Komentarze

 

Ks. Adam Boniecki Co zostanie z jubileuszu?

Józefa Hennelowa Zbrodnia i uniewinnienie

Maciej Kufalski „Kabelgate”, czyli bal cinkciarzy

Krzysztof Burnetko (Tallahassee) „To jest Ameryka,




  
Co zostanie z jubileuszu?

Chociaż „w służbie Królestwu nie ma czasu, aby oglądać się za siebie, a tym bardziej, aby oddawać się bezczynności” (Jan Paweł II w „Novo Millennio Ineunte”), to podsumowanie Jubileuszu jest potrzebne – choćby po to, aby z tego doświadczenia się czegoś nauczyć i dobrze zaplanować przyszłość. Dlatego sesja zorganizowana 15-16 stycznia przez Katolicką Agencję Informacyjną i Krajowy Komitet Obchodów Wielkiego Jubileuszu 2000 była inicjatywą cenną. Obecność Sekretarza Generalnego Głównego Komitetu Wielkiego Jubileuszu, arcybiskupa Crescenzio Sepe, nadała imprezie charakter bardziej uniwersalny. Same obchody zresztą zmuszały do większego włączenia się w rytm życia Kościoła powszechnego. Zaproszono też biskupów – przewodniczących krajowych Komitetów z Europy Środkowej i Wschodniej. Bilans polskich obchodów przedstawił arcybiskup gnieźnieński Henryk Muszyński. Bilans imponujący: specjalne czasopisma, kilkanaście pozycji książkowych, gigantyczna narodowa pielgrzymka do Rzymu, udział w Światowych Dniach Młodzieży, krajowe obchody jubileuszowe różnych grup, pielgrzymka więźniów, ekumeniczne nabożeństwo w Gnieźnie (12 marca) z wyznaniem win przez zwierzchników Kościołów chrześcijańskich, ogłoszenie przez zwierzchników Kościołów katolickiego, prawosławnego i Polskiej Rady Ekumenicznej wspólnego przesłania do młodzieży (9 kwietnia), wyznanie win ludzi Kościoła przez Prymasa, spotkania prezydentów i premierów w Gnieźnie, Kongres Kultury Chrześcijańskiej, sympozja, sesje, nabożeństwa itd.

Mówili o tym przede wszystkim organizatorzy. Intensywność ich doświadczeń i wrażeń, na ogół bardzo pozytywnych, jest naturalnie większa niż „szeregowych” wiernych. Nikt nie wie, co z tego gigantycznego wysiłku pozostanie. Słuchając ojca Jana Góry można by mniemać, że pozostanie młodzieżowa Lednica, słuchając Zbigniewa Nosowskiego, że fenomen „Arki Noego”... Dominowało zgodne przekonanie, że w Polsce Jubileusz był nade wszystko przeżyciem religijnym, że przyczynił się do ożywienia wiary i życia sakramentalnego.

Pozytywny obraz nieco przyćmiły głosy przedstawicieli innych Kościołów, jak biskupa ewangelicko-augsburskiego Ryszarda Borskiego, wyrażającego daremną tęsknotę za „gościnnością eucharystyczną” (interkomunią) i biskupa Lecha Trandy z Kościoła ewangelicko-reformowanego, który ubolewał, że w tym właśnie roku ukazała się deklaracja „Dominus Iesus” (zdaniem biskupa cofnęła ona nas w dialogu o 20 lat!). Zaskakująca w tym kontekście była informacja arcybiskupa Muszyńskiego, że Komisja ds. Nauki Wiary Episkopatu Polski nie ogłosiła wyników swoich studiów nad „Dominus Iesus”, aby „nie wzbudzać dyskusji”.

Nie jest to koniec refleksji po-jubileuszowych ani koniec dyskusji. Są potrzebne, bo – jak pisał Papież – czeka nas wiele zadań. Musimy opracować skuteczny program duszpasterski, na okres po Jubileuszu.

Ks. Adam Boniecki

 

 


 

 

 

Zbrodnia i uniewinnienie

Ireneusz Kościuk, były zomowiec, jest niewinny śmierci Grzegorza Przemyka, zakatowanego w komisariacie na Jezuickiej w maju ’83 – potwierdził Sąd Apelacyjny w Warszawie. Ten ostateczny werdykt (jedynym odwołaniem może być jeszcze kasacja) został tym razem umotywowany, nie jak poprzednio, za słabymi – zdaniem sądu – dowodami, a jeszcze wcześniej wysiłkiem władz wtedy esbeckich, by przerzucić winę na fikcyjnych sprawców – lecz względem czysto formalnym: przedawnieniem przestępstwa.

Przez siedemnaście lat uczyniono właściwie wszystko, by za zbrodnię nie odpowiedział nikt. Jedyny skazany za współudział wyszedł na mocy amnestii już po dwóch latach. Jest ofiara, jej grób i świadkowie skutków pobicia, operujący nadaremnie Grzegorza Przemyka lekarze. Jest świadek samego pobicia. Znane są nazwiska obecnych wtedy w komisariacie zomowców. Znane są fakty niszczenia kompromitujących materiałów po roku 1989 i demonstracyjne mataczenie podczas pseudoprocesu w 1984 roku. To wszystko, jak się okazuje, nie tylko nie wystarcza do wskazania winnego. Okazuje się, że to nawet za mało, by nazwawszy zbrodnię zbrodnią, ale uznając formalną niemożność skazania (jeżeli przedawnienie orzeczone zostało słusznie), odmówić oskarżonemu prawa do nazywania się niewinnym. Wszak umorzenie procedury to nie to samo, co werdykt o niewinności. Ale to właśnie niewinność Kościuka (czy to prawda, że dalej pracuje on w służbie porządku publicznego?) została w majestacie trybunału sprawiedliwości potwierdzona...

Wszystkim pamiętającym tamte dni i przez tyle lat oczekującym na ułamek bodaj, ale jednoznacznego wymiaru sprawiedliwości oferowana znów została gorzka bezsilność. Właściwie przestaje mieć znaczenie, że szyderczy werdykt z 1984 roku wydała władza, której nie uznawaliśmy, skoro po tylu podejściach, w niezawisłej Rzeczypospolitej, dalej tkwimy w paraliżującej niemocy przełamania złej woli, cichego sprzymierzania się w obronie prześladowców albo cynicznego bojkotu zasad elementarnej sprawiedliwości. Przecież ostatnie rozstrzygnięcie Sądu Apelacyjnego w sprawie zbrodniarzy z ulicy Jezuickiej nie jest wyjątkiem. Komuś musi być zadane pytanie: dlaczego i jak długo jeszcze mamy to wszystko biernie przyjmować do wiadomości?

Józefa Hennelowa


 

 



„Kabelgate”, czyli bal cinkciarzy

Rządowy zespół, badający sprawę światłowodu biegnącego przy tzw. gazociągu jamalskim, powinien w ramach kontroli administracyjnej ustalić, kto w przeszłości podejmował decyzje – to mniej więcej ustalił zespół rządowy, badający sprawę światłowodu przy gazociągu. Nic więcej nie ustalono i tak naprawdę nie wiadomo też, co konkretnie badano.

Wygląda na to, że sprawę nadal załatwiać się będzie palcem. Palcem wskazującym winnego, który swoim palcem wskaże kolejnego winnego. Od listopada, kiedy sprawą zaczęła interesować się polska prasa, trwa walka na deklaracje, ale niestety bez pokrycia: ktoś mówi, że położenie światłowodu jest zgodne, a ktoś inny, że niezgodne z prawem, ktoś trwoży się o bezpieczeństwo Polski, a ktoś inny bagatelizuje problem, przekonując, że to tylko fobie antyrosyjskie. Metoda okazuje się bezpłodna i nieskuteczna – kabel spokojnie nadal leży w ziemi, Rosjanie wzruszają ramionami, a do wyjaśnienia faktycznych zysków i strat daleko jak z Warszawy do Magadanu.

Trudno w związku z tym kablowym galimatiasem powstrzymać się od smutnej refleksji, że i na wysokich szczeblach decyzyjnych, i wśród świeżej jak szczypiorek na wiosnę klasy rodzimych biznesmenów, zdarzali się i zapewne zdarzają się nadal ludzie, hołdujący „filozofii cinkciarza”, który interesy załatwia najchętniej w ciemnej bramie.

Maciej Kufalski

 

 

 



„To jest Ameryka, 

...policzmy każdy głos” – skandowali przed budynkiem Kapitolu stolicy Florydy Tallahassee przeciwnicy nowego prezydenta USA, który w tym właśnie czasie przysięgał na Kapitolu w Waszyngtonie, że będzie działał na rzecz dobra kraju i szanował konstytucję. Demonstracja w Tallahassee – nie jedyna tego dnia manifestacja przeciwko Bushowi – miała szczególną wymowę. To właśnie prawidłowości wyborów na Florydzie dotyczyła batalia prawników i sztabów wyborczych w listopadzie i grudniu ub. roku, zakończona dopiero werdyktem federalnego Sądu Najwyższego. I to władze Florydy – gubernator Jeb Bush (brat prezydenta) i jego urzędnicy oraz parlament i stanowi sędziowie – oskarżane były o stronniczość, a nawet manipulacje. Poza hasłami czysto politycznymi („Gore dostał więcej”, „Bush – złodziej” czy „Prezydent Bush to wypaczenie demokracji”) manifestanci w Tallahassee deklarowali, że dopilnują, by następne wybory przebiegały prawidłowo. I faktycznie: już teraz prawidłowość głosowania na Florydzie badają nie tylko ciała oficjalne (powołany przez Jeba Busha specjalny „zespół zadaniowy” oraz federalna US Civil Rights Commission), ale też społeczne (m.in. inicjatywa mediów z „The Washington Post” i Associated Press, oraz stowarzyszenie organizacji obrońców praw człowieka z wpływową murzyńską NAASP na czele).

Zalecenia komisji ani postulaty grup społecznych nie są wiążące dla władz stanowych. Jednak nacisk społeczny jest tak duży, że władze Florydy nie będą chyba mogły ograniczyć się do unowocześnienia maszyn do obliczania głosów (gubernator Bush w nich widzi jedyne źródło nieporozumień). Bitwa rozegra się zapewne m.in. o zmiany granic okręgów wyborczych (obecne – zdaniem organizacji murzyńskich – dyskryminują mniejszości) czy wprowadzenie apolitycznych komisarzy wyborczych. Na pewno zaś wszyscy będą za 4 lata baczniej niż dotąd obserwować przebieg głosowania. I to nie tylko na Florydzie. To jest Ameryka – liczy się każdy głos.

Krzysztof Burnetko (Tallahassee)

 




 

 



 

 

 

 

 

Nr 4, 28 stycznia 2001

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl