W najnowszym numerze

 

On-line: Obraz tygodnia •  Kronika religijna •  Komentarze  


 

SPÓR O POLSKĄ POLITYKĘ WSCHODNIĄ

Istnieje zasadnicza różnica między polityką Polski wobec Czech czy Węgier, a polityką wobec Ukrainy czy Białorusi. Wkładanie naszych relacji z Ukraińcami i Czechami do jednego worka pod nazwą »Europa Środkowa« jest z politycznego punktu widzenia nieporozumieniem” – BARTŁOMIEJ SIENKIEWICZ odpowiada na artykuł Wojciecha Maziarskiego, który kilka dni temu w „Gazecie Wyborczej” podjął polemikę z tekstem Sienkiewicza z bożonarodzeniowego „Tygodnika” (pt. „Pochwała minimalizmu”). Spór dotyczy polskiej polityki wschodniej, a konkretnie tego, jaką postawę Polska powinna przyjąć wobec Białorusi i Ukrainy – „prometejską”, oddziałującą aktywnie na przemiany cywilizacyjne za Bugiem (jak sugeruje Maziarski), czy pragmatyczną. W każdym razie – pisze Sienkiewicz – „jeśli mamy rzeczowo dyskutować na ten temat, róbmy to poważniejszym zestawem argumentów, niż te, które rekomenduje redakcja»Gazety«”.

Dlaczego w Polsce nie powstała fundacja, której celem miało być wspieranie »polityki wschodniej« poprzez finansowanie i promowanie przyjazdów do Polski stypendystów z krajów byłego ZSRR?” – odpowiedź na to pytanie próbuje postawić TOMASZ POTKAJ w reportażu o nieudanych próbach stworzenia „polskiego programu Fulbrighta”, przeznaczonego dla naszych wschodnich sąsiadów.

 

KRAJ

Co się dzieje z polskimi uczelniami? „Pokusie mcdonaldyzacji niezwykle szybko ulega uniwersytet i szkoła wyższa – świątynie wiedzy, przez lata spokojne centra wartości intelektualnych” – twierdzi MAREK S. SZCZEPAŃSKI, profesor socjologii Uniwersytetu Śląskiego. Gwałtownie wzrasta liczba studentów przy zachowaniu tej samej kadry profesorskiej; więzi intelektualne między wykładowcami a słuchaczami stają się coraz rzadsze i uprzedmiotowione; widać brak selekcji wśród uczniów i zachowania proporcji między studentami zaocznymi i stacjonarnymi. „Coraz częściej mówi się o transakcjach kupna-sprzedaży prac naukowych. Ilustracją postępów akademickiej mcdonaldyzacji jest także mała ilość publikacji naukowych i zgłaszanych wynalazków”.

 

ŚWIAT

O konflikcie w praskiej telewizji i sytuacji w czeskich mediach z byłym członkiem czeskiej Rady Radiofonii i Telewizji, STANISLAVEM MILOTĄ rozmawia Vaclav Burian. „Tutaj nie chodzi o to, czy Hodača [kontrowersyjnego dyrektora czeskiej TV, którego nominacja wywołała strajk dziennikarzy] wybrano zgodnie z prawem – mówi Milota – ale czy jego wybór nie naruszał podstaw kultury politycznej w państwie demokratycznym. Dobrze, że do takiego kryzysu doszło. I mam nadzieję, że ten, kto konflikt wywołał, czyli ODS Václava Klausa, poniesie jego konsekwencje”.

Żołnierze sił międzynarodowych stacjonujący w Kosowie i Bośni mogli wejść w kontakt z fragmentami zubożonego uranu, używanego w pociskach armii amerykańskiej. Ale wynikiem tego nie mogą być zachorowania na białaczkę” – twierdzi amerykański politolog EDWARD N. LUTTWAK. Jego teza brzmi: słynny „syndrom bałkański” to fikcja, nie rzeczywistość.

 

W domu Irady i jej siostry obok wizerunków Mahometa, Alego i imamów wiszą prawosławne ikony, a obok Koranu stoi Nowy Testament. Nie jest tak w każdym domu, ale panujący tu synkretyzm religijny jest faktem” – o Azerbejdżanie, gdzie toczy się walka o religijny „rząd dusz”, pisze w reportażu z Baku JERZY ROHOZIŃSKI.



   KOŚCIÓŁ

MICHAŁ PAWEŁ MARKOWSKI: Ekonomia ofiary, rozrzutność daru: czyli ciąg dalszy dyskusji wywołanej tydzień temu tekstem ks. Wacława Hryniewicza „Czy Bogu potrzebne są ofiary?”

„Język ofiary jest językiem fałszywej negacji, gdyż w myśl jego założeń trzeba cierpieć, żeby być cierpliwym. Język daru z kolei jest językiem pełnej nadziei afirmacji, gdyż dar miłości nie czyni ze mnie dłużnika i nie czeka zapłaty, lecz pozwala mi żyć własnym życiem”.

KS. ADAM BONIECKI: Religijność pielgrzyma, czyli w co wierzą Polacy? – edytorial poświęcony opublikowanym niedawno przez Isnstytut Statystyki Kościoła katolickiego najobszerniejszym dotychczas badaniom socjologicznym religijności w Polsce

KS. ADAM BONIECKI: Jak siebie widzą polscy księża?, czyli podsumowanie ankiety „Tygodnika”

„Myślę – by posłużyć się brutalną terminologią Drewermanna – że ksiądz w Polsce roku 2000 i następnych coraz mniej może być szamanem działającym mocą tajemniczego urzędu, a coraz bardziej musi być świadkiem”.

...oraz „Ksiądz od kuchni”, czyli teksty „kulinarne”: BP. TADEUSZA PIERONKA, KS. JANA KRACIKA i KS. ADAMA BONIECKIEGO

KS. STANISŁAW MUSIAŁ SJ: Niedoszły rabin w Chinach, czyli o prekursorskich misjach w XVI-wiecznego jezuity o. Matteo Ricciego w Państwie Środka

„24 stycznia mija 400 lat od kiedy włoski jezuita Matteo Ricci dotarł do Pekinu. Od tego czasu chrześcijaństwo zapuściło na trwałe korzenie w Państwie Środka, po dwóch wcześniejszych próbach: nestorian w VII wieku i franciszkanów w XIII wieku”.

MARCIN SZYDZISZ: Modlitwa, zabytki i tanie wino, czyli refleksja o Polakach na Europejskim Spotkaniu Młodych, zorganizowanym na przełomie roku w Barcelonie przez ekumeniczną Wspólnotę z Taize

KS. JAN SŁOMKA: Jedność i różnorodność czyli cotygodniowa medytacja nad czytaniami liturgicznymi.

 



KULTURA

70. urodziny Jana Błońskiego

15 stycznia 2001 r. Jan Błoński, jeden z najwybitniejszych współtwórców polskiego życia intelektualnego i duchowego, ukończył siedemdziesiąt lat.

Błoński to przede wszystkim wielki krytyk literacki, godny postawienia obok Karola Irzykowskiego, Kazimierza Wyki, Jerzego Kwiatkowskiego. Ale jest on także błyskotliwym historykiem dawnej literatury; ciekawi go teatr (z którym niegdyś, gdy oglądano w Krakowie kolejne premiery przedstawień Konrada Swinarskiego, blisko współpracował); pasjonuje – sens działania uniwersyteckiej wspólnoty i etos intelektualisty...

Szkice i eseje Błońskiego to jedne z najświetniejszych przykładów rozumienia dwudziestowiecznej literatury. Decyduje o tym niezwykła wrażliwość krytyka, jego błyskotliwa inteligencja, głębokie zrozumienie zarówno swoistych wartości literatury, jak i tego, co łączy ją ze światem wartości i z ludzką egzystencją. Decyduje o tym (wspólna wielkim krytykom) miłość do literatury, pozwalająca przenikać jej zagadki, „widzieć jasno w zachwyceniu”...

Skalę talentu Jana Błońskiego, jego krytyczne mistrzostwo, najpełniej pokazują interpretacje twórców najwyżej przez niego cenionych: Stanisława Ignacego Witkiewicza, Witolda Gombrowicza, Czesława Miłosza, Sławomira Mrożka. Nie ulega wątpliwości, iż dominujący dzisiaj sposób czytania i rozumienia tych właśnie twórców bardzo wiele Błońskiemu zawdzięcza. Szerzej zaś: nie ulega wątpliwości, że to Błoński właśnie szczególnie mocno wpłynął na myślenie o przemianach i hierarchiach literatury polskiej od lat pięćdziesiątych po dziewięćdziesiąte...

Słuchacze publicznych wystąpień Błońskiego, zwłaszcza jego uniwersyteckich wykładów, pamiętają dobrze nie tylko jego myśli, ale też żywiołowy i niepokojący śmiech, często przerywający wywód... W tym geście śmiechu kryła się – i nadal się kryje – tajemnica mistrza wprowadzającego uczniów w świat literatury. To był (i jest) śmiech koniecznego dystansu wobec absurdów współczesności, śmiech zachęty do myślenia, śmiech rozumiejącej i czułej mądrości...

Niech Pański śmiech i Pańska mądrość, Panie Profesorze, długo będą z nami...

                                                                               Redakcja „TP”



Marta Wyka: Krytyk na czele zmiany warty

Błoński w „Zmianie warty” jest krytykiem w akcji. Posługuje się przecież nie bez powodu „metaforyką militarną”, dynamizując tym samym zarówno własny język, jak czyniąc siebie samego uczestnikiem batalii. O tym, ze metaforyka owa użyta została z rozmysłem, świadczy następna książka ,,Odmarsz” – aktywny czyn krytyczny, a nie wycofanie się na z góry upatrzone pozycje. Jak się wydaje, Błoński nigdy nie był krytykiem „pozycyjnym”, widział literaturę w ruchu i siebie samego w ruchu wobec niej. O tym jednak później.

80. urodziny Jerzego Pomianowskiego

Grzegorz Przebinda: Człowiek XXI wieku

W połowie lat 90., po prawie trzydziestu latach spędzonych na emigracji we Włoszech, Jerzy Pomianowski – lekarz z wykształcenia, teatrolog, pisarz, tłumacz, uniwersytecki wykładowca, współpracownik paryskiej „Kultury” – przybył do Krakowa, by tu zamieszkać na stałe. Dzisiaj jednak trudno go tu spotkać, pracuje bowiem głównie w stolicy, cały swój czas poświęcając miesięcznikowi „Nowaja Polsza”... Ale czy rzeczywiście cały? Chcąc w grudniu ubiegłego roku ustalić miejsce pobytu Redaktora, dowiadywałem się kolejno, że przebywa on: w Sarajewie na spotkaniu bośniackiego i polskiego PEN Clubu; w Trieście z referatem na sesji poświęconej Schulzowi; w Rzymie na obchodach 20. rocznicy śmierci Pietro Nenniego; w Moskwie i Sankt-Petersburgu z odczytami na temat polityki wschodniej paryskiej „Kultury”...

 

 

Jacek Ślusarczyk o Wojciecha Marczewskiego ekranizacji „Weisera Dawidka”

„Weiser”, film Wojciecha Marczewskiego powstały na podstawie „Weisera Dawidka” Pawła Huelle, to obraz nieudany i rozczarowujący. Jego porażka bierze się z nieporadności, z jaką reżyser próbuje zmierzyć się z wielowarstwową powieścią.

Bogusław Deptuła o wystawie „Śmierć w kulturze dawnej Polski” (Warszawa, Zamek Królewski, 16 grudnia 2000 – 15 marca 2001)

W obfitości labiryntu krakowskich „Obrazów śmierci” można było się zgubić. W Warszawie nam to niestety nie grozi. To wystawa piękna, ale skromna. O powodach trudno dyskutować, jednak z wrażeniem niedosytu trudno mi się uporać. Może oczekiwałem większej iluzji, może liczyłem na bogatszą inscenizację, może wierzyłem w większą jeszcze pompę, może chciałem prawdziwego teatru?

Ks. Andrzej Luter o „Trzy”, nowej książce Michała Komara

,,Heretyk” czy chrześcijanin w najlepszym stylu – zapytałem sam siebie, myśląc o autorze książki „Trzy”. Michał Komar zmusza do myślenia, zadaje bowiem pytania podstawowe (egzystencjalne i metafizyczne); poszukuje – jak sam mówi – wysp wiecznej szczęśliwości.

Jan Fejkiel: „Wciąż jestem wierny zmianie”, wspomnienie po śmierci Jerzego Panka (1918–2001)

Trudno opisać postać charyzmatyczną, bo aura jest nieprzekładalna na słowa, równie trudno w kilku słowach ująć tak rozległy dorobek artystyczny. W twórczości swej Jerzy Panek był osamotniony, bo nikt nie pracował podobnie jak on, niewielu też mogło nadążyć za jego energią, potrzebą eksperymentu, „wiernością zmianom”. Dla swej sztuki zawsze poszukiwał nowego wyrazu, nie zadowalał się sukcesem czy wypracowaniem formuły sukcesu. W swym życiu kilkakrotnie mógł poprzestać na tym, co dokonał. I tak miałby zapewnione uznanie i miejsce w historii.

Ks. Adam Boniecki o filmie dokumentalnym Sławomira Smoczyńskiego „Opętanie” (emisja: TVP 1, „Czas na dokument”, 23 stycznia, godz. 21.10)

Ten szatan nie budzi grozy. Grozę poczułem raz jeden: kiedy na ekranie ukazał się napis: „Wszystkie wydarzenia i osoby w tym filmie są autentyczne”. Boże, oni to wszystko filmowali na żywo!

RECENZJE NOWOŚCI KSIĄŻKOWYCH

  Virginia Woolf: „Do latarni morskiej”

Niedługo minie sześćdziesiąt lat od samobójczej śmierci jednej z najwybitniejszych pisarek XX wieku. Dotknięta nawrotem depresji, nie skorzystała z trucizny, w którą ona i jej bliscy zaopatrzyli się na wypadek zajęcia Anglii przez wojska Hitlera. 28 marca 1941 utopiła się w rzece, przepływającej opodal domku w Rodmell w hrabstwie Sussex, gdzie Woolfowie schronili się przed bombardowaniami Londynu. „Jakiś pracowity profesor literatury – pisze Maria Niemojowska – obliczył, że obrazy i symbole wodne stanowią około 48 procent wszystkich obrazów i przenośni w jej prozie”. I dodaje, że Virginia Woolf do końca pamiętała o obowiązkach swojego pisarskiego zawodu: „może najbardziej wzruszającą i tragiczną miarą jej rzetelności jest fakt, że przed śmiercią napisała do męża dwie różne wersje listu. Obie są prawie identyczne, różnią się tylko nieco stylistycznie”...

„Do latarni morskiej”, powieść z 1927 roku (przekład Krzysztofa Klingera wznowiony po blisko 40 latach od pierwszego wydania), stanowi jedno z najwybitniejszych dzieł pisarki i koronny dowód jej stylistycznego mistrzostwa. A żywioł wody jest tutaj wszechobecny: rzecz dzieje się w nadmorskim domu letniskowym, przewodni, zaznaczony już w tytule motyw stanowi wyprawa łodzią do pobliskiej latarni morskiej, będąca przedmiotem marzeń małego Jamesa Ramsaya i symbolem oczekiwań, które domagają się spełnienia.

„Do latarni morskiej” to utwór o niezwykle zwartej konstrukcji: dwa odległe o lata epizody, każdy obejmujący jeden tylko dzień, rozdzielone zostały krótkim poetyckim interludium, które stanowić ma ekwiwalent upływającego czasu. W tych ramach toczy się precyzyjnie prowadzona narracja: zainteresowanych jej szczegółową analizą odesłać można do drugiego tomu „Mimesis” Ericha Auerbacha. Powierzchnia błahych zdarzeń wakacyjnego letniego dnia skrywa wewnętrzną rzeczywistość bohaterów, ich niepewność i lęki, a zdawkowe z pozoru dialogi odsłaniają prawdę ich wzajemnych relacji.

Powieść Woolf to traktat o czasie i o artystycznym spełnieniu (wątek malarki Lily Briscoe, której autorka odda głos w finale), przede wszystkim zaś archetypiczny niemal portret Matki i Ojca. Pan Ramsay, domowy tyran i chłodny racjonalista, noszący niewątpliwie rysy ojca autorki sir Leslie Stephena, wybitnego myśliciela i krytyka doby wiktoriańskiej, znajduje przeciwstawienie i zarazem dopełnienie w wyidealizowanej postaci żony, uosabiającej wrażliwość i zdolność emocjonalnego, ponadrozumowego pojmowania ludzi i świata. To właśnie ona, choć cieleśnie już nieobecna, zdominuje drugą część powieści i będzie prowadzić bohaterów podczas wyprawy w przeszłość.

Z dorobku Virginii Woolf mamy już po polsku także cztery inne jej powieści („Pani Dalloway”, „Fale”, „Orlando” i „Lata”), zabawną historyjkę o psie Elisabeth Browning („Flush”), wybór szkiców krytycznych oraz słynny esej-manifest poświęcony prawu kobiety do twórczej samorealizacji („Własny pokój”). Nie mamy natomiast dotąd ani „Pokoju Jakuba”, pierwszej powieści, w której Woolf zastosowała technikę „strumienia świadomości”, ani choćby wyboru z jej dzienników – bardzo ważnego źródła do poznania jej osobowości, a także światopoglądu, nadziei i złudzeń całej formacji, do której wraz z mężem należała, czyli słynnej „grupy Bloomsbury”. (Czytelnik, s. 246. Biblioteka „Czytelnika”.)

José Saramago: „Rok śmierci Ricarda Reisa”

Kiedy w 1998 roku José Saramago otrzymał nagrodę Nobla jako pierwszy w historii pisarz języka portugalskiego, komentarze u nas nie były zbyt przychylne. Wielu – wśród nich Czesław Miłosz – widziało w decyzji sztokholmskiego jury rezultat ulegania swoiście rozumianej „politycznej poprawności”, która każe nagradzać płytkich, za to głośnych kontestatorów, jak wcześniej Dario Fo. Na takie przekonanie wpłynęły niewątpliwie informacje o politycznym zaangażowaniu laureata (członka portugalskiej partii komunistycznej), jak i fakt, że po polsku mieliśmy wtedy tylko dwie jego książki: „Baltazara i Blimundę” oraz obrazoburczą i rzeczywiście irytującą „Ewangelię według Jezusa Chrystusa”. Tylko Gustaw Herling-Grudziński bronił Portugalczyka, chwaląc bardzo jego „Esej o ślepocie”.

Teraz mamy już zarówno „Esej...” (przetłumaczony jako „Miasto ślepców”), jak i inne powieści Saramago i każdy może sobie wyrobić własny osąd. Lektura „Roku śmierci Ricarda Reisa” na pewno nie pozwala opatrzyć twórczości Portugalczyka łatwą etykietą ani uznać, że nie zasługuje on na sławę i uznanie, których zresztą dobiegający dziś osiemdziesiątki pisarz doczekał się stosunkowo niedawno. Ta wielowarstwowa powieść jest przedsięwzięciem niezwykłym już poprzez wybór głównej postaci. Bohater, Ricardo Reis, był w rzeczywistości jednym z poetyckich wcieleń Fernando Pessoa (1888–1935). Ten klasyk portugalskiej literatury minionego XX wieku, u nas wciąż mało znany (choć obficie tłumaczy się zafascynowanego nim bez reszty współczesnego Włocha, Antonia Tabucchiego), rozdzielił swoją bogatą twórczość na kilka wcieleń, które nazwał heteronimami. Nie chodziło bowiem o pseudonimy, ale o twórcze osobowości wyposażone zarówno w odrębny styl i światopogląd, jak i we własny życiorys.

„Rok śmierci Ricarda Reisa”, powieść, którą nie wtajemniczony może czytać jako nastrojową historię dojrzałego mężczyzny powracającego do Lizbony po latach pobytu za oceanem, w Brazylii, jest więc w istocie skomplikowaną grą pełną wewnętrznych, jawnych i ukrytych odniesień do portugalskiej tradycji i kultury. Jej tekst nafaszerowano cytatami i aluzjami do tekstów klasyków rodzimych i obcych – pisze o tym szczegółowo we wstępie tłumacz, Wojciech Charchalis. Ricardo Reis, który jest tutaj postacią z krwi i kości, wraca do kraju na wiadomość o... śmierci Fernando Pessoa. Mamy w dodatku rok 1936: jest to, jak przypomina tłumacz, „rok przyspieszenia reform podstawowych struktur państwowych zmierzających do utworzenia ustroju tzw. »Nowego Państwa«, tworu korporacyjnego, obficie czerpiącego z ideologii faszystowskiej”. „Nowe Państwo” Salazara przetrwać miało blisko czterdzieści lat, aż do „rewolucji goździków”; tutaj, w scenerii zadeszczonej, pogrążonej niemal w letargu Lizbony, oglądamy jego narodziny. Równocześnie zaś jesteśmy świadkami miłosnych przygód i rozterek bohatera.

„Ricardo Reis – pisze Charchalis – krąży po Lizbonie jak po borgesowskim labiryncie, po Lizbonie symbolizującej całą Portugalię. Podobnym labiryntem są jego myśli, jego refleksje na temat kultury i poezji, jego niezdecydowanie wobec rozwidlających się ścieżek, z których jedna prowadzi do Lidii, hotelowej pokojówki, a druga do Marcendy, córki zamożnego notariusza. Kolejny labirynt tworzą niezliczone osobowości Ricarda Reisa, pośród których gubi się nasz bohater. W końcu czytelnik ma wrażenie, że powieść, którą usiłuje czytać Ricardo Reis, »The God of the Labyrinth«, to księga jego życia, księga, którą wraz z nim czytamy i my...”

Historia Ricarda Reisa opowiadana jest w dodatku w specyficzny sposób, na długim oddechu, i szybko wciąga nas w swój hipnotyczny rytm. „Saramago – by raz jeszcze odwołać się do wstępu – programowo nie używa znaków interpunkcyjnych poza kropkami i przecinkami, a i te stosuje z dość dużą dowolnością, w kilku miejscach w ogóle je pomijając. Według autora jego teksty należy czytać na głos i słuchać ich, tak jak dawniej słuchano historii wędrownych kuglarzy”. (Dom Wydawniczy Rebis, s. 384. Seria „Mistrzowie Literatury”. W tej serii ukazały się wcześniej dwie inne powieści Saramago: wznowienie „Baltazara i Blimundy” oraz „Wszystkie imiona”.)

 


   FELIETONY
:

Józefy Hennelowej, Ewy Szumańskiej, Jana Błońskiego, Andrzeja Dobosza, Marcina Króla, Jana Miodka i Jacka Podsiadły

 

 

 

 

 

 

Nr 3, 21 stycznia 2001

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl