyli wymiaru ewentualnej sankcji) dla biorącego i dającego łapówkę. Wina kierowcy próbującego łapówką uniknąć zapłacenia mandatu, jest inna niż przyjmującego pieniądze policjanta. Podobnie inaczej oceniać trzeba petenta, chcącego za pomocą „koperty” przyspieszyć załatwienie sprawy od korzystającego z tego urzędnika, czy – to klasyczny już przykład – rodziny chorego, która próbuje takim sposobem doprowadzić do niezbędnej operacji. Nie mówiąc, że zrównanie kar zmniejszy wykrywalność tego typu czynów – dotąd informacje od osoby, która dała łapówkę, bywały często dowodem w sprawie (naturalnie sądy będą pewnie stosować w takim przypadku skruchy mechanizm okoliczności łagodzących – tyle że obecnie osoba zgłaszająca, że dała łapówkę, nie będzie mogła być pewna niższej kary).

Na dodatek pojawił się pomysł zniesienia ograniczeń przy stosowaniu tzw. prowokacji policyjnej (metodzie walki z korupcją polegającej, w uproszczeniu, na zainscenizowaniu wręczenia łapówki). O niebezpieczeństwach związanych z tą metodą (manipulacje, słabość dowodowa itd.) dyskutowano wiele przy okazji wprowadzania jej do polskiego systemu prawnego. Czy teraz – w ramach krucjaty przeciw korupcji – wątpliwości te mają być zapomniane?

Co najważniejsze: wśród okrzyków o walce z korupcją wciąż nie mogą się przebić najważniejsze – choć nie nowe – argumenty. Że na poziom korupcji w państwie wpływa zwłaszcza to, jak duża sfera decyzji pozostaje w rękach administracji (a więc m.in. jak wyglądają proporcje między „państwowym” a „prywatnym” w gospodarce – bo im więcej „państwowego”, tym pole dla przekupstwa jest większe i tym więcej państwo może na niej stracić). Że dla państwa groźniejsze od tradycyjnie pojmowanej korupcji mogą być jej inne postacie – choćby tzw. kapitalizm polityczny, czyli obsadzanie stanowisk w gospodarce wedle klucza partyjnego, bądź zakamuflowany lobbying branż, korporacji i grup interesów wśród ustawodawców. Że nawet na najniższym poziomie (służby zdrowia, policji, administracji lokalnej) skuteczne muszą być przede wszystkim wewnętrzne procedury kontrolne, eliminowanie nadużyć przez bezpośrednich przełożonych i brak tolerancji w środowisku. Oczywiście jest pytanie, czy choroba nie zaszła już za daleko i w efekcie taka wizja nie jest idealistyczna.

Krzysztof Burnetko

 

 

 



Dlaczego razem? 

Gdyby nawet wywiad przeprowadzony przez Agnieszkę Kublik i Monikę Olejnik z naczelnym „Gazety Wyborczej” Adamem Michnikiem i generałem Czesławem Kiszczakiem był jeszcze dłuższy i bardziej szczegółowy, nie mógłby się udać. Dwaj ludzie, z których jeden był szefem aparatu przemocy, a drugi ofiarą, mogą dziś, na innym etapie dziejów, rozmawiać ze sobą w głębokiej ciszy i wtedy budować konkluzje uznane przez siebie za słuszne. Publicznie jednak każdy z nich winien skonfrontować swoją prawdę w pojedynkę, dając opinii publicznej maksimum szczerości w odpowiedzi na najbardziej bezlitosne pytania. Tylko wtedy można spodziewać się czystego tonu, gdy żaden „partner” rozmowy nie buduje kontekstu, w którym odbiorca wietrzy intencje zbyt już złożone i ciemne. Adam Michnik nie potrzebował Kiszczaka, by ogłosić własne „pożegnanie z bronią”. Abolicja dla głównych autorów systemu, tak skwapliwie budowana przez drugiego rozmówcę, zdaje się w tym duecie tezą, pod którą podpisują się ostatecznie obaj uczestnicy. I to jest najtrudniejsze do akceptacji.

Józefa Hennelowa




 

 



 

 

 

 

 

Nr 6, 11 lutego 2001

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl