Komentarze

 

Józefa Hennelowa Domy publiczne bez obłudy

Wojciech Pięciak Trzech się pobije, SLD skorzysta

Andrzej Romanowski SS-Galizien: śledztwo IPN-u

Wojciech GIełżyński Deng Xiaoping przygwożdżony

Marek Orzechowski z Brukseli Joschka Fischer, persona grata

Krzysztof Burnetko z Waszyngtonu USA lekcja służby publicznej





  
Domy publiczne: bez obłudy

Agencje towarzyskie, coraz lepiej prosperujące w Polsce, rejestrują się na zasadzie „działalności gospodarczej”. Mają więc prawo działać wszędzie, nawet gdy np. dla sąsiadów lokalu, w którym funkcjonują, stanowią towarzystwo niepożądane i uciążliwe. Występując do ministra sprawiedliwości o wyjaśnienie statusu agencji, rzecznik praw obywatelskich Andrzej Zoll przeciął – wreszcie – zmowę milczenia. Bo to przecież zwyczajne domy publiczne. Umożliwiają właścicielowi agencji czerpanie dochodu z uprawiania nierządu przez pracownice, co jest przestępstwem. To musiało wreszcie zostać powiedziane. Teraz pora na wnioski praktyczne. A więc: albo zakaz działalności (ale kto go wyegzekwuje?), albo nakaz otwartego rejestrowania domów publicznych, nie ukrywających się za eufemistycznymi szyldami, za to zmuszonych do podlegania rygorom, kontrolom (także w interesie kobiet, bywa że zmuszanych do prostytucji) i do płacenia podatków. Byłaby to zmiana w naszym życiu publicznym szokująca, ale niosąca niewątpliwą korzyść: zerwanie z obłudą. Teraz pora na zważenie plusów i minusów obu rozwiązań. Bo nie może pozostać tak, jak jest.

Józefa Hennelowa

 


 

 

 

Trzech się pobije, SLD skorzysta

W1997 r. wydawało się, że Polska stała się wreszcie krajem ze stabilnym systemem partyjnym. Ale jest inaczej, a kryzys w AWS uderzył rykoszetem w UW. Zresztą po części z winy Unii: rezygnując z kandydata na prezydenta, pozwoliła zabłysnąć gwieździe Andrzeja Olechowskiego. Poparło go wielu wyborców, którzy dostrzegali biograficzne i polityczne wolty Olechowskiego, ale nie chcieli ani „Krzaka”, ani „Kwacha”. Teraz Olechowski się Unii odwdzięcza – tworząc nową partię, z Donaldem Tuskiem i Maciejem Płażyńskim.

Założenie, że sukces Olechowskiego przełoży się na wybory parlamentarne, może być iluzją. Nowe ugrupowanie może i przekroczy 5 procent. Wszelako o sukcesie i roli (twórczej bądź niszczącej) każdej partii decyduje nie tylko liczba foteli w parlamencie, ale też zdolność do budowania koalicji. Kto ma być jej sojusznikiem, skoro nowa partia powstaje kosztem AWS i UW, w opozycji do nich? Za Płażyńskim i Tuskiem pójdzie opinia polityków nielojalnych (pierwszy pozwolił „buntownikom” z AWS miesiącami walczyć o siebie, by ich z dnia na dzień zostawić), o urażonych ambicjach (odejście Tuska po przegranej na zjeździe UW). Programowo „trójka” nie różni się od UW i „liberalnego skrzydła” AWS, tam więc będzie szukać wyborców – nie w SLD, bo tych Płażyński i Tusk odstraszą, a Olechowski ma w Sojuszu silny elektorat negatywny. Kolejna partia będzie więc w konflikcie z tymi środowiskami, do których jej merytorycznie najbliżej. Jej sukces, o ile go odniesie, przede wszystkim osłabi perspektywę budowania alternatywy wobec SLD.

Wojciech Pięciak


 

 



SS-Galizien: śledztwo IPN-u

Profesor Leon Kieres, szef Instytutu Pamięci Narodowej, stwierdził (“Życie” z 9 stycznia), że nie wyklucza starań o ekstradycję półtora tysiąca ukraińskich weteranów dywizji SS-Galizien, podejrzewanych o dokonanie morderstw na ludności polskiej. Nie ma wątpliwości, że zbrodnie ukraińskie na Polakach należy ukarać – tak samo jak zbrodnie polskie na Ukraińcach. Ale dramat narodu ukraińskiego walczącego po stronie Niemców z Sowietami zasługuje na uszanowanie, nawet jeżeli nie podzielamy tych racji – choć akurat prawicowi historycy z IPN-u powinni racje te rozumieć. Jeżeli więc ceną śledztwa IPN-u ma być rozpalenie w Polsce histerii antyukraińskiej, ceny tej płacić nie warto.

Andrzej Romanowski






Deng Xiaoping przygwożdżony

W11 lat po tragedii na Placu Tiananmen, na podstawie 15 tys. stron tajnych dokumentów, skopiowanych na dyskietkach i przemyconych z Chin przez tajemniczego Zhang Lianga (to pseudo) w USA wydano 513-stronicowy tom „The Tiananmen Papers”. Ma to być rewelacja, rzucająca światło na wydarzenia z 4 czerwca 1989 r. w Pekinie. Główny wniosek: decyzję o użyciu broni podjął wówczas 85-letni przywódca Deng Xiaoping (taką opinię wyraziły „Time” i „Newsweek”). Niżej podpisany z satysfakcją przyjmuje te stwierdzenia, gdyż jota w jotę to samo pisał 11 lat temu w bieżących korespondencjach dla „Gazety Wyborczej” i potem w obszernym reportażu dla „Tygodnika Powszechnego”, a parę miesięcy później w książce „Mord na Placu Tiananmen”. Natomiast wielu wybitnych sinologów, także polskich, traktowało wówczas Denga z największymi rewerencjami jako „reformatora”, za winowajcę mordu na pekińskich studentach uznając premiera Li Penga – czyli wykonawcę, a nie zleceniodawcę zbrodni.

Choć amerykańscy eksperci uznali dokumenty za „niemal stuprocentowo pewne”, władze chińskie temu przeczą – co, rzecz jasna, wzmacnia wiarygodność dokumentów. Wątpliwe natomiast są przypuszczenia, że owe dyskietki przerzucili na Zachód „młodzi reformatorzy” w chińskich władzach, pragnący skompromitować „starych dogmatyków” przed XVI zjazdem Komunistycznej Partii Chin w 2002 r. Takie spekulacje to typowe myślenie życzeniowe. Jeszcze nie świta w Chinach demokracja.

Wojciech Giełżyński





Joschka Fischer, persona grata

9 maja 1976 r. w celi więzienia Stuttgart-Stammheim znaleziono nieżywą Ulrike Meinhof. Związana z jej nazwiskiem Frakcja Armii Czerwonej (RAF) postawiła w tamtych latach RFN w stan alarmu. Zamachy terrorystyczne przeplatały się z buntem młodzieży, dążącej do odrzucenia balastu przeszłości ojców. Dzień po śmierci Meinhof we Frankfurcie nad Menem doszło do protestów, na policjantów poleciały „koktajle Mołotowa”; dwóch z nich zostało ciężko rannych. Wśród aresztowanych uczestników bójek był Joschka Fischer – od dwóch lat berliński minister spraw zagranicznych. Niemieckie media przypomniały dziś Fischerowi tamtą przeszłość. Atak na ministra prowadzą wspólnie z konserwatystami jego niektórzy dawni koledzy. Pierwsi nigdy nie byli jego przyjaciółmi; drugich razi kariera Fischera. Z obu środowisk słychać głosy, domagające się jego dymisji. Grozi mu dochodzenie prokuratorskie.

Joschka Fischer nie może odciąć się od swej przeszłości. Nigdy jej zresztą nie ukrywał. Ale zarzuty dotyczą jakby innej osoby, a nie urzędującego szefa niemieckiej dyplomacji. Jak rzadko który polityk, Fischer wyciągnął z przeszłości wnioski. Niemieckiej demokracji wyszło to tylko na dobre. Wychodzi też na dobre partnerom Niemiec. Na szalach wagi życiorysu Fischera przeważają jego osiągnięcia. Niezależnie od tego, jak potoczą się jego dalsze losy, Joschka Fischer jest dla Polaków persona grata.

Marek Orzechowski z Brukseli

 




  
USA: lekcja służby publicznej

Jedna burza jeszcze nie ucichła (o wyniki wyborów), a już wybuchła następna: o nominacje na stanowiska w administracji Busha. Kilka dni po mianowaniu pani Lindy Chavez na urząd ministra pracy, prezydent-elekt musiał wycofać się z pomysłu. Krytyce poddawane są i inne kandydatury. Każdy z tych sporów nie sprowadza się do przepychanki między prezydentem a opozycją, lecz jest okazją do dyskusji nad amerykańską demokracją. W sprawie pani Chavez zajęto się niebezpieczeństwem “dwójmyślenia” w służbie publicznej. Że Chavez prywatnie pomagała kiedyś nielegalnym imigrantom, to jej sprawa i ryzyko. Ale kiedy robiła to osoba kandydująca teraz na ważny urząd, sprawa staje się publiczna. Rzecz nie tylko w tym, czy Chavez złamała prawo, czy je „ominęła”. Wspierając „nielegałów”, Chavez działała na niekorzyść zatrudnionych legalnie – nie najlepsza rekomendacja dla ministra pracy.

Sprawa pani Chavez to także lekcja na temat lojalności urzędnika wobec przełożonego i „swojej” ekipy. Chavez żaliła się, że doradcy Busha pozbyli się jej, nie wysłuchując argumentów. Ci odpowiadali, że Chavez powinna opowiedzieć szefowi o wątpliwych punktach swej biografii, a w polityce lojalność oznacza i to, że polityk sam powinien wiedzieć, co zrobić, gdy jego osoba szkodzi zespołowi, partii czy rządowi.

Krzysztof Burnetko z Waszyngtonu

 

 

 



 

 

 

 

 

Nr 3, 21 stycznia 2001

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl